krzyczę_na_swoje_dziecko

5 mitów o krzyczeniu na dzieci, o których każdy rodzic powinien wiedzieć

Dostrzegam wiele pozytywnych zmian w podejściu do rodzicielstwa, które mnie bardzo cieszą. Dzięki większej świadomości i autorefleksji poszukujemy informacji, które wesprą nas w lepszym wypełnianiu roli rodzica. Coraz więcej mówimy o wzajemnym szacunku, empatii, regulacji emocji i komunikacji, bez nich prawdziwa i wartościowa relacja nie istnieje.

W rodzicielstwie, tak samo, jak w innych dziedzinach życia, możemy spotkać skrajne i idealistyczne podejście. Przeczytacie w sieci hasła, motywujące do natychmiastowej zmiany zachowania, stawiające zagadnienie emocjonalności i wybuchów złości w zero-jedynkowym świetle.

„Zachowaj spokój, zapanuj nad sobą… to takie proste.”

I nie ma wątpliwości, że zachowanie opanowania, jest najlepszym, co powinniśmy zrobić w „trudnych”, rodzicielskich potyczkach, jednak wbrew temu, co możemy przeczytać, nie jest to wcale takie łatwe, wymaga naszego zaangażowania, wysiłku i często wiąże się z niejedną porażką.

Oczywiście informacje, które do nas docierają, możemy odpowiednio zinterpretować, wyciągnąć z nich to, co dla nas najważniejsze i zastosować na tyle, na ile pozwalają nam nasze umiejętności i życie. Jednak dla niektórych z nas, taki przekaz na temat stawania się dobrym rodzicem jest jak wyrocznia i, mimo że normalnym jest popełnianie błędów, stopniowe udoskonalanie wprowadzanych metod, to każde niepowodzenie traktują jak osobistą porażkę, czują się winni i sfrustrowani, bo mimo prób nie udaje im się nie krzyknąć na swoje dziecko.

Zanim przejdę do tytułowych mitów, muszę jeszcze podkreślić kilka ważnych kwestii:

TAK – krzyk jest formą przemocy psychicznej.

TAK – zaprzestanie krzyczenia na dziecko w chwili uniesienia jest cholernie trudne.

TAK – to jest nasza praca.

TAK – po pewnym czasie jest coraz łatwiej i możesz krzyczeć mniej.

A jak jest z Wami? Czy kiedykolwiek czuliście się w ten sposób?

Pozwólcie, że nieco Was uspokoję, poniżej znajdziecie 5 mitów, w które wierzymy, które są nieprawdziwe i z którymi warto zrobić porządek.

5 mitów o krzyczeniu na dzieci, o których każdy rodzic powinien wiedzieć

Jestem złym rodzicem, ponieważ krzyczę

Krzyk nie świadczy o jakości rodzicielstwa. Jest raczej przejawem naszej słabości, niedostatecznej regulacji emocji…

Paradoksalnie, w większości przypadków krzyczymy, bo jesteśmy dobrymi rodzicami.

I absolutnie nie jest to usprawiedliwienie dla takiego zachowania, w dalszej części tekstu wyjaśniam, co dokładnie mam na myśli.

Bycie „Dobrym rodzicem” to trochę wyświechtany slogan, często powtarzany i jednocześnie niejednoznaczny. Przyjmijmy, że chodzi nam o stanie się najlepszym opiekunem dla swojego dziecka, czyli takim, jakim w danym momencie możemy być. Zdecydowanie wolę określenie wystarczająco dobrym rodzicem.

Więc jacy są wystarczająco dobrzy rodzice?

Wystarczająco dobrzy rodzice podejmują próby. Chcą się rozwijać, lepiej wywiązywać się z powierzonej im roli, starają się najlepiej, jak potrafią. Mają pewne oczekiwania zarówno w stosunku do siebie, jak i do swoich pociech. I schody zaczynają się właśnie tutaj, w miejscu, gdzie do gry wkradają się oczekiwania, a właściwie ich niespełnianie.

Frustracja i rozczarowanie pojawiają się, gdy „oczekujący” rodzice sami nie dosięgają postawionej poprzeczki albo gdy ich dzieci nie stają na wysokości zadania. Oczekiwania to temat na osobny wpis, jednak warto zdawać sobie sprawę z pułapki, w jaką nas wpuszczają.

Wystarczająco dobrym rodzicom towarzyszy również zmęczenie i stres wynikający z pracy zawodowej oraz obowiązków domowych, które codziennie wypełniają, by zapewnić swoim najbliższym wszystko, czego potrzebują.

To rodzice, którzy wieczorem, po całodniowej batalii, zasiądą w fotelu i wsłuchując się w ciszę śpiącego domu, czują wyrzuty sumienia, bo przypominają sobie sytuację, w której zachowali się nieodpowiednio, w swojej ocenienie byli niewystarczająco dobrzy dla swoich dzieci.

To, co zaraz napiszę, jest warte zapamiętania:

Źli rodzice nie czują w ten sposób.

Źli rodzice nie są skłonni do refleksji.

Źli rodzice nie próbują.

Źli rodzice nie odczuwają winy.

Źli rodzice nie starają się, każdego dnia zrobić wszystkiego, co w ich mocy, by zadbać o rodzinę.

To właśnie dlatego, że jesteśmy dobrymi rodzicami, zastanawiamy się nad swoim zachowaniem, jesteśmy skłoni do refleksji, chcemy coś zmienić, by kolejnego dnia naszej rodzinie żyło się lepiej. I przekornie, to właśnie te rzeczy, które są świadectwem dobrego rodzicielstwa, sprawiają, że jesteśmy sfrustrowani, czujemy się winni, bo jesteśmy świadomi.

poczucie_winy

Jestem złym rodzicem, bo krzycząc szkodzę mojemu dziecku

Świadomość konsekwencji i refleksja to one sprawiają, że łapiemy się na tym, co poszło nie tak. Badania dowodzą, jak wiele szkody w rozwój naszych dzieci niesie krzyk i stres, który się z nim wiąże. Dlatego powinniśmy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by pracować nad sposobem wyrażania emocji i samokontrolą. No właśnie pracować, bo to nie jest coś, co pojawi się zaraz po tym, jak podejmiemy takie postanowienie.

Powinniśmy jednak pamiętać, że nauka i zmiana nawyków wymaga czasu i jest nierozerwalnie związana z popełnianiem błędów. Dlatego, jeżeli nie udało Ci się zapanować nad sobą, to nie powód do obwiniania się, tylko moment, by zrobić wszystko, aby naprawić to, co spiep… popsuliśmy 😉

Podrzucę Wam jeden ze sposób, który pozwoli zneutralizować negatywne skutki krzyku.

Nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że w każdym zdrowym związku istnieje równowaga pomiędzy pozytywnymi i negatywnymi chwilami. Przeprowadzono badania, które pokazują, że dla każdego negatywnego doświadczenia potrzebnych nam jest pięć pozytywnych interakcji, a wszystko po to, aby utrzymać zdrowe i zrównoważone relacje. Badania te zostały przeprowadzone z udziałem osób dorosłych, będących w związkach, ale zostały sprawdzone i zaadaptowane dla relacji rodzic-dziecko.

Wspomniane pozytywne interakcje nie muszą być niczym wielkim. Wystarczy uśmiech, dotyk, małe gesty, okazanie wsparcia, coś, co was rozśmieszy. Jestem pewna, że w ciągu całego dnia znalazłabym u Was wiele takich małych, ale ważnych gestów. I tak jak zazwyczaj pojawiają się intuicyjnie i spontanicznie, tak po kryzysowej sytuacji warto byśmy je zainicjowali i zrównoważyli całodzienny bilans pozytywnych emocji. To sposób, który pomoże zarówno skrzyczanemu dziecku, jak i rodzicowi.

Więcej na temat metody opartej na współczynniku 5:1 napisałam tutaj oraz tutaj, a o tym, co zrobić, gdy nakrzyczysz na swoje dziecko tu.

Jestem jedynym rodzicem, jakiego znam, który krzyczy na swoje dzieci

Pamiętajcie, nigdy nie wiemy i nie mamy pewności, co się dzieje w czterech ścianach, za zamkniętymi drzwiami. Nie mam zamiaru przytaczać tu konkretnych przykładów na to, jak bardzo pozory potrafią mylić.

 

To, co jest pewne, to to, że każdy rodzic wpada w gniew, ponieważ jesteśmy tylko ludźmi, a gniew, złość, frustracja – emocje – są częścią ludzkiej natury.

Dlatego zapewniam Cię, że nie jesteś jedynym rodzicem, któremu zdarza się nakrzyczeć na swoją pociechę.

Niektórzy rodzice przestają krzyczeć i nigdy nie krzyczą ponownie

Przeświadczenie, że jesteśmy w stanie przestać krzyczeć i nigdy tego nie powtórzyć, jest pułapką, w którą bardzo często wpadamy.

Prawda jest taka, że gdy w naszym życiu większość spraw układa się po naszej myśli, towarzyszy nam tak zwana dobra passa, czujemy się spełnieni i szczęśliwi, to rzeczywiście jesteśmy w stanie nie krzyczeć przez dłuższy czas.

Jednak doskonale wiecie, jak wygląda rzeczywistość… potrafi irytować, przytłaczać, zaskakiwać.

To, co teraz napiszę zabrzmi trochę jak patos, jednak zaryzykuję 😉

Życie może stać się trudne i często takie jest, wtedy również rodzicielstwo nas przygniata i staje się trudniejsze niż kiedykolwiek. Gdy dopada nas ten moment i nie jest tak, jak byśmy chcieli, nasza umiejętność samokontroli jest znacznie osłabiona, wtedy znacznie trudniej (wiem, wiem to słowo pojawia się w tym akapicie za często, ale co zrobić skoro pasuje) jest nad sobą zapanować i łatwiej o podniesiony głos czy krzyk.

Gdy już tak się stanie – przebacz sobie, odpuść winę i zacznij od nowa pracę nad sobą. Zastosuj metodę 5:1.

To, jak reagujemy jako rodzice, jest związane z naszym stanem emocjonalnym, z tym, jak się czujemy ze sobą i otaczającą nas rzeczywistością. Popełnianie błędów jest rzeczą ludzką, ale nie zwalnia nas z “obowiązku” pracy nad swoimi słabościami, tak byśmy mogli stworzyć naszym dzieciom spokojny i bezpieczny dom.

Niemożliwe jest, aby mniej krzyczeć

Można krzyczeć mniej.

Mówię to z takim przekonaniem, ze względu na pracę, którą wykonuję codziennie, sama nad sobą jako mama, ale również, a może przede wszystkim w oparciu o doświadczenie wynikające z pracy z rodzicami. To bardzo budujące móc obserwować zmiany i zacieśnianie relacji w rodzinach, czy czytać komentarze i wiadomości będące dowodem na skuteczność waszych starań:

 

„Dorastałam w domu, gdzie krzyk był na porządku dziennym. To była jedyna forma wyrażania emocji i chyba jedyne emocje, które tak często i tak chętnie wyrażaliśmy. Zakładając własną rodzinę, nie potrafiłam mówić o uczuciach w pozytywny sposób, to ciągle jest moja ogromna praca. Najlepszą motywacją są dla mnie mój mąż i dwuletni synek, którzy już widzą różnicę, sama ją czuję. Codziennie pracuję nad tym, by nie krzyczeć.” – Kasia

jestem_złą_matką

Nie wierz w te mity

JESTEŚ dobrym rodzicem – jesteś wystarczająco dobrym rodzicem.

Nie jesteś jedynym, któremu zdarza się krzyczeć.

Możesz zmniejszyć skutki tej przykrej sytuacji, angażując się w relację ze swoim dzieckiem.

Możesz krzyczeć mniej. Przy sprzyjających warunkach i zaangażowaniu możesz nawet przestać krzyczeć, ale jeśli się nie uda Ci się dotrzymać postanowienia, to nie jest powód, by umniejszać swojej wartości – już przecież wiesz co z tym zrobić i jak się zachować.

To, że raz czy drugi, a nawet dziesiąty Ci się nie uda, nie znaczy, że masz przestać próbować, bo każde starania przynoszą pozytywną zmianę w Tobie i w twojej rodzinie.

Warto się starać dla momentu, w którym uda Ci się zapanować nad sobą, kiedy spojrzysz na swojego szkraba i będziesz niesamowicie dumny z siebie i szczęśliwy, że wypracowałeś w sobie tę umiejętność, znalazłeś siłę i nie „rozładowałeś” na nim skumulowanych emocji.

A wszystko dlatego, że próbujesz, że się nie poddajesz, bo jest rewelacyjnym rodzicem.


Jestem ciekawa Waszych doświadczeń? Jak się czujecie, gdy zdarzy Wam się krzyknąć na swojego szkraba?

Będzie mi bardzo miło, jeśli podzielcie się tym ze mną w komentarzu. Dla osób komentujących mam niespodziankę 😉 Jednej z Was podaruję książkę “Kiedy Twoja złość krzywdzi dziecko”, którą znajdziecie wśród polecanych przeze mnie pozycji. 

Ściskam,

Karola 

Serdecznie polecam Wam również książki, które wspomogą Was w rodzicielskiej drodze:

Być może zainteresują Was również inne artykuły:

5_mitów_o_krzyczeniu_na_dzieci_o_których_każdy_rodzic_powinien_wiedzieć


dlaczego masz ochotę zjeść swoje dziecko

Masz ochotę schrupać swoje dziecko? Sprawdź dlaczego

Jestem pewna, że nie tylko mnie dotyczy ta dziwna „przypadłość” powtarzającej się chęci „schrupania”, któregoś z moich synów. Któż z nas potrafi oprzeć się nieodpartej chęci uściskania malucha, mając w zasięgu wzroku pulchniutkie stópki, małe paluszki, pyzate policzki, czy skręcone niczym sprężynki włoski? No ja nie jestem w stanie usiedzieć na miejscu i tylko napawać się tym cudnym widokiem. Nawet teraz na samą myśl doznaję szczękościsku 😉.

Też tak macie?
Wiedziałam, że tak.

Na szczęście nie jesteśmy odosobnieni. Odczucia te towarzyszą większości rodziców i mają swoje biologiczne uzasadnienie - sprawiają, że stajemy się „lepszymi” rodzicami.

schrupać - dlaczego masz ochotę schrupać swoje dziecko

Zjawisko to otrzymało miano „słodkiej agresji” i stało się tematem kilku badań naukowych.

Zobaczmy zatem, dlaczego chcemy zjeść słodkiego malucha.

Zaraz Cię zjem

Zapewne niejednokrotnie słyszeliście sformułowanie padające z ust babci, cioci czy ekspedientki w sklepie: „on jest tak słodki, że mam ochotę go schrupać”. Wszystko fajnie, jeżeli to odczucie dotyczy nas i naszego, własnego dziecka, ale dlaczego „postronne” osoby doświadczają podobnych odczuć?

Z jednej strony to dziwne, ale jednocześnie naturalne – głównym winowajcą jest matka natura - i dziecięcy zapach.

Biologia zadbała o bezpieczeństwo maluszka, nie bez przyczyny rozczula nas on swoim wyglądem. Zwróćcie uwagę na cechy postaci z ukochanych bajek Disneya - wysokie, zaokrąglone czoło, mały, zadarty nosek, duże oczka, pucułowate policzki, zaokrąglone rączki – autorzy wiedzą w jaki sposób zadziałać na widza, by bohaterowie zostali obdarzeni sympatią. Wymienione cechy to, to co nas rozbraja i rozczula w małych dzieciach, to, to co sprawia, że nie potrafimy się im oprzeć i jesteśmy skłonni wybaczyć im wszystko.

Według ekspertów instynktowne zachowania dorosłych są wsparciem w procesie budowania więzi, zapewnieniu bezpieczeństwa maluchowi i rodzicielskiej regulacji emocjonalnej.

Skąd oni to wiedzą?

Potwierdzenie powyższego znajduje się w wynikach badań opublikowanych na łamach czasopisma Frontiers in Psychology wskazują one, że zapach niemowlęcia wywołuje w mózgu młodych matek silną reakcję podobną do chęci zaspokojenia głodu pojawiającej się na widok apetycznej, aromatycznej, ulubionej potrawy.

Widzicie to oczami wyobraźni? Trudno się opanować prawda?

Nie będę przytaczała szczegółów wspomnianego eksperymentu, które znajdziecie tutaj, przejdę natomiast do konkretów. W badaniu uczestniczyło 30 kobiet, które przydzielono do dwóch 15 osobowych grup. W pierwszej były młode matki, w drugiej natomiast bezdzietne kobiety. Wszystkim podawano do wąchania zapach pobrany z piżamek 18 dniowych noworodków. I następnie prowadzono obserwację. Czego? Tym razem nie zachowania, choć może i na jego podstawie można byłoby wysnuć jakieś wnioski. 😉 Obserwowano natomiast aktywność ich mózgu, wykorzystano do tego obraz rezonansu magnetycznego.

Mózg prawdę Ci powie…

I czego się dowiedziano? Po przeanalizowaniu wyników skanów okazało się, że u młodych matek zapach wywoływał zauważalnie silniejszą reakcję niż u kobiet bezdzietnych. Zmiany widoczne były w obszarze mózgu związanym z układem nagrody, odpowiadającym za odczuwanie przyjemności. Aktywność tego rejonu, związana jest z wydzielaniem dopaminy, ta natomiast ma istotne znaczenie dla utrwalania zachowań prowadzących do odczuwania satysfakcji i przyjemności np. z zaspokajania apetytu, uzależnienia od nikotyny, alkoholu czy narkotyków.

Wąchaj, wąchaj a wywąchasz…

Zapach wydaje się odgrywać ważną rolę w budowaniu więzi pomiędzy matką a dzieckiem. Po spędzeniu zaledwie godziny z noworodkiem, 90% matek jest w stanie rozpoznać swoje dziecko na podstawie zapachu. Nawet kupa naszego malucha wydaje się mniej… intensywnie „pachnieć”.

Można rzec, że matczyna miłość unosi się w powietrzu 😉

Na tym jednak nie koniec… Wspomniałam wcześniej o zjawisku tzw. „słodkiej agresji”, to właśnie jemu poświęcone było kolejne badanie…

zapach dziecka - dlaczego masz ochotę schrupać swoje dziecko

Przytulać do utraty tchu

The Association of Psychology Science opublikowało badanie dotyczące fali uczuć zalewających nas podczas kontaktu z małych dzieckiem.

Kojarzycie ten moment, kiedy macie ochotę tak mocno przytulić malucha, że niemal byście go zgnietli? Oczywiście tego nie robicie. Jednak bez wątpienia takie odczucia się pojawiają i nie są wam obce.

Dlaczego tak się dzieje i czemu to służy?

Zjawisko to wspomaga regulację emocji i jest tożsame z tym, co dzieje się z naszym organizmem, gdy płaczemy z radości. Wtedy to pozornie negatywna odpowiedź pojawia się w związku z bardzo pozytywnymi doświadczeniami. Co ciekawe, efekt ten widoczny jest również w przeciwnym kontekście, gdzie w sytuacjach silnego stresu czy złości reagujemy śmiechem.

Odpowiedź jest następująca, „słodka agresja” pomogła nam zrównoważyć emocje, które w dłuższej perspektywie byłyby dla nas przytłaczające. Jak mówi znane nam przysłowie: „co za dużo to niezdrowo” tak, też jest w tym przypadku nadmiar szkodzi nawet jeśli dotyczy „emocjonalnego haju”.

Masz ochotę schrupać swoje dziecko – to normalne

Celem obu badań było lepsze zrozumienie międzyludzkich relacji i stanów emocjonalnych, towarzyszących młodym matkom.

Pozornie może się wydawać, że naukowcy mają za dużo wolnego czasu, że zajmują się takimi „pierdołami”. Powinniśmy jednak posłużyć się stwierdzeniem, że „nie ma głupich pytań”, a spostrzeżenia uzyskane w efekcie tych badań są niezwykle cenne, gdyż pozwalają przyjrzeć się ludzkiej emocjonalności, temu, w jaki sposób wyrażamy i regulujemy swoje emocje. Ma to istotny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, fizyczne, a w konsekwencji na budowanie relacji z innymi, współprace i inne społeczne umiejętności.

Zarówno chęć zjedzenia dziecka, jak i „słodka agresja” są powszechne, normalne i zdrowe. Stanowią jeden z mechanizmów przystosowawczych, pozwalających nam wrócić do emocjonalnej równowagi. Dodatkowo przyczyniają się do budowania bliskości między rodzicem a dzieckiem będącej fundamentem rozwoju małego człowieka. Umiłowanie do zapachu maleństwa pozwala młodej mamie szybciej odnaleźć się w nowej, życiowej roli.

Badania wskazują jednoznacznie, że rodzice odczuwający wspomniane wcześniej - skrajne emocje w stosunku do swoich dzieci, dokonują autoregulacji, dzięki czemu zachowują większe opanowanie i łatwiej rozpoznają potrzeby swoich pociech.

Ciekawa jestem czy w taki sam sposób reagowaliby tatusiowie. Obserwując mojego męża, brata czy tatę mogłabym stwierdzić, że tak – jednak to trochę zbyt mała próba 😉.

Jak jest waszym zdaniem?
Czy Wy również macie ochotę schrupać swojego maluszka?
Podzielcie się ze mną swoimi doświadczeniami w komentarzach pod wpisem.

Może zainteresuje Was również:

Leworęczność – błogosławieństwo czy przekleństwo?

Leworęczność u dzieci. Jak rozpoznać rodzaj lateralizacji i efektywnie wspierać dziecko w rozwoju? Przykłady ćwiczeń.

Czym są napady złości u małego dziecka? 11 wskazówek na zapobieganie i zminimalizowanie agresji u malucha

Nie, Twoja inteligencja nie pochodzi wyłącznie od mamy

 

Do napisania,

Karola


III-Wrocławskie-Spotkanie-Blogrek

III Wrocławskie Spotkanie Blogerek

Prowadzenie bloga to nie tylko (albo to aż) pisanie tekstów, dzielenie się posiadaną wiedza czy przemyśleniami, ale również rozwój i zdobywanie ciekawych doświadczeń. Właśnie takim nowym doświadczeniem chcę się z Wami podzielić. W maju miałam przyjemność uczestniczyć i współorganizować Wrocławskie Spotkanie Blogerek. W roli gospodyni 😉 wspierałam Elwirę z bloga Zabiegana Mama, która już po raz trzeci podjęła to wyzwanie. Spotkanie tego typu samo się nie organizuje, także włożyłyśmy sporo pracy, aby wszystko dopiąć na ostatni guzik i tu szczególny ukłon w stronę Elwiry. Chciałyśmy, aby uczestniczki miały, jak najlepsze warunki do wymiany doświadczeń, integracji oraz przede wszystkim do zdobywania nowej wiedzy.

Spotkanie miało miejsce w sobotę, jednak dla mnie rozpoczęło się już w piątek, bo właśnie tego dnia wraz z Izą rozgościłyśmy się u Elwiry. Zostałyśmy przyjęte niczym królowe i spędzając czas w tak doborowym towarzystwie nawet się nie obejrzałyśmy, gdy wybiła druga w nocy. Ciężko było się rozstać, ale wiedząc, że jeszcze sporo pracy czeka nas o poranku, grzecznie rozpierzchłyśmy się do swoich komnat 😉.

Z samego rana uwijałyśmy się jak mrówki, by ze wszystkim zdążyć na czas i przed wyznaczoną godziną „zero” stawić się na miejscu spotkania. No właśnie, skoro o miejscu naszego spotkania mowa, to czas najwyższy bym wspomniała o najlepszej włoskiej restauracji we Wrocławiu – a mianowicie o Restauracji Novocaina.

novocaina

Słynie ona z prawdziwie włoskich dań, przygotowywanych według rodzimych przepisów z wykorzystaniem sprowadzanych z Włoch produktów. To właśnie Novocaina, jako pierwsza we Wrocławiu miała piec do pizzy opalany drewnem. Gdy do tych wszystkich atutów dodamy jeszcze niebanalny, klimatyczny wystrój, który tworzą obrazy, dodatki, gra świateł oraz położenie w sercu wrocławskiego rynku – mamy miejsce, obok którego nie sposób przejść obojętnie.

novocaina

novocaina

novocaina

Niebo w gębie, czyli na co w Novocainie trzeba się skusić

Nie mogłaby nie podzielić się z Wami swoimi kulinarnymi wrażeniami po degustacji dań, które nam zaserwowano. Miałyśmy możliwość spróbowania letniego menu, które było dopracowane w każdym detalu, niczym dzieło sztuki. Wśród dań pojawiły się:

Krem z kopru włoskiego i białych szparagów z pieczonym fenkułem i pomarańczą

III-Wrocławskie-Spotkanie-Blogerek

Cukinia faszerowana komosą i warzywami

III-Wrocławskie-Spotkanie-Blogerek

Dorsz na salsie pomidorowej

III-Wrocławskie-Spotkanie-Blogerek

Sałatka z tuńczykiem

III-Wrocławskie-Spotkanie-Blogerek

Perliczki na fasoli szparagowej

III-Wrocławskie-Spotkanie-Blogerek-4

Panna cotta z truskawkami,

III-Wrocławskie-Spotkanie-Blogerek-5

która zachwyciła każdego kto jej skosztował.

Wiecie już czym zostałyśmy kulinarnie uraczone, czas bym przybliżyła Wam kto zadbał o naszą intelektualną sferę i podzielił się z nami posiadaną wiedzą.

O prelekcjach, III Wrocławskiego Spotkania Blogerek, słów kilka…

Miałyśmy okazję wysłuchać trzech prelekcji. Pierwszą z nich poprowadziła Joanna Arciszewska ze Świata Dietetyki.

joanna-arciszewska

Joasia jest ekspertem w swojej dziedzinie, dlatego bez mrugnięcia odpowiadała na wszystkie nasze pytania. Rozmawiałyśmy o podstawowych zasadach żywienia, o tym, że wbrew pozorom najlepsze wyniki w odchudzaniu przynosi nie tyle eliminacja glutenu (na celiakie cierpi tylko 1% społeczeństwa), co pszenicy. Dowiedziałyśmy się również sporo o alergiach, nietolerancji pokarmowej, o ich objawach i możliwościach przeprowadzenia testów diagnostycznych. Można je zakupić w aptece (koszt ok. 350 zł), jednak ich interpretacją powinniśmy oddać specjalistom. Bardzo często doskwiera nam wiele objawów, których możemy się pozbyć weryfikując nasz jadłospis – efekty są rewelacyjne. Jeżeli jesteście z Wrocławia serdecznie polecam Joasię, gdyż jest skarbnicą dietetycznej wiedzy. Zajrzyjcie na jej stronę, po sporą dawkę przydatnych informacji.

Drugą prelegentką była Agnieszka Kowal, która podzieliła się z nami wiedzą z zakresu Mediów Społecznościowych, gdyż obok fotografii to jej kolejny konik.

agnieszka-kowal

Skoro wspomniałam fotografię to muszę doprecyzować, że to właśnie Agnieszka uwieczniła nasze spotkanie na pięknych zdjęciach i nagraniu video. Dzięki niej mogłyśmy w spokoju skupić się na budujących relacje rozmowach, słuchaniu wystąpień i degustacji, bez pogoni za fotografowaniem, każdego najmniejszego detalu trwającego spotkania.  Wracając do wystąpienia, to Agnieszka swoją praktyczną wiedzą dzieli się nie tylko z blogerami, ale również z współpracującymi z nią firmami, dzięki czemu w pełni wykorzystują one możliwości marketingowe, jakie dają im ciągle rozwijające się narzędzia on-line.

Ostatnie wystąpienie - równie interesujące jak dwa poprzednie, poprowadziła Elwira Rogoda, autorka bloga Jak Ona To Robi.

elwira-rogoda

Elwira podzieliła się z nami swoim blogowym doświadczeniem, udzieliła wskazówek dotyczących promocji, dobrych, blogowych praktyk oraz nawiązywania współprac z firmami. Pokazała również kilka przydatnych narzędzi, z których korzysta w swojej blogowej pracy.

Muszę wspomnieć również o Paulinie, która zadbała o to byśmy nie miały kłopotów z rozpoznawaniem siebie nawzajem. Przygotowała dla nas piękne identyfikatory, po więcej jej prac wskakujcie na jej stronę:  Paula Tworzy.

paula-tworzy-identyfikatory

Bez wsparcia ani rusz…

Wspomniałam już wcześniej, że jednym ze sponsorów naszego spotkania była Restauracja Novocaina, prócz niej wydarzenie wsparły jeszcze trzy firmy: Katalog Marzeń, Poki i Patatoy.

[ezcol_1third]katalog-marzen[/ezcol_1third]

[ezcol_1third]poki[/ezcol_1third]

[ezcol_1third_end]patatoy[/ezcol_1third_end]

Organizując spotkanie, miałyśmy pewne wyobrażenie i oczekiwania dotyczące całości wydarzenia. Chciałyśmy by upominki, które trafią w ręce uczestniczek były niebanalne, wyjątkowe i praktyczne. Muszę przyznać, że się udało i to właśnie dzięki wspomnianym firmom, które obdarzyły nas zaufaniem - za co serdecznie dziękuję.

Od Katalogu Marzeń, każda z nas otrzymała voucher na lot samolotem ultralight. W swojej ofercie posiadają wiele ciekawych, równie interesujących i oryginalnych pomysłów na spełnianie marzeń: Weekendy dla dwojga, kursy i skoki spadochronowe czy loty w tunelu aerodynamicznym. To co niezwykle istotne, to to, że istnieje możliwość skorzystania z oferty aż w 29 lokalizacjach w całym kraju. Forma przekazania nam upominku była doprecyzowana w najmniejszym szczególe, robiąc wrażenie na każdej z uczestniczek.

katalog-marzen

katalog-marzen

katalog-marzen

Od firmy Poki, oferującej bezpłatne gry on-line, otrzymałyśmy termoizolacyjne torby piknikowe. Uniwersalne, składane, lekkie i co najważniejsze utrzymujące temperaturę. Pogoda sprzyja czasowi spędzonemu na świeżym powietrzu, więc dziewczyny już podczas spotkania wymieniały się pomysłami na wykorzystanie upominku. Począwszy od pikników, wycieczek po codzienne zakupy. Jeszcze raz dziękuję.

poki

poki

poki

Sklep z zabawkami Patatoy – zatroszczył się o najmłodszych, piknikowych miłośników, obdarowując nasze dzieci mini koszykami piknikowymi. Te wiklinowe cudeńka zawierają 16-sto elementową, ceramiczno-metalową zastawę kawową. Moi mali odkrywcy, całe popołudnie raczyli mnie parzoną przez siebie kawą, podawaną w miniaturowej filiżance, w towarzystwie talerzyka, łyżeczki i dzbanka.

patatoy

patatoy

Na tym kończę wspomnienia z III Wrocławskiego Spotkania Blogerek, nadmienię jeszcze, że kolejne, wstępnie planujemy na październik.

Jeśli jesteście nim zainteresowane to zapraszam do polubienia fanpage wydarzenia: Wrocławskie Spotkania Blogerek, dzięki temu będziecie informowane na bieżąco o wrocławskich planach.

 


Rodzeństwo

Rodzeństwo bez rywalizacji. Czyli jak wspierać swoje dzieci. cz.1

[fb_button]

Zgodne rodzeństwo - jak wspomóc dzieci w budowaniu zdrowej relacji

Oczekując narodzin Kubusia, bez ustanku zastanawiałam się jak postępować by Antoś (nasz pierwszy synek) w minimalnym stopniu odczuł pojawienie się nowego członka rodziny. Przecież jest moim ukochanym synkiem i nie chciałam, żeby pomyślał, że coś w tej sferze się zmieniło, że mniej go kocham, bo pojawiło się drugie dziecko. Chciałam, żeby pokochał braciszka i wiedział, że nadal jest dla mnie całym światem. Zdawałam sobie jednak sprawę z tego, że posiadając więcej niż jedno dziecko skazana jestem na rywalizacyjne potyczki między rodzeństwem. Oczywiście dopóki rywalizacja ta zachowuje granice zdrowego rozsądku, nie ma powodów do obaw. Przecież poprzez wzajemne oddziaływanie dzieci stymulują się do rozwoju. Gdy natomiast rywalizacja rodzeństwa zaczyna wychodzić poza granice normy i wywoływać problemy wychowawcze, wówczas należy podjąć działania.

Chciałam jednak  zapobiec tak skrajnej sytuacji i spróbować zminimalizować prawdopodobieństwo wystąpienia niezdrowej rywalizacji między braćmi.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Jak tego dokonać, przecież dzielenie się rodzicem, którego miało się dotychczas na wyłączność musi być bardzo, bardzo trudne.

 Zmień perspektywę

W pierwszej kolejności chciałam dokładnie zrozumieć, co w tej nowej sytuacji czuje Antoś. Pomogło mi w tym wyobrażenie sobie poniższej sytuacji.

Może spróbujesz?

Wyobraź sobie, że Twój małżonek obejmuje Cię ramieniem i mówi:

Skarbie, tak bardzo Cię kocham i jesteś taka cudowna, że zdecydowałem się na drugą żonę, podobną do Ciebie.

Na samą myśl, aż mnie zmroziło. Pomyślałam sobie: po moim trupie, co to, to nie!

Dobra, to jeszcze nie koniec, sprawdźmy dalej naszą zdolność miłości do bliźniego ;-)

Kiedy w końcu pojawia się nowa żona, zauważasz, że jest bardzo młoda i niezwykle urocza. Gdy wychodzicie gdzieś razem, wszyscy uprzejmie się z Tobą witają, ale wychwalają nowo przybyłą:

Czyż nie jest zachwycająca? Witaj, kochanie! Jesteś nadzwyczajna.

Potem zwracają się do Ciebie z pytaniem:

Jak Ci się podoba nowa żona?

Pomyślałam sobie…jak mi się podoba? Co to za pytanie? Oczywiście, że wcale mi się nie podoba.

To nie wszystko, lecimy dalej...

Nowa żonka musi się w coś ubrać. Mąż nie konsultując tego z Tobą szpera w Twojej szafie, zabiera Twoje swetry, sukienki i daje tamtej. Kiedy się sprzeciwiasz bystrze zauważa, że te rzeczy są dla Ciebie za ciasne, ponieważ trochę przytyłaś, a na nową będą pasowały idealnie.

Przecież to jakiś koszmar, to nie może być prawda – oddawaj moje kiecki Ty za chuda babo – pomyślałam.

rodzeństwo

To co jesteście gotowi na więcej? No dobrze…

Nowa „za chuda” żona szybko nabiera pewności siebie. Z każdym dniem wydaje się być bardziej bystra i coraz lepiej znać się na wszystkim. Któregoś popołudnia, kiedy z wysiłkiem zgłębiasz instrukcje obsługi komputera, który dostałaś od męża, tamta wpada do pokoju i wyszarpuje Ci ja z rąk mówiąc: „Pokaż, pokaż, mogę spróbować? Wiem, jak to zrobić.”

Jeszcze tego brakowało…ale to nie koniec.

Oczywiście nie przystajesz na jej „prośbę”, więc biegnie z płaczem do Twojego męża. Po chwili wraca z nim, zapłakana. Szanowny zaślubiony obejmuje ją ramieniem i mówi do Ciebie:

Dlaczego nie pozwalasz jej spróbować? Co Ci szkodzi? Dlaczego nie potrafisz się dzielić?

No tak, oczywiście to ja jestem najgorsza i to moja wina. Omotała go, zabrała mi wszystko co miałam – nienawidzę jej. Tego typu myśli tętniły mi w głowie.

A na deserek ostatnia scenka.

Wchodzisz do pokoju, a tam Twój mąż i nowa żona leżą razem w łóżku (tak, w waszym łóżku). On ją łaskocze, ona chichocze – sielanka. Po chwili mąż mówi do Ciebie, że od dziś będziesz spała sama w pokoju obok, a on z „nową” tutaj – przecież sama będzie się bała spać. Dobiło Cię to, żeby tego było mało dzwoni telefon, mąż pilnie musi wyjść do pracy. Prosi, żebyś pod jego nieobecność zaopiekowała się nową, tak by dobrze się czuła w waszym domu.

Już ja się nią zajmę – pomyślałam. Gdyby tak było naprawdę trudno byłoby mi zachować spokój. Na samo wyobrażenie budzą się we mnie mordercze instynkty.

Zmiana nastawienia

Jak się czujecie po tym, krótkim ćwiczeniu? Czy łatwiej jest Wam teraz spojrzeć na sytuację z perspektywy dziecka?

Przyznam, że dla mnie ta przytoczona scenka nie jeden raz była wybawieniem. Za każdym razem, kiedy miałam ochotę upomnieć Antosia za jego zachowanie w stosunku do Kuby, na ratunek przychodziło mi wspomnienie powyższej sytuacji. Poziom irytacji opadał praktycznie do zera. Jego zachowanie nagle stawało się dla mnie zupełnie uzasadnione i naturalne.

Trudno się dziwić, że maluchy mogą nie być zadowolone z pojawienia się rodzeństwa. Tak mały człowiek, a z iloma różnymi emocjami musi się borykać. Pamiętajmy również o tym, że układ emocjonalny dziecka nie jest ukształtowany na tyle by efektywnie sobie radzić z emocjami (więcej na ten temat przeczytasz tutaj).

Również u nas, na początku nie było wielkiego zachwytu młodszym bratem. Jednak zastosowanie kilku zasad pozwoliło nam przejść przez ten trudny czas i zacząć pracować nad upragnionym statusem zdrowej rywalizacji.

Musimy pamiętać o tym, że relacja między dwójką dzieci, jest wyjątkowa i specyficzna. Wzajemna miłość nie spada na nie, jak grom z jasnego nieba, tylko rodzi się stopniowo, wraz z upływem czasu, co wydaje się całkiem oczywiste. Jako rodzicom zależy nam, żeby dzieci darzyły się uczuciem, żyły w zgodzie i szacunku.

rodzeństwo

O co rywalizują dzieci?

Tymczasem na początku, może być zupełnie inaczej. Dla starszego z dzieci, mały braciszek jest zupełnie obcą osobą (młodszy ma o tyle łatwiej, że nie zna świata bez obecności brata). Między rodzeństwem może dochodzić do starć na różnych płaszczyznach. Rywalizują przecież o uwagę rodziców, terytorium, zabawki. Po za tymi elementami konflikt może pojawić się, ze względu na różnice osobowościowe i temperamentalne. Mamy przecież do czynienia z dwiema niezależnymi osobami.

Wspomniane potyczki mogą wynikać również z różnicy wieku - dzieci mają odmienne potrzeby i chcą różnych rzeczy, nie chcą się wspólnie bawić. Oczywiście w przypadku dzieci równie prawdopodobne jest to, że zabawa nie będzie przebiegała harmonijnie bo maluchy są w podobnym wieku i chcą tych samych rzeczy w tym samym czasie ;-) itd. I bądź tu rodzicu mądry…

Poza wiekiem i odmiennością potrzeb, prozaicznym powodem rozróby może być zwyczajnie - gorszy dzień. Tak samo, jak u każdego z nas, mieszkającego pod jednym dachem z drugą osobą, niezależnie od miłości jaką ją darzymy, czasami musimy od siebie odpocząć.

Zatem w jaki sposób zminimalizować rywalizację między rodzeństwem bądź jej zapobiec?

Oto kilka wskazówek:

  • Ucz dzieci umiejętności porozumiewania się ze sobą.
  • Zamiast bezustannie upominać jedno z dzieci by nie przeszkadzało rodzeństwu, naucz je stawać we własnej obronie.
  • Nigdy nie porównuj swoich dzieci do siebie nawzajem, ani do żadnego innego dziecka.
  • Zamiast stosowania przymusu dzielenia się z rodzeństwem, dawaj im możliwość decydowania. Wspierasz w ten sposób rozwój hojności i zmniejszasz prawdopodobieństwo konfliktu.
  • Staraj się stworzyć w swoim domu atmosferę szacunku i życzliwości.
  • Pomóż dzieciom stać się zespołem.
  • Upewnij się, że każde z dzieci ma wystarczającą ilość własnej przestrzeni.
  • Kochaj każde z dzieci, tak mocno jak tylko potrafisz.

Zapewne powyższe zagadnienia brzmią tajemniczo. Opisałam je szczegółowo, stosując konkretne przykłady w drugiej części, którą znajdziecie tutaj.

Zachęcam Was również do zapoznania się z innymi tekstami, o zbliżonej tematyce. O tym w jaki sposób rozmawiać z dzieckiem i czego unikać w komunikacji przeczytacie tutajtutaj oraz tu.

Dodatkowo polecam Wam książkę, którą uważam za obowiązkową pozycję w rodzicielskiej biblioteczce.

"Rodzeństwo bez rywalizacji. Jak pomóc własnym dzieciom żyć w zgodzie, by samemu żyć z godnością" autorstwa Adele Faber i Elaine Mazlish.

Jakie są Wasze doświadczenia w tym obszarze? W jaki sposób radzicie sobie z rywalizacją między dziećmi?

Podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami w komentarzu poniżej postu. Wasze interakcje są dla mnie ważne, gdyż pomagają mi w rozwoju. Jeśli podoba Ci się ten post i uważasz, że może być przydatny, to udostępnij go swoim znajomym na Facebook'u. Dziękuję za odwiedziny i zapraszam ponownie  ;-) .