krzyczę_na_swoje_dziecko

5 mitów o krzyczeniu na dzieci, o których każdy rodzic powinien wiedzieć

Dostrzegam wiele pozytywnych zmian w podejściu do rodzicielstwa, które mnie bardzo cieszą. Dzięki większej świadomości i autorefleksji poszukujemy informacji, które wesprą nas w lepszym wypełnianiu roli rodzica. Coraz więcej mówimy o wzajemnym szacunku, empatii, regulacji emocji i komunikacji, bez nich prawdziwa i wartościowa relacja nie istnieje.

W rodzicielstwie, tak samo, jak w innych dziedzinach życia, możemy spotkać skrajne i idealistyczne podejście. Przeczytacie w sieci hasła, motywujące do natychmiastowej zmiany zachowania, stawiające zagadnienie emocjonalności i wybuchów złości w zero-jedynkowym świetle.

„Zachowaj spokój, zapanuj nad sobą… to takie proste.”

I nie ma wątpliwości, że zachowanie opanowania, jest najlepszym, co powinniśmy zrobić w „trudnych”, rodzicielskich potyczkach, jednak wbrew temu, co możemy przeczytać, nie jest to wcale takie łatwe, wymaga naszego zaangażowania, wysiłku i często wiąże się z niejedną porażką.

Oczywiście informacje, które do nas docierają, możemy odpowiednio zinterpretować, wyciągnąć z nich to, co dla nas najważniejsze i zastosować na tyle, na ile pozwalają nam nasze umiejętności i życie. Jednak dla niektórych z nas, taki przekaz na temat stawania się dobrym rodzicem jest jak wyrocznia i, mimo że normalnym jest popełnianie błędów, stopniowe udoskonalanie wprowadzanych metod, to każde niepowodzenie traktują jak osobistą porażkę, czują się winni i sfrustrowani, bo mimo prób nie udaje im się nie krzyknąć na swoje dziecko.

Zanim przejdę do tytułowych mitów, muszę jeszcze podkreślić kilka ważnych kwestii:

TAK – krzyk jest formą przemocy psychicznej.

TAK – zaprzestanie krzyczenia na dziecko w chwili uniesienia jest cholernie trudne.

TAK – to jest nasza praca.

TAK – po pewnym czasie jest coraz łatwiej i możesz krzyczeć mniej.

A jak jest z Wami? Czy kiedykolwiek czuliście się w ten sposób?

Pozwólcie, że nieco Was uspokoję, poniżej znajdziecie 5 mitów, w które wierzymy, które są nieprawdziwe i z którymi warto zrobić porządek.

5 mitów o krzyczeniu na dzieci, o których każdy rodzic powinien wiedzieć

Jestem złym rodzicem, ponieważ krzyczę

Krzyk nie świadczy o jakości rodzicielstwa. Jest raczej przejawem naszej słabości, niedostatecznej regulacji emocji…

Paradoksalnie, w większości przypadków krzyczymy, bo jesteśmy dobrymi rodzicami.

I absolutnie nie jest to usprawiedliwienie dla takiego zachowania, w dalszej części tekstu wyjaśniam, co dokładnie mam na myśli.

Bycie „Dobrym rodzicem” to trochę wyświechtany slogan, często powtarzany i jednocześnie niejednoznaczny. Przyjmijmy, że chodzi nam o stanie się najlepszym opiekunem dla swojego dziecka, czyli takim, jakim w danym momencie możemy być. Zdecydowanie wolę określenie wystarczająco dobrym rodzicem.

Więc jacy są wystarczająco dobrzy rodzice?

Wystarczająco dobrzy rodzice podejmują próby. Chcą się rozwijać, lepiej wywiązywać się z powierzonej im roli, starają się najlepiej, jak potrafią. Mają pewne oczekiwania zarówno w stosunku do siebie, jak i do swoich pociech. I schody zaczynają się właśnie tutaj, w miejscu, gdzie do gry wkradają się oczekiwania, a właściwie ich niespełnianie.

Frustracja i rozczarowanie pojawiają się, gdy „oczekujący” rodzice sami nie dosięgają postawionej poprzeczki albo gdy ich dzieci nie stają na wysokości zadania. Oczekiwania to temat na osobny wpis, jednak warto zdawać sobie sprawę z pułapki, w jaką nas wpuszczają.

Wystarczająco dobrym rodzicom towarzyszy również zmęczenie i stres wynikający z pracy zawodowej oraz obowiązków domowych, które codziennie wypełniają, by zapewnić swoim najbliższym wszystko, czego potrzebują.

To rodzice, którzy wieczorem, po całodniowej batalii, zasiądą w fotelu i wsłuchując się w ciszę śpiącego domu, czują wyrzuty sumienia, bo przypominają sobie sytuację, w której zachowali się nieodpowiednio, w swojej ocenienie byli niewystarczająco dobrzy dla swoich dzieci.

To, co zaraz napiszę, jest warte zapamiętania:

Źli rodzice nie czują w ten sposób.

Źli rodzice nie są skłonni do refleksji.

Źli rodzice nie próbują.

Źli rodzice nie odczuwają winy.

Źli rodzice nie starają się, każdego dnia zrobić wszystkiego, co w ich mocy, by zadbać o rodzinę.

To właśnie dlatego, że jesteśmy dobrymi rodzicami, zastanawiamy się nad swoim zachowaniem, jesteśmy skłoni do refleksji, chcemy coś zmienić, by kolejnego dnia naszej rodzinie żyło się lepiej. I przekornie, to właśnie te rzeczy, które są świadectwem dobrego rodzicielstwa, sprawiają, że jesteśmy sfrustrowani, czujemy się winni, bo jesteśmy świadomi.

poczucie_winy

Jestem złym rodzicem, bo krzycząc szkodzę mojemu dziecku

Świadomość konsekwencji i refleksja to one sprawiają, że łapiemy się na tym, co poszło nie tak. Badania dowodzą, jak wiele szkody w rozwój naszych dzieci niesie krzyk i stres, który się z nim wiąże. Dlatego powinniśmy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by pracować nad sposobem wyrażania emocji i samokontrolą. No właśnie pracować, bo to nie jest coś, co pojawi się zaraz po tym, jak podejmiemy takie postanowienie.

Powinniśmy jednak pamiętać, że nauka i zmiana nawyków wymaga czasu i jest nierozerwalnie związana z popełnianiem błędów. Dlatego, jeżeli nie udało Ci się zapanować nad sobą, to nie powód do obwiniania się, tylko moment, by zrobić wszystko, aby naprawić to, co spiep… popsuliśmy 😉

Podrzucę Wam jeden ze sposób, który pozwoli zneutralizować negatywne skutki krzyku.

Nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że w każdym zdrowym związku istnieje równowaga pomiędzy pozytywnymi i negatywnymi chwilami. Przeprowadzono badania, które pokazują, że dla każdego negatywnego doświadczenia potrzebnych nam jest pięć pozytywnych interakcji, a wszystko po to, aby utrzymać zdrowe i zrównoważone relacje. Badania te zostały przeprowadzone z udziałem osób dorosłych, będących w związkach, ale zostały sprawdzone i zaadaptowane dla relacji rodzic-dziecko.

Wspomniane pozytywne interakcje nie muszą być niczym wielkim. Wystarczy uśmiech, dotyk, małe gesty, okazanie wsparcia, coś, co was rozśmieszy. Jestem pewna, że w ciągu całego dnia znalazłabym u Was wiele takich małych, ale ważnych gestów. I tak jak zazwyczaj pojawiają się intuicyjnie i spontanicznie, tak po kryzysowej sytuacji warto byśmy je zainicjowali i zrównoważyli całodzienny bilans pozytywnych emocji. To sposób, który pomoże zarówno skrzyczanemu dziecku, jak i rodzicowi.

Więcej na temat metody opartej na współczynniku 5:1 napisałam tutaj oraz tutaj, a o tym, co zrobić, gdy nakrzyczysz na swoje dziecko tu.

Jestem jedynym rodzicem, jakiego znam, który krzyczy na swoje dzieci

Pamiętajcie, nigdy nie wiemy i nie mamy pewności, co się dzieje w czterech ścianach, za zamkniętymi drzwiami. Nie mam zamiaru przytaczać tu konkretnych przykładów na to, jak bardzo pozory potrafią mylić.

 

To, co jest pewne, to to, że każdy rodzic wpada w gniew, ponieważ jesteśmy tylko ludźmi, a gniew, złość, frustracja – emocje – są częścią ludzkiej natury.

Dlatego zapewniam Cię, że nie jesteś jedynym rodzicem, któremu zdarza się nakrzyczeć na swoją pociechę.

Niektórzy rodzice przestają krzyczeć i nigdy nie krzyczą ponownie

Przeświadczenie, że jesteśmy w stanie przestać krzyczeć i nigdy tego nie powtórzyć, jest pułapką, w którą bardzo często wpadamy.

Prawda jest taka, że gdy w naszym życiu większość spraw układa się po naszej myśli, towarzyszy nam tak zwana dobra passa, czujemy się spełnieni i szczęśliwi, to rzeczywiście jesteśmy w stanie nie krzyczeć przez dłuższy czas.

Jednak doskonale wiecie, jak wygląda rzeczywistość… potrafi irytować, przytłaczać, zaskakiwać.

To, co teraz napiszę zabrzmi trochę jak patos, jednak zaryzykuję 😉

Życie może stać się trudne i często takie jest, wtedy również rodzicielstwo nas przygniata i staje się trudniejsze niż kiedykolwiek. Gdy dopada nas ten moment i nie jest tak, jak byśmy chcieli, nasza umiejętność samokontroli jest znacznie osłabiona, wtedy znacznie trudniej (wiem, wiem to słowo pojawia się w tym akapicie za często, ale co zrobić skoro pasuje) jest nad sobą zapanować i łatwiej o podniesiony głos czy krzyk.

Gdy już tak się stanie – przebacz sobie, odpuść winę i zacznij od nowa pracę nad sobą. Zastosuj metodę 5:1.

To, jak reagujemy jako rodzice, jest związane z naszym stanem emocjonalnym, z tym, jak się czujemy ze sobą i otaczającą nas rzeczywistością. Popełnianie błędów jest rzeczą ludzką, ale nie zwalnia nas z “obowiązku” pracy nad swoimi słabościami, tak byśmy mogli stworzyć naszym dzieciom spokojny i bezpieczny dom.

Niemożliwe jest, aby mniej krzyczeć

Można krzyczeć mniej.

Mówię to z takim przekonaniem, ze względu na pracę, którą wykonuję codziennie, sama nad sobą jako mama, ale również, a może przede wszystkim w oparciu o doświadczenie wynikające z pracy z rodzicami. To bardzo budujące móc obserwować zmiany i zacieśnianie relacji w rodzinach, czy czytać komentarze i wiadomości będące dowodem na skuteczność waszych starań:

 

„Dorastałam w domu, gdzie krzyk był na porządku dziennym. To była jedyna forma wyrażania emocji i chyba jedyne emocje, które tak często i tak chętnie wyrażaliśmy. Zakładając własną rodzinę, nie potrafiłam mówić o uczuciach w pozytywny sposób, to ciągle jest moja ogromna praca. Najlepszą motywacją są dla mnie mój mąż i dwuletni synek, którzy już widzą różnicę, sama ją czuję. Codziennie pracuję nad tym, by nie krzyczeć.” – Kasia

jestem_złą_matką

Nie wierz w te mity

JESTEŚ dobrym rodzicem – jesteś wystarczająco dobrym rodzicem.

Nie jesteś jedynym, któremu zdarza się krzyczeć.

Możesz zmniejszyć skutki tej przykrej sytuacji, angażując się w relację ze swoim dzieckiem.

Możesz krzyczeć mniej. Przy sprzyjających warunkach i zaangażowaniu możesz nawet przestać krzyczeć, ale jeśli się nie uda Ci się dotrzymać postanowienia, to nie jest powód, by umniejszać swojej wartości – już przecież wiesz co z tym zrobić i jak się zachować.

To, że raz czy drugi, a nawet dziesiąty Ci się nie uda, nie znaczy, że masz przestać próbować, bo każde starania przynoszą pozytywną zmianę w Tobie i w twojej rodzinie.

Warto się starać dla momentu, w którym uda Ci się zapanować nad sobą, kiedy spojrzysz na swojego szkraba i będziesz niesamowicie dumny z siebie i szczęśliwy, że wypracowałeś w sobie tę umiejętność, znalazłeś siłę i nie „rozładowałeś” na nim skumulowanych emocji.

A wszystko dlatego, że próbujesz, że się nie poddajesz, bo jest rewelacyjnym rodzicem.


Jestem ciekawa Waszych doświadczeń? Jak się czujecie, gdy zdarzy Wam się krzyknąć na swojego szkraba?

Będzie mi bardzo miło, jeśli podzielcie się tym ze mną w komentarzu. Dla osób komentujących mam niespodziankę 😉 Jednej z Was podaruję książkę “Kiedy Twoja złość krzywdzi dziecko”, którą znajdziecie wśród polecanych przeze mnie pozycji. 

Ściskam,

Karola 

Serdecznie polecam Wam również książki, które wspomogą Was w rodzicielskiej drodze:

Być może zainteresują Was również inne artykuły:

5_mitów_o_krzyczeniu_na_dzieci_o_których_każdy_rodzic_powinien_wiedzieć


pozytywny_wpływ_zwierzat

Pozytywny wpływ zwierząt na nasze zdrowie

Od dawien dawna zwierzęta są naszymi towarzyszami. Jednak na przestrzeni lat zmienia się ich rola w naszym życiu. Kiedyś były wsparciem w przydomowych pracach, dziś strzegą domowego ogniska, jako członkowie naszych rodzin. Każdy kto posiada bądź posiadał zwierzęcego przyjaciela wie, jak wiele dobrego wnosi on w nasze życie. By nie pozostawić tego stwierdzenia tylko intuicji i odczuciom przyjrzyjmy się naukowym dowodom potwierdzającym pozytywny wpływ zwierząt na ludzkie zdrowie. Co zatem zyskujemy posiadając czworonożnego pupila?

Działanie terapeutyczne

Znakomitym przykładem pozytywnego  wpływu zwierząt na człowieka jest stosowanie zooterapii. Wykorzystuje się w niej leczniczy wpływ dotyku. Powoduje on wydzielanie endorfin, hormonów szczęścia. Obecność zwierząt odblokowuje wiele ludzkich reakcji, pewnie dlatego, że przyjmują nas one takimi, jakimi jesteśmy, nie oceniają, nie traktują inaczej osób zdrowych i niepełnosprawnych. W jednej chwili potrafią wywołać uśmiech na strapionej twarzy swojego kompana. Badania przeprowadzane na całym świecie potwierdzają dobroczynne działanie zwierząt na ludzki organizm, stan fizyczny, a przede wszystkim psychiczny. Dlatego coraz częściej stosowane są terapie dla chorych z udziałem zwierząt. W Polsce najpopularniejsza jest dogoterapia (kontakt z psem), hipoterapia (kontakt z koniem) i felinoterapia (kontakt z kotem). Na świecie znane są również onoterapia (kontakt z osłami i mułami) oraz delfinoterapia (kontakt z delfinami).

pozytywny_wpływ_zwierzat_kon

Przyjrzyjmy się zatem dokładniej poszczególnym zmianom zachodzącym w naszym życiu i w naszych organizmach za sprawą naszych milusińskich.

Nie taki nerwowy, jak go malują…

Niesamowite jest to, że efekty redukcji stresu są widoczne nawet podczas przebywania w jednym pomieszczeniu z ulubieńcem. Spoglądanie na pupila cieszącego się na nasz widok, czy też przytulanie się do niego, aktywuje w naszym organizmie wydzielanie oksytocyny. Hormon ten wpływa na budowanie więzi i budzi opiekuńcze instynkty. W dodatku zwiększenie wydzielania oksytocyny wpływa na obniżenie poziomu kortyzolu, nazywanego hormonem stresu. Metodę obcowania ze zwierzętami stosuje się m.in.  w leczeniu stresu pourazowego u weteranów wojennych.

Samo towarzystwo psa czy kota sprawia, że łatwiej radzimy sobie z trudnymi sytuacjami. Towarzyszą nam wówczas mniejsze obawy, napięcie i zdenerwowanie.

Zwierz kontra zawał

Nie ma wątpliwości, że codzienne spacerowanie z czworonożnym przyjacielem  pomaga utrzymać poziom złego cholesterolu w ryzach. Opinię tę potwierdzają badania australijskiej Narodowej Fundacji Kardiologicznej. Eksperci zauważyli, że ludzie posiadający psa, zwłaszcza mężczyźni, mają mniejsze skłonności do nadciśnienia, nadwagi i podwyższonego cholesterolu niż osoby, które nie mieszkają z pupilami.

Pocałuj żabkę w łapkę

Tu istotną rolę odgrywa wspomniane wcześnie głaskanie zwierząt futerkowych. Badania naukowców ze Stanowego Uniwersytetu Nowego Jorku w Buffalo dowiodły, że na ludzi z nadciśnieniem głaskanie kota czy psa działa tak, jak gdyby przyjmowali połowę zalecanej przez lekarzy dawki leku na obniżenie ciśnienia.

Także zabawa z psem obniża za wysokie ciśnienie krwi, nawet sama obecność zwierzęcia w jednym pomieszczeniu powoduje obniżenie niepokoju. Zwierzęta nie muszą mieć czterech łap i futra, by wywierać na nas pozytywny wpływ. Mowa o rybkach, które odgrywają też istotną rolę i nie jest to za sprawą spełnionego życzenia. Obserwowanie rybek pływających w akwarium działa uspokajająco. Natomiast ptaki, papugi i kanarki rozweselają swoich kompanów.

Pieski małe dwa...

O wpływie spacerowania na obniżenie poziomu cholesterolu już wspominałam, czas na kolejny atut wspólnej aktywności. Okazuje się, że pies jest lepszym kompanem na szwendanie się po mieście niż jakikolwiek kumpel. Dlaczego? Otóż badania wskazują, że ludzie, którzy wychodzą na spacer z czworonogiem, cieszą się lepszą kondycją niż ci, którzy preferują przechadzki w towarzystwie znajomych czy rodziny. Kolejne wyniki pokazały, że posiadacze psów spacerują średnio 300 minut tygodniowo, podczas gdy ludzie bez zwierzęcia chodzą średnio, niemal o połowę mniej, bo zaledwie 168 minut. Ponadto psiarze mają o 54 proc. większą szansę na osiągnięcie zaleconej przez lekarzy „dawki” codziennego ruchu.

Pozytywny wpływ zwierząt na nasze zdrowie

Niższy cholesterol, ciśnienie krwi, zredukowany stres i lepsza kondycja – ten zespół korzyści wynikający z posiadania zwierzęcia wpływa na zmniejszenie ryzyka chorób sercowo-naczyniowych. Potwierdzają to wnioski z badań z 2013 r. Amerykańskiego Towarzystwa Kardiologicznego, które podkreśla, że zwierzęta futerkowe (zwłaszcza psy) zwiększają szansę pacjenta na dłuższe życie w zdrowiu i dobrej kondycji.  Inne badania z kolei wykazały, iż w ciągu 10 miesięcy od kupienia zwierzęcia jego właściciele rzadziej cierpieli na drobne dolegliwości somatyczne, takie jak katar, kaszel, bóle pleców, głowy czy też bezsenność. Zweryfikowano również częstotliwość wizyt lekarskich i okazało się, że osoby, które mieszkają z czworonogiem, rzadziej chodzą do lekarzy niż osoby nie posiadające zwierząt. Właściciele psów odwiedzali lekarzy o 8% rzadziej niż osoby nie posiadające zwierząt, a właściciele kotów o 12%.

pozytywny_wpływ_zwierzat_spacer

Antyalergiczny przyjaciel

Wbrew bardzo częstym rodzicielskim obawom badania dowiodły, że dzieci, które do szóstego miesiąca życia miały kontakt ze zwierzętami, rzadziej cierpią na alergię, uczulenia, wypryski i astmę w późniejszych latach. Maluchy wychowane na wsi, otoczone kotami, psami, krowami czy nawet sporadycznie myszami, mają lepiej ukształtowany system immunologiczny.

 Najlepszy antydepresant

Czas na aspekt psychologiczny posiadania zwierzęcego przyjaciela. Bliska relacja z pupilem łagodzi przebieg depresji, a nawet pomaga ją wyleczyć. Szczególny wpływ na polepszenie samopoczucia mają psy, które redukują napięcie, poprawiają samoocenę i utwierdzają w poczuciu autonomii i byciu kompetentnym . Pupile dają coś, na czym człowiek z depresją może się skoncentrować, dzięki czemu może oderwać się od myślenia o problemach i chorobie. Duże znaczenie odgrywają tu również pozytywne emocje, zarówno te odczuwane przez nas do zwierzaka, jak i te, które pupil nam okazuje. To bezgraniczna akceptacja i przyjaźń.

Zastrzyk przeciwbólowy

Wszystko dzięki odwróceniu uwagi od fizycznego cierpienia.  Obserwacje pacjentów w szpitalach dowiodły, że osoby, które miały kontakt z ukochanymi zwierzętami, w cyklicznie prowadzonych ankietach deklarowały niższy poziom bólu. Zaobserwowano, że pacjenci, którzy poddali się operacji wymiany stawu biodrowego, po zastosowaniu „zwierzęcej terapii” przyjmowali mniej leków przeciwbólowych.

Niczym zwierzęta stadne

Zwierzęta uczą nas empatii, okazywania uczuć i budowania trwalszych relacji z innymi osobami. Bez wątpienia kształtują w nas poczucie odpowiedzialności oraz troski o innych. Nie możemy również pominąć może prozaicznej kwestii, ale jakże istotnej jaką jest zwiększenie możliwości kontaktów interpersonalnych podczas codziennych spacerów z pupilami. Zyskujemy okazję do wyjścia z czterech ścian i rozmowy z innymi „spacerowiczami”.

Domowy monitoring zdrowia

Zwierzęta są bardzo wrażliwe na wszelkie zmiany zachowania właściciela. Okazuje się, że czuły nos niektórych psów potrafi wyczuć chociażby poziom cukru u diabetyków, zanim jeszcze zauważy to sam właściciel. Gdy chorym na cukrzycę spada poziom glukozy, dochodzi w ich organizmie do kwasicy ketonowej, czyli stanu, w którym zamiast cukru spalany jest tłuszcz. Zmienia się wówczas zamach oddechu, co wyszkolone psy znakomicie wyczuwają.

 Z czworonogiem nam do twarzy

Zwierzęta nie oceniają i akceptują właściciela takim, jaki jest, bez względu na wygląd czy zachowanie, kochają bezwarunkowo. To wszystko wpływa na podwyższenie naszej samooceny. Oczywiście postawa ta nie dotyczy tylko psów, ale też kotów, które również przywiązują się do swojego pana. Eksperci dowodzą, że właściciele zwierząt w większym stopniu akceptują siebie niż osoby, które nie mają kota czy psa.

 W kupie raźniej

No cóż chcąc dowiedzieć się jak najwięcej o nas samych, poznać podstawy naszego funkcjonowania stajemy się obiektem ciągłych obserwacji i badań ;-) w różnorodnych dziedzinach również tych międzyludzkich.  Nie potrzeba wielkich badań by wiedzieć, że spędzamy wspólnie czas np. karmiąc pupila, czy wychodząc z nim na spacer zacieśniają się również więzi między nami. Zwierzęta są również wdzięcznym tematem do rozmowy z dzieckiem czy partnerem. Co więcej, dzieci uczą się odpowiedzialności i troski o innych. Ponadto to właśnie w związku z ulubionym zwierzęciem przeżywają swoje pierwsze doświadczenia ze śmiercią, co jest dla nich trudnym, ale bardzo ważnym i edukacyjnym przeżyciem.

Na dobre i na złe

Domowy zwierzak może dać to czego często nie mogą zaoferować inni ludzie: miłość i towarzystwo. A przy tym nie marudzi, nie zdradza, a może nawet… ogrzać. Jest wiec doskonałym antidotum na samotność. Badania przeprowadzone przez naukowców Saint Louis University wykazały, że mieszkańcy domów opieki czuli się mniej samotni, gdy przebywali z psem niż wówczas gdy przebywali z innymi ludźmi! W interwencjach przeprowadzanych przez inspektorów Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami często spotykają oni samotne osoby, dla których pies czy kot to jedyne towarzystwo i często także jedyna motywacja do życia. W więzieniach, w których zezwolono na wizyty zwierząt lub trzymanie własnych zanotowano znaczne zmniejszenie częstotliwości aktów przemocy, prób samobójczych i zażywania narkotyków.

Dajmy im coś w zamian

Decydując się na posiadanie zwierzęcego przyjaciela nie możemy zapomnieć również o jego potrzebach zarówno tych związanych ze spacerowaniem, przytulaniem i zabawą, jak i o tych dotyczących pielęgnacji i żywienia. Ważne by zaopatrzyć się w produkty najlepszej jakości, dostosowane do potrzeb konkretnego zwierzaka. Jeżeli nie mamy czasu na dojazd do stacjonarnego sklepu zoologicznego, możemy zrobić zakupy w sklepie on line - takim jak ten ->(klik). W nim robimy zakupy dla naszej Kathii.

pozytywny_wpływ_zwierzat_kathia

Współcześni psycholodzy, terapeuci, a także lekarze różnych specjalności są zgodni co do tego, iż obecność zwierząt w życiu człowieka, a także podczas terapii zarówno małych, jak i dużych pacjentów przyśpiesza ich powrót do zdrowia. W wielu przypadkach zamiast leków na receptę zalecają kontakt ze zwierzętami. Dowiedziono bowiem, że miłośnicy psów, kotów a nawet kanarków są zdrowsi i odporniejsi na choroby niż osoby nie mające dłuższego kontaktu ze zwierzętami. Lekarze na całym świecie coraz częściej wprowadzają zwierzęta do poradni psychologicznych i szpitali. Amerykańskie przepisy sanitarne zezwalają nawet na przebywanie zwierząt w salach chorych, na szpitalnych łóżkach, obok swoich właścicieli.

Zwierzęta poprawiają nasze samopoczucie, relaksują, obniżają ciśnienie, a przede wszystkim są zawsze wierne i oddane.  Nie mam żadnych wątpliwości, że nieocenionym terapeutą zarówno na dolegliwości naszej duszy, jak i ciała może być nasz ukochany zwierzak.

Czy Wy jesteście szczęśliwymi posiadaczami zwierzęcych przyjaciół?

Do następnego przeczytania,
Karola

 


dlaczego masz ochotę zjeść swoje dziecko

Masz ochotę schrupać swoje dziecko? Sprawdź dlaczego

Jestem pewna, że nie tylko mnie dotyczy ta dziwna „przypadłość” powtarzającej się chęci „schrupania”, któregoś z moich synów. Któż z nas potrafi oprzeć się nieodpartej chęci uściskania malucha, mając w zasięgu wzroku pulchniutkie stópki, małe paluszki, pyzate policzki, czy skręcone niczym sprężynki włoski? No ja nie jestem w stanie usiedzieć na miejscu i tylko napawać się tym cudnym widokiem. Nawet teraz na samą myśl doznaję szczękościsku 😉.

Też tak macie?
Wiedziałam, że tak.

Na szczęście nie jesteśmy odosobnieni. Odczucia te towarzyszą większości rodziców i mają swoje biologiczne uzasadnienie - sprawiają, że stajemy się „lepszymi” rodzicami.

schrupać - dlaczego masz ochotę schrupać swoje dziecko

Zjawisko to otrzymało miano „słodkiej agresji” i stało się tematem kilku badań naukowych.

Zobaczmy zatem, dlaczego chcemy zjeść słodkiego malucha.

Zaraz Cię zjem

Zapewne niejednokrotnie słyszeliście sformułowanie padające z ust babci, cioci czy ekspedientki w sklepie: „on jest tak słodki, że mam ochotę go schrupać”. Wszystko fajnie, jeżeli to odczucie dotyczy nas i naszego, własnego dziecka, ale dlaczego „postronne” osoby doświadczają podobnych odczuć?

Z jednej strony to dziwne, ale jednocześnie naturalne – głównym winowajcą jest matka natura - i dziecięcy zapach.

Biologia zadbała o bezpieczeństwo maluszka, nie bez przyczyny rozczula nas on swoim wyglądem. Zwróćcie uwagę na cechy postaci z ukochanych bajek Disneya - wysokie, zaokrąglone czoło, mały, zadarty nosek, duże oczka, pucułowate policzki, zaokrąglone rączki – autorzy wiedzą w jaki sposób zadziałać na widza, by bohaterowie zostali obdarzeni sympatią. Wymienione cechy to, to co nas rozbraja i rozczula w małych dzieciach, to, to co sprawia, że nie potrafimy się im oprzeć i jesteśmy skłonni wybaczyć im wszystko.

Według ekspertów instynktowne zachowania dorosłych są wsparciem w procesie budowania więzi, zapewnieniu bezpieczeństwa maluchowi i rodzicielskiej regulacji emocjonalnej.

Skąd oni to wiedzą?

Potwierdzenie powyższego znajduje się w wynikach badań opublikowanych na łamach czasopisma Frontiers in Psychology wskazują one, że zapach niemowlęcia wywołuje w mózgu młodych matek silną reakcję podobną do chęci zaspokojenia głodu pojawiającej się na widok apetycznej, aromatycznej, ulubionej potrawy.

Widzicie to oczami wyobraźni? Trudno się opanować prawda?

Nie będę przytaczała szczegółów wspomnianego eksperymentu, które znajdziecie tutaj, przejdę natomiast do konkretów. W badaniu uczestniczyło 30 kobiet, które przydzielono do dwóch 15 osobowych grup. W pierwszej były młode matki, w drugiej natomiast bezdzietne kobiety. Wszystkim podawano do wąchania zapach pobrany z piżamek 18 dniowych noworodków. I następnie prowadzono obserwację. Czego? Tym razem nie zachowania, choć może i na jego podstawie można byłoby wysnuć jakieś wnioski. 😉 Obserwowano natomiast aktywność ich mózgu, wykorzystano do tego obraz rezonansu magnetycznego.

Mózg prawdę Ci powie…

I czego się dowiedziano? Po przeanalizowaniu wyników skanów okazało się, że u młodych matek zapach wywoływał zauważalnie silniejszą reakcję niż u kobiet bezdzietnych. Zmiany widoczne były w obszarze mózgu związanym z układem nagrody, odpowiadającym za odczuwanie przyjemności. Aktywność tego rejonu, związana jest z wydzielaniem dopaminy, ta natomiast ma istotne znaczenie dla utrwalania zachowań prowadzących do odczuwania satysfakcji i przyjemności np. z zaspokajania apetytu, uzależnienia od nikotyny, alkoholu czy narkotyków.

Wąchaj, wąchaj a wywąchasz…

Zapach wydaje się odgrywać ważną rolę w budowaniu więzi pomiędzy matką a dzieckiem. Po spędzeniu zaledwie godziny z noworodkiem, 90% matek jest w stanie rozpoznać swoje dziecko na podstawie zapachu. Nawet kupa naszego malucha wydaje się mniej… intensywnie „pachnieć”.

Można rzec, że matczyna miłość unosi się w powietrzu 😉

Na tym jednak nie koniec… Wspomniałam wcześniej o zjawisku tzw. „słodkiej agresji”, to właśnie jemu poświęcone było kolejne badanie…

zapach dziecka - dlaczego masz ochotę schrupać swoje dziecko

Przytulać do utraty tchu

The Association of Psychology Science opublikowało badanie dotyczące fali uczuć zalewających nas podczas kontaktu z małych dzieckiem.

Kojarzycie ten moment, kiedy macie ochotę tak mocno przytulić malucha, że niemal byście go zgnietli? Oczywiście tego nie robicie. Jednak bez wątpienia takie odczucia się pojawiają i nie są wam obce.

Dlaczego tak się dzieje i czemu to służy?

Zjawisko to wspomaga regulację emocji i jest tożsame z tym, co dzieje się z naszym organizmem, gdy płaczemy z radości. Wtedy to pozornie negatywna odpowiedź pojawia się w związku z bardzo pozytywnymi doświadczeniami. Co ciekawe, efekt ten widoczny jest również w przeciwnym kontekście, gdzie w sytuacjach silnego stresu czy złości reagujemy śmiechem.

Odpowiedź jest następująca, „słodka agresja” pomogła nam zrównoważyć emocje, które w dłuższej perspektywie byłyby dla nas przytłaczające. Jak mówi znane nam przysłowie: „co za dużo to niezdrowo” tak, też jest w tym przypadku nadmiar szkodzi nawet jeśli dotyczy „emocjonalnego haju”.

Masz ochotę schrupać swoje dziecko – to normalne

Celem obu badań było lepsze zrozumienie międzyludzkich relacji i stanów emocjonalnych, towarzyszących młodym matkom.

Pozornie może się wydawać, że naukowcy mają za dużo wolnego czasu, że zajmują się takimi „pierdołami”. Powinniśmy jednak posłużyć się stwierdzeniem, że „nie ma głupich pytań”, a spostrzeżenia uzyskane w efekcie tych badań są niezwykle cenne, gdyż pozwalają przyjrzeć się ludzkiej emocjonalności, temu, w jaki sposób wyrażamy i regulujemy swoje emocje. Ma to istotny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, fizyczne, a w konsekwencji na budowanie relacji z innymi, współprace i inne społeczne umiejętności.

Zarówno chęć zjedzenia dziecka, jak i „słodka agresja” są powszechne, normalne i zdrowe. Stanowią jeden z mechanizmów przystosowawczych, pozwalających nam wrócić do emocjonalnej równowagi. Dodatkowo przyczyniają się do budowania bliskości między rodzicem a dzieckiem będącej fundamentem rozwoju małego człowieka. Umiłowanie do zapachu maleństwa pozwala młodej mamie szybciej odnaleźć się w nowej, życiowej roli.

Badania wskazują jednoznacznie, że rodzice odczuwający wspomniane wcześniej - skrajne emocje w stosunku do swoich dzieci, dokonują autoregulacji, dzięki czemu zachowują większe opanowanie i łatwiej rozpoznają potrzeby swoich pociech.

Ciekawa jestem czy w taki sam sposób reagowaliby tatusiowie. Obserwując mojego męża, brata czy tatę mogłabym stwierdzić, że tak – jednak to trochę zbyt mała próba 😉.

Jak jest waszym zdaniem?
Czy Wy również macie ochotę schrupać swojego maluszka?
Podzielcie się ze mną swoimi doświadczeniami w komentarzach pod wpisem.

Może zainteresuje Was również:

Leworęczność – błogosławieństwo czy przekleństwo?

Leworęczność u dzieci. Jak rozpoznać rodzaj lateralizacji i efektywnie wspierać dziecko w rozwoju? Przykłady ćwiczeń.

Czym są napady złości u małego dziecka? 11 wskazówek na zapobieganie i zminimalizowanie agresji u malucha

Nie, Twoja inteligencja nie pochodzi wyłącznie od mamy

 

Do napisania,

Karola


fit mama

Nie, nie jesteś zbyt zajęta, aby ćwiczyć. 14 sposobów na bycie fit mamą

Wyglądam przez okno i z utęsknieniem wypatruję wiosny. Śnieg stopniał więc rosną szanse na bardziej korzystne warunki pogodowe. Wiosna to bardzo dobry czas na wprowadzenie zmian, wszystko budzi się do życia, my również chcemy pożegnać zimową stagnację i aktywnie wkroczyć w bardziej pozytywną porę roku. No właśnie chcemy, ale czy to robimy?

Po publikacji wpisu o uzależnieniu od sportu otrzymałam od Was wiele wiadomości z prośbą o tekst dotyczą sposobów na zorganizowanie i zmotywowanie siebie do systematycznych ćwiczeń.

Wypracowanie nawyku aktywności fizycznej jest trudne dla każdego niezależnie od płci czy roli społecznej.

Nie da się jednak ukryć, że dla MAM jest to szczególne wyzwanie, któremu można nadać miano „mission impossible”.

Mission impossible?

No bo realnie rzecz ujmując w jaki sposób znaleźć czas na ćwiczenia, kiedy luksusem jest samotna wyprawa do łazienki? Skąd wziąć siły na dodatkową aktywność fizyczną, kiedy za nami nieprzespana nocka, dzień pełen obowiązków zawodowych i domowych?

Szczerze mówiąc zanim zostałam mamą byłam święcie przekonana, że jestem super zorganizowaną i wielozadaniową kobietą. Manewrowałam między zadaniami związanymi z prowadzeniem firmy, realizacją szkoleń, rozwojem osobistym i domem. Później na świat przyszedł mój ukochany, niesamowity synek, który w krótkim czasie pokazał mi, że moje przekonanie o posiadanej umiejętności zarządzania swoim czasem jest żartem ;-).

Między opieką nad dziećmi, wywiązywaniem się z obowiązków zawodowych, wykonywaniem oczywistych prac domowych, prowadzeniem terminarza konsultacji lekarskich i szczepień, zajęć przedszkolnych, szkolnych oraz wszystkich innych kwestii pozostaje bardzo niewiele czasu i ochoty by się jeszcze konkretnie spocić… Powiedziałabym, że dla niektórych z nas właśnie to pocenie jest kwestią odstraszającą, czyż nie? ;-)

W czasach, kiedy modne i społecznie pożądane jest bycie fit, ciężko jest oprzeć się presji otoczenia. No właśnie presji… podstawową kwestią jest zmiana naszego nastawienia. Musimy przeprogramować myślenie o sporcie i odnaleźć wewnętrzną motywację by wprowadzić jego elementy do swojej codzienności. Aktywność fizyczna musi nam sprawiać przyjemność, a żeby tak się stało musimy ją podejmować dla siebie, a nie dla naszych znajomych.

Zatem zerknijcie w poniższe propozycje.

14 sposobów, które ułatwią Ci bycie aktywną mamą

  1. Na dobry początek dnia

Dobry sposobem na lenia ćwiczeniowego jest rozprawienie się z nim na samym początku dnia. Założenie, że poćwiczymy po południu, po pracy czy wieczorem gdy dzieci zasną jest bardzo ryzykowne i realnie dojdzie do skutku u osób naprawdę zdeterminowanych. Prawda jest taka, że po całym dniu wykonywania tak wielu zadań i obowiązków (kojarzycie ten stan po wyjściu z pokoju po przeczytaniu 3 książeczek na dobranoc…normalnie odpalam silnik i pędzę na siłkę), najzwyczajniej w świecie opadamy z sił i jedyne na co mamy ochotę to po prostu odpocząć w pozycji horyzontalnej. Dlatego dobrą praktyką jest wykonanie porannych ćwiczeń. Oczywistym jest, że jeżeli mamy w domu ząbkującego maluszka, który przez większą część nocy nie spał, nie potrzebujemy dodatkowo porannej przebieżki. Bądźmy realistkami, dostosowujmy swoją aktywność do możliwości i sił – nie dajmy się zwariować. Nocne balety z małym ukochanym są wystarczająco wyczerpujące (o tym, jak postępować gdy dziecko nie chce spać przeczytacie tutaj i tutaj).

  1. Zarezerwowane - zrealizowane

Kolejną przydatną zasadą jest zarezerwowanie / wyznaczenie konkretnego czasu dla siebie i zapisanie go w planerze, kalendarzu czy domowym grafiku. Istnieje większe prawdopodobieństwo realizacji zadania, jeśli jest ono zaplanowane i zapisane. Jeżeli z określonym wyprzedzeniem planujecie domowy harmonogram na dany tydzień – zawrzyjcie w nim również swoje ćwiczenia. Dzięki temu również partner widzi czarno na białym, że w tym konkretnym momencie to on przejmuje stery na Waszym domowym okręcie. Ważnym jest, by zaplanowany dla siebie czas traktować tak samo poważnie, jak spotkanie biznesowe, które jest i nie podlega negocjacjom.

fit mama

3. Miej plan co będziesz robić

Gdy już etap zamieszczenia terminów ćwiczeń w kalendarzu mamy za sobą, nie możemy przeoczyć planowania tego, co faktycznie będziemy robić podczas naszego mini treningu. Zastanawianie się nad tym jak będą przebiegały nasze ćwiczenia, to kolejny motywacyjny element. Wyobrażanie sobie siebie podczas aktywności zdecydowanie umacnia nas w postanowieniu realizacji założonego planu. Dodatkowo wcześniejsze przygotowanie (choćby obejrzenie filmiku na YT) zwiększa efektywność wykonywanych przez nas ćwiczeń. Zwyczajnie jesteśmy lepiej do nich przygotowane, co za tym idzie lepiej wykorzystujemy nasz czas.

4. Nie martw się o swój strój

Obcisła podkoszulka czy luźny T-shirt? Spodnie dresowe czy legginsy? Nie marnuj już i tak małej ilości swojego, cennego czasu na odzieżowe debaty. Oczywiście nie oznacza to, że masz biegać ubrana jak „uciekinierka, po stoczonej bitwie z obcymi”, wręcz przeciwnie bardzo ważnym i motywującym elementem jest ładny, kobiecy strój. Przygotuj zatem ubranie wieczorem przed snem, tak żeby po przebudzeniu czekał na Ciebie i zachęcająco machał nogawką. Im mniej elementów rozpraszających przed wyjściem na „trening” tym większe prawdopodobieństwo, że dojdzie on do skutku ;-).

5. Włącz w aktywność swoje dzieci

Będąc rodzicem naprawdę trudno jest znaleźć czas dedykowany tylko dla siebie. Jednak, czy ćwiczyć możemy tylko w odosobnieniu? Wiem, wiem, co myślicie, że tu chodzi o nabranie oddechu, dystansu do domowego życia, o tę chwile tylko dla siebie. No pewnie, bycie sama ze sobą jest ważne i bez wątpienia potrzebne. Jednak doskonale wiemy, jak jest w rzeczywistości, nie pozwólmy by brak możliwości wyjścia bez dziecięcej obstawy stał się wymówką do nic nierobienia. To co na pewno musimy porzucić to myślenie „albo – albo”. Dzieci uwielbiają aktywność, zawsze możemy wykorzystać wspólny czas do zabaw ruchowych. Z perspektywy rozwoju dzieci bardzo istotne są właściwe wzorce, najwięcej i najszybciej uczą się przez modelowanie – obserwując swoich najbliższych. Zatem niech widzą aktywną mamę, która czerpie przyjemność z wspólnych zabaw ruchowych.

6. Plac zabaw to świetna siłownia

Czy ktokolwiek powiedział, że sportem uprawianym na świeżym powietrzu jest tylko bieganie, jazda na rowerze czy rolkach? Doskonałym miejscem do wykonania ćwiczeń jest plac zabaw. W czasie, gdy dzieci świetnie się bawią, możemy poćwiczyć triceps robiąc przysiady tyłem do ławki, kilka pompek, podskoków czy wypadów do przodu. Małe rzeczy, a dużo znaczą. Bycie aktywną to nie tylko wyciskanie siódmych potów na siłowni, czy przebiegnięcie wielokilometrowych odcinków, to również korzystanie z różnych możliwości do wykonania nawet drobnych ćwiczeń.

7. Biegaj z dzidzią

Powtórzę to o czym pisałam już wcześniej, nieosiągalnym jest wczesne, poranne ćwiczenie, jeśli masz za sobą nocne igraszki z dzieckiem. Najgorszym co możemy zrobić w takiej sytuacji jest obwinianie siebie lub maluszka o to, że zaburzył nasz plan. Dlatego możemy pokombinować, by w rutynowe, codzienne obowiązki wpleść swoje przyjemności (bo po pewnym czasie, tak będziemy myśleć o ćwiczeniu). Alternatywą dla tradycyjnego biegu jest jogging razem z dzieckiem. Mając malca w wózku bez problemu możemy przyspieszyć nieco tempa. By iść szybciej niż podczas standardowego spaceru. Oczywiście najlepiej, kiedy mamy do dyspozycji specjalny wózek biegowy. Jeżeli nie lubicie biegać, wystarczy szybszy marsz czy jazda na rolkach.

fit mama

8. Bądź jak Ninja

W byciu aktywną nie chodzi o to by robić coś z przymusu czy z konieczności. Wręcz przeciwnie powinno być to zajęcie, z którego czerpiemy siłę do dalszego działania i satysfakcję, które stanowi odskocznie i jest źródłem przyjemność. Dlatego nie należy katować się ciężkimi ćwiczeniami i stresować brakiem czasu na systematyczne treningi.

To czego powinniśmy się nauczyć to korzystać z okazji, które dają możliwość realizacji drobnych aktywności. Może to oznaczać, że czasami będą to np. 10-15 minutowe treningi, podczas posiłków dzieci, innym razem, gdy oglądają ulubiony program telewizyjny. Wykorzystuj okazje i dostępne w domu elementy, jak np. krzesło i poćwicz przy nim.

9. Pieszo po codzienność

Jeżeli brakuje nam czasu i powiedzmy sobie szczerze ochoty na dodatkowe treningi, możemy wprowadzić do swojej codzienności inny rodzaj aktywności. Przy sprzyjającej pogodzie przejdźmy szybkim marszem do przedszkola po dzieci, zawsze to większa korzyść dla kondycji i zdrowia niż jazda samochodem. Nie mam oczywiście na myśli heroicznej wyprawy z torbami pełnymi zakupów, tylko zwyczajną mini przebieżkę stanowiącą Twoją dzienną dawkę aktywności.

10. Kontrola harmonogramu

Osoby regularnie ćwiczące nie „znajdują” czasu na trening, one ten czas „biorą” z pełną premedytacją. Każdy z nas posiada niewykorzystane luki czasowe w ciągu dnia, mam na myśli 30 minutową rundkę na przeczytanie aktualności na Facebooku czy obejrzenie zdjęć na Instagramie. Te 10 minutowe momenty, gdy nawykowo sprawdzamy lub porządkujemy pocztę, stanowią czas, po który możemy sięgnąć. To co na pewno będzie sprzyjało naszej aktywności i jest zagospodarowaniem owego czasu, to zweryfikowanie działań podejmowanych w czasie dnia i poukładanie ich tak, by wykorzystać jak najefektywniej swój dzień. Jeśli to możliwe pozbieraj wszystkie pochłaniacze czasu w jeden przedział i sprawdź, czy jesteś w stanie go wykorzystać właśnie na swoją aktywność. Oczywiście usłyszę, że FB lubicie przeglądać, to forma relaksu, a porządkowanie poczty to bardzo potrzebna czynność. Jest tak, jak mówicie i tu nie chodzi o to by zrezygnować z tych czynności, naszym zadaniem jest przeniesienie ich w inną część dnia np. na wieczór, kiedy już nie mamy sił na uprawianie zajęć sportowych.

11. Zabawa w klubiku dla dziecka – zabawa na siłowni dla Ciebie

Wiele z naszych dzieci uczęszcza na zajęcia dodatkowe – z piłki nożnej, baletu, gry na flecie… (więcej na temat obowiązków dodatkowych dzieci przeczytasz tu) Coraz częściej mam wrażenie, że dzieci są bardziej zajęte niż rodzice. Kolejną propozycją jest wykorzystanie czasu, który spędzamy w poczekalni czekając aż nasze pociechy skończą wspomniane zajęcia. W tym samym czasie możesz zarezerwować wejście na siłownię lub wykonać jakąkolwiek aktywność sportową. Podobnie jest z drzemkami maluszków, w czasie ich snu możemy zrobić coś dla siebie. Tak dla siebie, nie dla domu czy sąsiadki, tylko dla siebie, bo w takich kategoriach powinnyśmy traktować podejmowaną aktywność fizyczną.

Jestem psychologiem i już słyszę wasze myśli ;-):

"Tak dziecko śpi, to ja beztrosko będę ćwiczyć na orbitreku albo jeszcze innym cudzie techniki zamiast ogarnąć dom, wyprasować stertę rzeczy, czy ugotować obiad, który sam się przecież nie zrobi.

Pamiętacie co pisałam w punkcie 8 o tym, że mamy być jak Ninja, no właśnie to jest ten moment. Kto powiedział, że podczas prasowania nie możesz wykonać naprzemiennego wypadu w przód, bądź przysiadów czy podskoków. Wykonywanie obowiązków domowych to znakomita okazja do poruszania się. Pamiętajcie zawsze możecie wybrać, pełnowartościowy trening, jednak gdy w rodzicielskich realiach zwyczajnie bark na niego czasu, taka alternatywa jest całkiem dobrym rozwiązaniem.

12. Nie czuj się winną

Spójrzmy prawdzie w oczy, możemy sobie skrupulatnie zaplanować cały dzień, ale życie ma w nosie nasze plany i pisze własny scenariusz, który najczęściej odbiega od tego, w którym chciałybyśmy zagrać. Dlatego najważniejsze jest zdrowe podejście do ćwiczeń. Niejednokrotnie trafi się dzień, a nawet tydzień, gdzie nie będziemy w stanie kiwnąć nawet palcem. A wspomniana sterta prania będzie sobie sukcesywnie rosła w oczekiwaniu na „Prasowaczkę”, która w końcu podejmie się tego wyzwania, już bez przysiadów, podskoków i tańca wokół deski. To o czym musimy pamiętać, to, to, że niezrealizowanie postanowienia, nie powinno być powodem do stresu, poczucia winy czy złości. Nie powinnyśmy również porównywać siebie z innymi mamami. Mimo, iż niemal bez słów rozumiemy swoje codzienne zmagania, to koniec końców każda z nas ma inną sytuację, inne możliwości i predyspozycje. Dlatego działaj we własnym tempie, zgodnie ze swoimi potrzebami.  

13. Zorganizuj wsparcie

Manewrowanie między obowiązkami rodzinnymi, zawodowymi mogą być i są przytłaczające, w takich chwilach nieocenionym jest poczucie, że nie jesteśmy same. Grupa rodziców o podobnych priorytetach, pomysłach i wartościach to świetny rodzaj wsparcia. Może ono funkcjonować na różnych płaszczyznach od codziennych zmagań, po sportową motywację. Jest to o tyle ważne, że rodzic rodzica jest w sanie zrozumieć i wskazać realną alternatywę działania, albo rozwiązania problemu – bo sam znajduje się na co dzień w podobnych sytuacjach. Nie możemy wymagać od bezdzietnej przyjaciółki, by zrozumiała, iż nie wstaniemy na poranny skalpel Ewy po nieprzespanej nocy. Niezależnie od tego jak kochaną i oddaną jest osobą, dopóki nie doświadczy rodzicielskich wyzwań nie przyjmie naszej perspektywy.

14. Spraw by było warto

Należy zdać sobie sprawę, że nie ma nic złego i dziwnego w tym, że prosimy o pomoc."

Po ciężkim dniu, zawsze priorytetem jest spędzanie jak największej ilości czasu z rodziną. Przecież praca w pełnym wymiarze czasu, podróże, prowadzenie bloga, ogarnianie obowiązków domowych to wszystko oznacza mniej czasu spędzonego z naszymi dziećmi. W takiej sytuacji większość z nas powie, że jeśli ma wybierać pomiędzy: uruchomieniem bieżni, a czasem spędzonym z dziećmi, zdecydowanie wybierze rodzinę. Nasi najbliżsi, rodzina, dzieci to są najważniejsze wartości, które nie mają żadnej konkurencji. Dlatego nie ma sensu stawianie na szali dwóch niedających się porównać aspektów: miłość do bliskich vs aktywność fizyczna. To nie jest kwestia wyboru między jednym a drugim, to kwestia pogodzenia tych elementów i stworzenia z nich zdrowej całości.  

Pamiętajmy, że uprawianie sportu, to wbrew pozorom inwestycja w siebie, w rodzinę, w Waszą przyszłość. W przyszłość, która będzie wyglądała znacznie ciekawiej zarówno dla nas, jak i naszych najbliższych, gdy będziemy cieszyć się zdrowiem i kondycją. Nie myślmy o sobie i o swoim zdrowiu, jak o czymś nieistotnym, o czymś będącym drugorzędnym priorytetem. Nie bez przyczyny podczas awarii samolotu w pierwszej kolejności matka zakłada sobie maskę, by mogła uratować swoje dziecko. Tę instrukcję analogicznie przenieśmy na nasze codzienne życie, dajmy sobie szansę, zadbajmy o siebie, byśmy mogły w pełni sił zadbać o swoich najbliższych. Szczęśliwa i zdrowa mama to szczęśliwa rodzina.  

fit mama

Mam zatem dla Was wyzwanie, mimo braku chęci i czasu, spróbujcie zastosować poniższe wskazówki, niekoniecznie wszystkie, może kilka z nich.

Po miesiącu dajcie mi znać o efektach podjętej próby. Dacie radę?

Jestem ciekawa jakich sposobów używacie, aby znaleźć czas na aktywność fizyczną.

Podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami w komentarzu poniżej postu.

Informacje od Was są dla mnie ważne, gdyż pomagają mi się rozwijać i działają motywująco.

Jeśli podoba Ci się ten post i uważasz, że może być przydatny, to udostępnij go swoim znajomym na Facebook'u.

Dziękuję za odwiedziny i zapraszam ponownie  ;-) .

 


Święty Mikołaj

Ho, Ho, Ho!!! Czyli kto? Jak to kto? Święty Mikołaj

Czy Święty Mikołaj może przysporzyć więcej szkód niż pożytku?

Czy podtrzymując mikołajową tradycję szkodzimy swoim dzieciom?

Istnieje wiele opinii na temat Świętego Mikołaja. To znaczy wszyscy wiemy, że jest wesołym, podstarzałym elfem, który lata po bezkresnym niebie w pojeździe na płozach, ciągniętym przez czterokopytne, rogate ssaki. Żeby tego było mało to ów rezolutny, jak na swoje lata staruszek, który zapewne powinien ograniczyć nieco ilość zjadanych ciasteczek (dziś powinnam pewnie napisać o ograniczeniu ilości glutenu) wchodzi do domów przez kominy przynosząc ludziom radość i niesamowitą ilość pozytywnych wrażeń. Wszystko to w przeciągu jednej nocy.

Brzmi co najmniej nieprawdopodobnie...jednak mit Świętego Mikołaja jest wielopokoleniową tradycją, głęboko zakorzenioną w niezliczonej ilości rodzin na całym świecie.

Media narobiły szumu

Niedawno rozpętała się w mediach dyskusja na temat ujawnienia dzieciom informacji odnośnie „istnienia” świątecznego elfa. Wszechobecna reklama zachęcająca rodziców do zakupu niesamowitej pamiątki w postaci spersonalizowanego filmu od świętego skierowanego do malucha narobiła sporo zamieszania (swoją drogą uważam to za rewelacyjny pomysł, sama z niego skorzystałam).

W ten oto sposób dzieciaki zaczęły się zastanawiać: „Zaraz, zaraz to, jak to jest, Mikołaj daje czy sprzedaje prezenty?"

Delikatnie rzecz ujmując trochę się rozjechała świąteczna opowieść. Całe szczęście, że mój Antoś samodzielnie nie korzysta z Internetu, dzięki czemu uchował się od tych przedświątecznych wątpliwości.

Jak jest z tym kłamstwem?

Oczywistym jest, że okłamywanie kogokolwiek jest złe... dzieci również, jak nie przede wszystkim ;-) . Jednak, czy kwestię dziecięcej wiary w postać przekazującą pozytywne wzorce (nie do końca przecież fikcyjną) można rozpatrywać w tych kategoriach??

Postanowiłam zrobić mały rekonesans i sprawdzić, co w tej kwestii mówią najnowsze wyniki badań. Kilka tygodni temu ukazał się artykuł, mówiący o tym, że przekazywanie dzieciom kłamstwa o istnieniu Świętego Mikołaja jest dla nich szkodliwe i ma negatywny wpływ na ich zaufanie do rodziców.

Przyznam szczerze, że gdy przeczytałam tę nowinę to myślałam, że spadnę z krzesła.

Jak się okazało nie byłam osamotniona w swoich odczuciach, gdyż na wieść o wspomnianym „newsie” rozgorzały w sieci gorące przedświąteczne dyskusje. Również wśród psychologów zdania są podzielone.

Wyniki bliższe mojemu sercu wskazują, że większość dzieci pytanych o moment zdekonspirowania mikołajowego mitu nie czuła się okłamywana przez rodziców i nie straciła do nich zaufania, co więcej nie poczuły się nawet rozczarowane.

Bicie piany...

Zastanawiam się czy to nie jest rozdmuchiwanie tematu na siłę…też przecież byłam dzieckiem i któregoś dnia poznałam tę niewygodną prawdę, ale nie było to dla mnie jakieś traumatyczne przeżycie. Było ono na tyle nieszkodliwe, że nawet nie pamiętam, kiedy miało miejsce. No chyba, że zadziałał mechanizm obronny i wyparłam to zdarzenie ;-).

Tym, co pamiętam natomiast jest fakt, że byłam podekscytowana i dumna, że jestem starszą siostrą i stoję po tej drugiej, dorosłej stronie świątecznej przypowieści. Stojąc przy oknie wraz z młodszym bratem wypatrywaliśmy na niebie reniferów ciągnących sanie magicznego elfa. Gdy byliśmy starsi natomiast prowadziliśmy poszukiwania tajnych kryjówek, w których rodzice przechowywali prezenty.

Święty Mikołaj

Idąc tym tokiem rozumowania, gdy się nad tym zastanawiam nie mam pewności kto kogo okłamywał bardziej, czy rodzice nas, że Santa istnieje, czy my, że nadal w niego wierzymy. W każdym razie to bardzo przyjemne wspomnienia, które wywołuje uśmiech na mojej twarzy.

Kiedy dzieci zaczynają się orientować...

Jako mama i psycholog z zainteresowaniem obserwuję, jak rozwijają się zdolności poznawcze i społeczne dzieci. W kontekście tego tematu zastanawiające jest co się dzieje, gdy uświadomią sobie prawdę o świątecznym micie?

Obserwacje społeczne wskazują, że do konfrontacji ze świąteczną rzeczywistością dochodzi około 7 roku życia. Nie jest to jednak nagły grom z jasnego nieba, którego efektem jest olśnienie, tylko stopniowe kumulowanie się informacji. Dzieciaki zbierają dowody z różnych źródeł takich jak rodzice (bo przyłapią tatę, w dziwnej pozycji układającego prezenty pod choinką), przyjaciele (którzy realizują swoją misję uświadamiania mniej świadomych kolegów), rodzeństwo (bo chce nam dokuczyć, bądź coś przypadkiem im się wymknie), nauczyciele (przedstawiający legendę z bardziej realnej strony) oraz media. To wszystko razem wzięte, w pewnym momencie nie pozostawia dzieciom złudzeń…

To co jeszcze jest interesujące, to to, że gdy dochodzi do stopniowego odkrycia prawdy o Świętym Mikołaju w pierwszej kolejności dzieci tracą wiarę w jego nadprzyrodzone umiejętności, a dopiero później w jego istnienie jako takie.

Święty Mikołaj to jedna z postaci, w które wierzą dzieci zaraz obok niego jest przecież wróżka zębuszka, zajączek wielkanocny i inne baśniowe stworzenia. Dzieci przez cały czas używają swojej wyobraźni nawet jeśli wiedzą o tym, że wspomniani ulubieńcy są wymyśleni. To naturalny etap ich rozwoju poznawczego. Gdy bawią się w policjantów i złodziei, wiedzą, że tak naprawdę nimi nie są. Powinniśmy się martwić o te dzieci, które nie korzystają ze swojej wyobraźni, nie potrafią opowiedzieć twórczej historyjki.

Wiara w Świętego Mikołaja to element bycia dzieckiem, dlaczego mielibyśmy pozbawiać je tej magii dzieciństwa.

Święty Mikołaj

Co zatem dobrego niesie ze sobą wiara w Świętego Mikołaja?

Rozwija wyobraźnię

Możliwość posługiwania się wyobraźnią z dziecięcą beztroską i nieograniczoną wiarą jest najlepszym co wspominam z dzieciństwa. Widzę jak ważne dla Antosia są wyobrażeniowe zabawy – nazywa je „ręcznymi zabawami” bo wcielając się w postaci korzystamy tylko z naszej wyobraźni. W jednej chwili jesteśmy avengersami – ja czarna wdową (nie wiem, dlaczego mnie nią mianuje), w kolejnej mężem i żoną, posiadającymi dziecko, którym jest Kubuś ;-).  Wiara w magiczne stworzenia, świat, gdzie wszystko jest możliwe, a zmartwienia znikają za sprawą czarodziejskiego pyłu daje nieograniczone możliwości do rozwoju. Te same możliwości daje pielęgnowanie świątecznej tradycji.

Uczy wiary w rzeczy bez naocznego dowodu ich istnienia

Dzieci mają możliwość rozwijania zdolności do wiary w coś abstrakcyjnego, czego nie mogą zobaczyć ani dotknąć. To bardzo trudne i jakże istotne w całym późniejszym życiu. Będą przecież musiały wierzyć w swoje talenty, w siebie, w przyjaciół, w rodzinę (nie mam tu na myśli fizycznej ich obecności, a cechy osobowości). W rzeczy, których nie można zmierzyć czy zamknąć w dłoni, jak miłość, dająca sens ludzkiemu istnieniu. Nie wspomnę już o bardziej przyziemnych kwestiach, jak pojęcie tlenu czy światła ;-).

 Możliwość krytycznego myślenia…

To o czym wspominałam wcześniej, na pewnym etapie rozwoju dzieci zaczynają analizować zbierane informacje, zestawiać ze sobą fakty i dochodzić do odkrywczych wniosków. To przełomowy moment w rozwoju poznawczym małego człowieka. A zdolność ta jest nieoceniona w dorosłym życiu.

Wspomnienia z dzieciństwa

To przecież rzeczy, do których wracamy pamięcią, które najpierw wspominamy i w nie szczerze wierzymy, z czasem wspominamy już nie wierząc w ich istnienie… Wspomnienia to nie tylko Mikołaj, ale wszystko to co dzieje się w tym szczególnym okresie w naszym domu. To zapachy świątecznych potraw, to zdobienie domu, ciepło lampek choinkowych, dźwięk kolęd i poczucie bezpieczeństwa, bliskości oraz jedności z pozostałymi domownikami. To nieodparta chęć podarowania tego samego moim dzieciom, czegoś co będzie im towarzyszyło przez całe życie.

Przekazywanie pozytywnych wartości

Postać jaką jest Święty Mikołaj jest wspaniałym wzorem do naśladowania, pokazuje, że można bezinteresownie czynić dobro. Dlatego ważne byśmy jako rodzice unikali posługiwania się Mikołajem jako straszakiem mającym wpływ na dziecięce zachowanie.

Mówiąc: „Nie zachowuj się w ten sposób, bo Święty Mikołaj wszystko widzi, przecież przynosi prezenty tylko grzecznym dzieciom…” cóż to oznacza? Nic innego, jak tylko:

  • „Powinieneś być grzeczny, bo chcesz dostać prezent, nie dlatego, że jesteś grzeczny z natury”
  • „Mikołaj jest mściwy i lekko przerażający, bo podgląda Cię na każdym kroku, zarówno w dzień jak i w nocy” ;-)

Czas szybko biegnie i magia Świętego Mikołaja przemija. Co w tym złego zatem, że podarujemy dziecku tę krótką chwilę magii, to zaledwie kilka lat? Zanim sie obejrzymy będziemy zastanawiać się, jak przekazać mu prawdę o istnieniu świetego (kliknij tu).

Święty Mikołaj jest częścią tradycji Bożego Narodzenia, nie zapomnijmy również o istocie wspomagania biednych i potrzebujących, o byciu razem – to uniwersalne wartości.

Nie dajmy się pochłonąć konsumpcjonizmowi, który żeruje na dziecięcych marzeniach…Budujmy świąteczne wspomnienia, których podstawą będzie rodzina, a dopiero potem upragnione prezenty ;-).

Święty Mikołaj

 

Co Wy myślicie o Świętym Mikołaju? Pielęgnujecie tę tradycję w Waszych domach? W jaki sposób celebrujecie ten wyjątkowy czas?

Dziękuję za odwiedziny. Jeśli podoba Ci się ten post i uważasz, że może być przydatny, to udostępnij go swoim znajomym na Facebook'u. Podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami w komentarzu poniżej postu. Informacje od Was są dla mnie ważne, gdyż pomagają mi się rozwijać.