samoakceptacja

Doskonale niedoskonali. Dlaczego nie potrafimy zaakceptować siebie

Każdy z nas miewa gorsze i lepsze dni, w zależności od naszego nastawienia świat wydaje się bardziej lub mniej przyjazny. Podobnie sprawa się ma z podejściem do siebie samego, bywa, że nie cenimy siebie zbyt wysoko. To zupełnie naturalne i nie ma w tym nic dziwnego ani złego, że mamy wątpliwości na swój temat, że nie wszystkie cechy naszego charakteru czy wyglądu nam się podobają. Co innego natomiast jeżeli popadamy w skrajny samo zachwyt, bądź ciągłą pogardę, to może świadczyć o występowaniu pewnych zaburzeń, które szerzej opisze innym razem.

To na co powinniśmy zwrócić uwagę, to odróżnienie chwilowego obniżenia nastroju i gorszego samopoczucia, od permanentnego krytykowania siebie, umniejszania swojej wartości i zatruwania sobie prostych życiowych przyjemności. Gdy tak się dzieje do gry wkraczają kompleksy, które swym zasięgiem przekraczają okazjonalne niezadowolenie.

Czym zatem jest samoakceptacja?

Posługując się określeniem samoakceptacji, nie mam na myśli skrajnego naturalizmu, głoszącego hasło „jakim mnie Panie stworzyłeś, takim mnie masz” i pałania zachwytem do nóżek prezentujących się niczym te u sarenki (i nie chodzi o ich zgrabność). Nie jest to również egotyzm, gdzie zachwytem napawałby nas każdy oddech wydobywający się z naszej „boskiej piersi”. Co to, to nie…

Samoakceptacja to pogodzenie się z tym, jacy jesteśmy, z naszą prawdziwą naturą, wolną od idei i wyobrażeń na temat tego, kim jesteśmy lub kim powinniśmy być. To danie sobie przyzwolenia na popełnianie błędów i wyciąganie z nich wniosków.  Akceptacja to coś więcej niż tolerancja, to obiektywne spojrzenie na sytuację, realna ocena. Co ciekawe, akceptacja to również wstęp do zmian, bo nawet jeśli w danej chwili rzeczy są takie, jakie są, a nie takie, jakie chcielibyśmy, żeby były, to wszystko może ulec zmianie.

Może się wydawać, że to nic wielkiego, to żaden problem spojrzeć w lustro i pomyśleć „lubię siebie i swoje życie”. A jednak dla wielu z nas nie jest to proste, wręcz przeciwnie, wydaje się być nieosiągalne. Istnieje wiele przeszkód, impulsów, bodźców, które wpływają na nas, nasze zachowanie i na to, jak postrzegamy siebie i otaczający nas świat.

Kim jesteśmy?

Kiedyś usłyszałam zdanie, które zapadło mi w pamięci:

To, co wiemy o sobie, to obrazy, spostrzeżenia i wyobrażenia na nasz temat, które przekazują nam inne osoby. Dlatego myśląc, że nie lubisz siebie, tak naprawdę czujesz niechęć do tych, nierzeczywistych wyobrażeń na swój temat, a nie do swojego, prawdziwego „ja”.

Niesamowitą trudność stanowi osiągnięcie takiego poziomu świadomości, by zdać sobie z tego sprawę.

Nie łatwe jest również danie sobie przyzwolenia na bycie sobą, na zrzucenie przebrania, w które ubierano nas przez lata, które nas uwiera w tyłek i w którym nie jest nam do twarzy.

samoakceptacja_niska_samoocena

W pogodni za ideałem

Perfekcja, dążenie do ideału i porównywanie się z innymi to prosta droga do frustracji, niezadowolenia i kompleksów. Jak wskazują badania, nie trzeba się wielce wysilać, żeby się ich nabawić, gdyż kompleksy mogą dotyczyć praktycznie każdej sfery naszego życia, wystarczy tylko dać im pożywkę, by z łatwością zagościły w naszych głowach. To, czego dotyczą najczęściej to: własna kultura, umiejętność poprawnego wysławiania się, zdolności intelektualne i wygląd.

Kanony, trendy, zasady

Samoakceptacja wymaga od nas dużej świadomości i pracy. Trudno jest poczuć się dobrze z samym sobą, dostrzec, to jacy jesteśmy naprawdę, kiedy od wczesnego dzieciństwa, zewsząd doświadczamy różnorodnych nacisków, borykamy się z postawionymi zadaniami, dopasowujemy do istniejących trendów.

Na naszą samoocenę i postrzeganie siebie ma wpływ wiele zmiennych: edukacja, wychowanie, opinie innych osób na nasz temat, presja mediów i kultury, a także nasza skłonność do osądzania. Lubimy osądzać innych, ale również siebie – wtedy też często bywamy dla siebie zbyt surowi.

Dlaczego tak ciężko zaakceptować siebie?

Rodzimy się w społeczeństwie, w którym funkcjonowanie opiera się na społecznym uznaniu słuszności naszego postępowania i zewnętrznym potwierdzeniu wartości. W efekcie od początku koncentrujemy się i dążymy do uzyskania akceptacji naszego otoczenia, spełnienia oczekiwań, dopasowania się do obowiązującego kanonu, trendu czy stylu (więcej na ten temat przeczytacie tutaj >> klik).

Jako dzieci darzymy bezgranicznym zaufaniem naszych rodziców, polegamy na ich opinii i słuchamy wskazówek. Kłopociki pojawiają się, gdy wskazówki zmieniają się w nakazy, a nasze pragnienia ustępują miejsca spełnianiu oczekiwań naszych bliskich.
Któż z nas nie zna historii dzieci realizujących niespełnione marzenia swoich rodziców i zaspakajających ich wyśrubowane ambicje (o niewystarczająco dobrych dzieciach przeczytacie tutaj).

Przecież niedopuszczalne jest, żeby w prawniczej rodzinie, latorośl mogła poświęcić się akrobatyce artystycznej…

Samoakceptacja vs opinia innych

W taki oto sposób, niepostrzeżenie szala samoakceptacji przechyla się w kierunku zewnętrznego warunkowania, zależnego od oceny i poglądów innych osób. W coraz mniejszym stopniu liczy się to, co sami o sobie myślimy i na co mamy ochotę, a coraz ważniejsza jest dla nas opinia innych osób.

Zastanawiamy się, jak nas ocenią? Jakie wrażenie na nich zrobimy? Czy nas zaakceptują, polubią? Zaczynamy spoglądać na siebie przez pryzmat dopasowania do ich wyobrażeń na nasz temat.
Im dłużej tkwimy w schemacie takich zachowań, tym trudniej jest nam je zmienić. Oceniając i krytykując siebie, nieustannie próbując dopasować się do tego, co jest uznawane za „właściwe”, wpędzamy się w stan ciągłego niezadowolenia. Jak długo można żyć w pogoni za wyimaginowanym sobą?

Spoglądając na to z boku, wypadałoby się zastanowić nad tym, czym jest to „właściwe”, pożądane przez innych „ja”? Kto ustala i decyduje o tym, co jest odpowiednie, a co nie? Na jakiej podstawie i dlaczego?

Pytań pojawia się niezliczona ilość. Jednoznacznych odpowiedzi brak.

Co się dzieje w sytuacji, gdy warunkujemy swoją samoocenę od akceptacji osób, które również nie akceptują samych siebie?

Czy w ten sposób przyczyniamy się do powstawania pozornie doskonałego społeczeństwa, powierzchownego i nieautentycznego? Wszyscy udajemy, że jesteśmy kimś, kim w rzeczywistości nie jesteśmy…

Wow trudne to spełnianie cudzych oczekiwań…można się pogubić, kto tu w końcu kim jest i co spełnia? Hmm…

Koniec końców kręcimy się w kółko, próbując zadowolić kogoś, kto tak naprawdę nie istnieje. Wszystkie kryteria, stanowią subiektywne pomysły i wyobrażenia innych osób, które przed laty zostały w nas wkodowane niczym schemat, a teraz systematyczne są podsycane.

Być człowiekiem...

Słyszałam kiedyś, że rzemieślnicy tkający przepiękne dywany w Maroku zawsze wplatają w swoje dzieła jedną „fałszywą” nitkę na znak tego, że idealny może być tylko Bóg, nie człowiek. Podobny wydźwięk ma zwrot powtarzany w obliczu niepowodzenia, mówiący „nie przejmuj się, przecież jesteś tylko człowiekiem”. Uznanie człowieczeństwa polega na zrozumieniu faktu, że nie jesteśmy doskonali i mamy prawo do popełniania błędów. To wcale nie oznacza, że jesteśmy nieudacznikami (choć czasem możemy się tak czuć) lub, że nie zasługujemy na kolejną szansę i na to, co przynosi nam kolejny dzień.

samoakceptacja, kobieta

Uczucia zwątpienia, beznadziejności, niewystarczalności są naturalnie wpisane w ludzkie funkcjonowanie i świadczą o nadchodzących zmianach i rozwoju. Dotyczą każdego z nas, również osób o wysokim poczuciu własnej wartości, które też mają wątpliwości na swój temat i ponoszą porażki. To, co odróżnia je od osób o niskiej samoocenie, to umiejętność wzięcia na klatę zaistniałej sytuacji. Zwyczajnie akceptują porażki, uznają je za kolejne doświadczenie, a fakt, że są niedoskonali w pewnych sprawach, nie wpływa na ich ogólne mniemanie o sobie.

Doskonale niedoskonali

Gdy przychodzimy na świat, jesteśmy autentyczni. Jako dzieci nigdy nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy, chcemy bawić się, odkrywać świat, kochać. Nikt nas tego nie uczy, tacy po prostu jesteśmy. Wszystko jest tak, jak być powinno, do momentu, w którym na etapie socjalizacji poprzez edukację i kulturę dowiadujemy się, co należy robić, by zostać „kimś” …

No tak, to nieoceniona wiedza, bo któż z nas nie chciałby być „kimś”? Yhyyyy, a właściwie „kimś”, czyli kim mielibyśmy zostać?

Nasuwa się również kolejne pytanie: Czy powyższe oznacza, że bez tej całej otoczki jesteśmy nikim?

Podświadomie otrzymujemy komunikat, że musimy się przystosować, by spełniać określone, społeczne standardy, wtedy będziemy uchodzić za kogoś… no właśnie za kogoś - tam będziemy uchodzić 😉.

Wprowadzę nieco przekory, bo może warto zmienić sposób myślenia o sobie?

Może warto dostrzec i nie obawiać się, przyznać, że jesteśmy idealni i doskonali.

Nie chodzi tu o skrajne przekonanie o swojej zajebistości. Tylko o to, że jesteśmy wystarczająco dobrzy – tacy, jacy jesteśmy. Prości, zwykli, naturalni, spontaniczni…autentyczni. Jesteśmy tacy, jacy powinniśmy być. Czyż nie wtedy właśnie jesteśmy „kimś”, bo jesteśmy sobą?

W jaki sposób pracować nad samoakceptacją?

  • Zacznij spoglądać na siebie i myśleć o sobie w bardziej przychylny sposób. Nie ma osób, które nie popełniają błędów. To, co wydaje Ci się Twoją słabością bądź wadą, może okazać się Twoim atutem, mocną stroną i cechą charakterystyczną.
  • Zrób bilans, zapisz wszystkie swoje mocne strony. To ten czas, kiedy nie powinnaś być skromna, nie umniejszaj swoich zalet.
  • Przestań zastanawiać się nad tym, co pomyślą inni. Teraz najważniejsze jest to, co ty myślisz i czujesz. Wysłuchaj się w siebie i swoje potrzeby.
  • Staraj się nie porównywać z innymi. Jeśli chcesz, to porównuj się tylko do siebie samej. Pozwoli Ci, to monitorować swój rozwój i efekty pracy nad sobą.
  • Pozwól sobie popełniać błędy i naucz się wyciągać z nich wnioski.
  • Ujarzmij swojego wewnętrznego krytyka. Pracuj nad tym, by nie być dla siebie zbyt wymagającą.
  • Pamiętaj, że pracując nad sobą, rozwijasz swoje umiejętności, możesz być coraz lepszą, jeśli tylko zechcesz.

To, w jaki sposób postrzegamy siebie, kim naprawdę jesteśmy, jest niezwykle ważne dla naszego komfortu psychicznego i dobrego samopoczucia. Dostrzeżenie siebie i zaakceptowanie takim, jakim się jest, pozwala wyznaczać i realizować własne cele, marzenia i pragnienia. Pozwala odnaleźć wewnętrzne, życiowe powołanie, zawalczyć o spełnienie, satysfakcję, szczęście i spokój. Wreszcie daje możliwość przeżycia swojego życia, według własnych reguł, pozostających w zgodzie z naszym prawdziwym „ja”.

Jakie są Wasze doświadczenia z poczuciem wartości, samoakceptacją i pewnością siebie?
Podzielcie się ze mną nimi w komentarzu poniżej tekstu.

Ściskam,

Karolina

 


jak nauczyć dziecko asertywności, asertywność

Empatyczna asertywność. Jak nauczyć dziecko asertywności

W ostatnich latach pojawia się coraz więcej artykułów na temat istoty wykształcenia w dzieciach empatii oraz asertywności. W wielu z nas budzi to nieco mieszane odczucia, bo przecież, jak to możliwe, że empatia i asertywność mogą iść ze sobą w parze? Cenimy empatię i staramy się ją pielęgnować, tak często, jak to możliwe. Wydaje nam się oczywistym jak postępować, by ją rozwijać i, że posiadając tę umiejętność dziecko będzie szczęśliwsze w spełnionych i wartościowych relacjach.

Jednak czy na pewno tak jest?

Empatia vs Asertywność

W swojej pracy z ludźmi obserwuję osoby, które działają z empatią, jednak bardzo często kosztem siebie, nie potrafią otwarcie powiedzieć o swoich potrzebach w obawie by komuś nie sprawić przykrości, nie zranić czyichś uczuć. Przystają na prośby czy naciski poświęcając swoje potrzeby, oczekiwania, pragnienia dla dobra i szczęścia innej osoby. W efekcie nie są szczęśliwi, a wręcz przeciwnie sfrustrowani i niezadowoleni.

Czy to jest właśnie to czego chcemy dla naszych pociech?

Oczywiście, że nie. To jest właśnie moment, w którym powstaje wspomniana synergia między empatią i asertywnością. Wprowadza ona swoistą równowagę. Sprawia, że szanujemy innych, potrafimy spoglądać na sytuację z ich perspektywy, dostrzegamy uczucia towarzyszące drugiej osobie, ale jednocześnie jesteśmy zgodni z własnymi potrzebami, postawionymi granicami i samym sobą.

Mieszanka tych dwóch, kluczowych umiejętności mogłaby nosić miano „empatycznej asertywności” i właśnie taką jej odsłonę dziś Wam przedstawię.

Codzienne potyczki…

Kojarzycie przestarzałe stwierdzenie, że „dobroć jest słabością”? Gdy zastanawiam się nad nim w kontekście empatii, nie jestem już pewna, że tak nie jest.

Któż z nas nie obawia się sytuacji, w której nasze dziecko zostaje skrzywdzone przez kogoś, kto bez skrupułów wykorzystuje jego wrażliwość, przekracza granice by osiągnąć własne korzyści. Co mam na myśli? Otóż przykładowej sytuacji nie musimy daleko szukać, zajrzyjmy do piaskownicy.

Wyobraźcie sobie sytuacje, w której obserwujecie jak Wasze dziecko bawi się w piaskownicy, buduje zamek, kopie dziurę, tunel, po prostu robi to, co sprawia mu przyjemność, radość, wywołuje uśmiech na jego twarzy. Aż miło popatrzeć prawda?

Jednak w pewnym momencie sielanka zostaje przerwana, gdy do zabawy wkracza rówieśnik i postanawia zabrać maluchowi ulubioną zabawkę. Brzdąc nie reaguje, nie płacze, nie wścieka się, nie jest nawet zdenerwowany, tylko spogląda ze smutkiem na utracony skarb. Jako rodzice doskonale wiemy co w tej sytuacji czuje nasze dziecko, sami czujemy się źle z tym co je spotkało. Co o tym myślicie? Co Waszym zdaniem było nie tak?

jak_nauczyć_dziecko_asertywności, asertywność

W moim mniemaniu najgorsza w tym wszystkim nie jest sama strata, to, że ktoś podszedł i odebrał dziecku jego własność, ale brak reakcji ze strony malucha, jego pasywna postawa, bierność…bezsilność...

To jest właśnie ten moment, kiedy powinniśmy zadać sobie pytanie: co zrobić by nasza pociecha potrafiła sobie poradzić właśnie w takich sytuacjach? W jaki sposób postępować, by w przyszłości potrafiła zawalczyć o siebie? Była pewna siebie, nie dała sobie zrobić krzywdy i co najważniejsze, wierzyła w swoje możliwości.

Co zrobić, by dobroć nie była słabością?

Wiadomym jest, że nie ma złotego środka, nie da się zaplanować każdego kroku i wytrenować asertywność tak, by dziecko posługiwało się nią automatycznie. To co można natomiast, to zakrzewić w nim sposoby postępowania, reakcji niczym „styl życia i bycia”, które jako nawyk będą wyskakiwały, jak zając z cylindra w konkretnych sytuacjach.

Jak to zrobić? Najlepiej jest zacząć od siebie, od wprowadzenia pewnych zmian w Waszym domu, bo to od relacji z najbliższymi zaczyna się poczucie własnej wartości, bez której pewność siebie nie może istnieć, a która jest tak potrzebna w wyznaczaniu własnych granic.

Poniżej znajdziecie kilka punktów będących wskazówkami na drodze do empatycznej asertywności.

Asertywni rodzice, czyli zacznijmy od siebie

Dzieci uczą się przez modelowanie, obserwując najbliższych w codziennych zmaganiach, wychwytują wzorce, którymi się posługują w przyszłości. To, czego nauczą się jako maluchy, zostaje na całe życie. Jeżeli w rodzinnych relacjach, każdy może swobodnie wyrażać swoje uczucia i potrzeby, staje się to dla dziecka, tak naturalne i oczywiste, że z ogromnym prawdopodobieństwem będzie w ten sam sposób postępowało w kontakcie z rówieśnikami.

Dajmy dziecku możliwość do wypowiadania swojego zdania

Bardzo duży wpływ na budowanie postawy naszego dziecka ma szacunek, który odzwierciedla zasada mówiąca o tym, że głos każdego domownika, nawet ten pochodzący od najmłodszego członka rodziny jest ważny i ma znaczenie. Wyrzućmy z naszego słownika popularne przysłowie: „Dzieci i ryby głosu nie mają”, które być może zdarzyło się nam słyszeć w dzieciństwie.

Miejmy realne oczekiwania, bo przecież dyskryminując czy „gasząc” nasze pociechy na co dzień, nie wykształcimy w nich asertywnych zachowań. Pozwólmy dziecku uczestniczyć w drobnych wyborach, w podejmowaniu decyzji dotyczącej np. tego co zje w restauracji czy refleksji na temat planowanego, wspólnego wyjazdu. Wyjdźmy z inicjatywą zadając pytanie: „Co zjadłabyś na obiad – zupę pomidorową, czy ryż z warzywami? To małe rzeczy, a wiele wnoszą do dziecięcego, asertywnego świata.

Konstruktywna informacja zwrotna

Brzmi złowrogo i poważnie? Nic bardziej mylnego 😉. Po prostu bardzo istotne jest, to w jaki sposób reagujemy na zachowanie naszych pociech. Gdy podczas codziennej zabawy dziecko uderzy nas zabawką, zamiast powiedzieć „przestań, jesteś nieznośny”, odnieś się do swoich uczuć oraz do konkretnego zachowania malucha. Powiedz: „Nie wolno uderzać, ponieważ to boli”, taka forma jest o wiele skuteczniejsza – nie kategoryzujemy dziecka, nie oceniamy go, tylko odnosimy się do jego zachowania, które zawsze można zmienić. Dziecko w praktyce uczy się w jaki sposób reagować nie raniąc uczuć.

Jasność reguł drogowskazem

Kilka podstawowych elementów: tłumaczenie, argumentowanie, przekonywanie, rozumienie, negocjowanie. Na pewnym etapie rozwoju ulubionym słowem dzieci jest „dlacego”, „cemu”, „po cio”, „cio to” itd. Gdy maluchy zaczynają się z nami komunikować słownie, zadają pytania, gdyż w ten sposób (dotąd niedościgniony i upragniony) poznają świat. Dlatego tak ważne jest byśmy cierpliwie, z uporem maniaka odpowiadali na pytania naszych pociech.

W sytuacji, gdy chcemy, aby brzdąc wykonał jakąś czynność, a ten pyta „dlacego”, pod żadnym pozorem nie odpowiadamy: „bo tak”, „bo ja tak mówię”, „bo tak trzeba”, „bo tak ma być”. Tego typu zwroty wyrzucamy z naszego słownika. Chcielibyście, aby ktoś się do Was w ten sposób zwracał? Wystarczy zwykłe uargumentowanie i wyjaśnienie np.: „powinieneś zjeść obiad, bo wtedy będziesz miał więcej siły do jazdy na rowerze”. Doprecyzowanie wypowiedzi tak niewiele kosztuje, a ma ogromne znaczenie i robi różnicę. (Po więcej szczegółów zajrzyjcie  tu, tu i tutaj)

Stawianie granic

Bardzo ważnym elementem jest „wyrobienie” w dziecku umiejętności mówienia „nie” bez poczucia winy. Umiejętność ta pozwoli w przyszłości chronić szkraba zarówno w sytuacjach takich, jak ta przytoczona na początku tego wpisu, jak i w poważniejszych kwestiach dotyczących zdrowia bądź bezpieczeństwa (zastraszanie, oferowanie narkotyków – tzw. dylematy nastolatków). W jaki sposób to wypracować? Dajmy dziecku prawo do zaznaczania swoich granic, w prostych codziennych sytuacjach.

jak_nauczyć_dziecko_asertywności, asertywność

Jeżeli nie ma ochoty na pocałunki odwiedzającej Was cioci, niech tego nie robi. Jeżeli nie chce oddać dziecku swojej zabawki, niech nie oddaje. Postawmy się w jego sytuacji, czy sprawia nam przyjemność całowanie „obcej” osoby, albo czy oddajemy przechodzącemu znajomemu swój telefon, tylko dlatego, że chce pograć?

Nie robimy tego, bo nie mamy ochoty, bo nie taka jest nasza potrzeba, bo nie chcemy - i w porządku, mamy do tego prawo. Pozwólmy zatem na to samo małemu człowiekowi, szanujmy i dajmy mu owe prawo do powiedzenia „nie”, takiego bez poczucia winy i wyrzutów sumienia. Oczywiście możemy zachęcać dziecko do dzielenia się swoimi dobrami, ale nie zmuszajmy go do tego (Więcej na ten temat przeczytasz tutaj). Uczmy wzajemności - tłumacząc („jeśli ty pożyczysz Amelce to autko, ona pożyczy Tobie swoje”) – pozwólmy jednak na nienaruszalną własność i … samodzielne podejmowanie decyzji. Jednocześnie chwalmy za każdy przejaw uspołeczniania i wskazujmy dobre strony podwórkowej współpracy.

Szacunek i poczucie bezpieczeństwa

Umiejętność wyrażania swoich uczuć i przekonanie, że można bez obaw o nich mówić to bardzo ważny element nauki empatycznej asertywności. Nie wymaga on stosowania wymyślnych technik, wystarczy, że okażemy szacunek maluchowi. Kiedy i jak? Zwyczajnie, nie używając np. podczas płaczu dziecka zwrotów: „przestań się mazać”, „nie płacz chłopaki nie płaczą”, twierdząc, że „już nie boli” czy, że „nic się nie stało”, gdy dziecko się uderzyło i rośnie mu siniec, jak malowany. Proste sytuacje, a jakże istotne, bowiem dziecko, kiedy przeżywa smutek i złość, potrzebuje naszego wsparcia i zrozumienia, nie bagatelizowania i lekceważenia. Nie wpajajmy dziecku, że to, co "wypada" i co widzą inni jest ważniejsze niż jego uczucia – bo przecież to nieprawda (więcej na te temat przeczytasz tutaj).

Ostatnimi czasy coraz więcej mówi się o asertywności, to dlatego, że to właśnie od niej zależy jakość wszystkich budowanych relacji. Pewność siebie sprawia, że łatwiej radzimy sobie z porażkami, jesteśmy odporni na różnorodne reakcje otoczenia. Asertywna osoba samą postawą jest w stanie zahamować agresję innych i wie, jak odpowiedzieć, by emocje nie wzięły góry. Dziecko o silnym poczuciu własnej wartości, pewniej idzie przez świat zgodnie ze samym sobą.

jak_nauczyć_dziecko_asertywności, asertywność

Ważne byśmy pamiętali, że nieśmiałość to nie brak asertywności. Nawet ciche i zamknięte w sobie dzieci mogą zdobyć umiejętność odmowy, protestu czy pewności w wyrażaniu własnych opinii, zasad i potrzeb. Jako rodzice od samego początku jesteśmy wsparciem dla naszych pociech. Dzięki częstym rozmowom i wyrażaniu własnych uczuć, właściwemu zachowaniu pokazujemy dzieciom, w jaki sposób „smakować świat”. Jednocześnie potwierdzamy, że niezależnie od tego, co lubią i myślą, są i zawsze będą najważniejsze.

W jaki sposób Wy uczycie swoje pociechy asertywności? Jakie są Wasze doświadczenia w tym obszarze?

Podzielcie się ze mną nimi w komentarzach pod postem.

 

Ten tekst powstał w ramach wydarzenia „Mamo a skąd się biorą (asertywne) dzieci?”, zainicjowanego przez AsertywnaMama.pl we współpracy z Mama Balbinka, Pozytywne wychowanie, Z błyskiem w oku oraz Odnova ;-).

Do przeczytania ;-),

Karola