porozumienie_bez_przemocy

Porozumienie bez przemocy. Czyli o empatycznym wyznaczaniu granic słów kilka...

Bycie rodzicem to niekończący się egzamin, a jeśli nie egzamin, to na pewno nieustanna nauka. Każdy z nas biorąc odpowiedzialność za wychowanie małego człowieka, chciałby wywiązać się z podjętej roli najlepiej, jak tylko potrafi. Sprawa nabiera jeszcze większej wagi, jeżeli dotyczy osób najbliższych naszemu sercu. Dlatego tak wiele emocji i kontrowersji budzą zagadnienia dotyczące metod wychowywania dzieci. Dokonując wyboru bijemy się z myślami, zastanawiamy się czy na pewno postępujemy właściwie. Analizujemy wszystkie za i przeciw.

Cieszy mnie fakt coraz większej, rodzicielskiej świadomości dotyczącej tego tematu. Wraz z ciekawością i chęcią rozwoju - podnoszenia rodzicielskich kompetencji, pojawia się coraz więcej pytań i wątpliwości. Dochodzimy do słusznego wniosku, że nie wszystko da się jednoznacznie zakwalifikować, a kategoryczność i niemal boska wszechwiedza rodzica, to nieskuteczny i przestarzały mit.

Jako psycholog, trener umiejętności psychospołecznych, a przede wszystkim mama, bardzo często spotykam się z pytaniami rodziców dotyczącymi obaw w kontekście podjętych decyzji, czy słuszności postępowania względem dziecka. Spora część rodziców zakłada, że ​​NIE stosowanie kar jest równoznaczne z pobłażliwością w stosunku do pociechy i tak naprawdę nie jest sposobem na „wychowanie dobrze ułożonego człowieka” . Czy rzeczywiście tak jest? Czy dziecko trzeba układać, musztrować i karcić?

Skuteczność autorytarnych metod wychowawczych

Niechęć do karania oraz nie stosowanie przemocy zarówno cielesnej jak i werbalnej nie oznacza, ​​nie wyznaczania granic, braku konsekwencji i wszechobecnej pobłażliwości.

Wręcz przeciwnie, badania dowodzą, jak nieskuteczne jest karanie dzieci oraz o braku wpływu autorytarnego modelu rodzicielstwa na wykształcenie w dziecku zdolności do samodyscypliny (o tym dlaczego karanie dzieci nie jest skuteczne przeczytacie tu => klik).

Wyniki badań mówią natomiast, że dzieci o wysokim poziomie samodyscypliny, umiejętności przystosowawczych oraz inteligencji emocjonalnej są wychowywane z zastosowaniem jasnych i empatycznych granic.

Rodzicielskie kompetencje 

Tu wiele, a tak naprawdę większość zależy od nas, rodziców i od naszych umiejętności odpowiedniego sformułowania granicy. Właściwie postawiona powinna pozwoli­­­­­­­ć dziecku na samodzielne dokonanie wyboru, pomiędzy tym czego chce, a tym czego chce jeszcze bardziej 😉. Nie ma co ukrywać, że clue polega na tym, byśmy tak poprowadzili rozmowę, by dziecko postąpiło zgodnie postawionymi granicami, a jednocześnie akceptowało ten wybór. Dzięki temu sposobowi dzieci zdobywają praktyczne umiejętności współpracy i postępowania zgodnie z ustalonymi zasadami, przy jednoczesnym poczuciu zrozumienia i chęcią zaakceptowania zmiany.

Brzmi jak mrzonka?

Z pewnością nią nie jest. Nie jest to nic prostego i nie przychodzi z dnia na dzień. Wymaga od nas morza cierpliwości, niesamowitego zaangażowania i niekończących się pokładów spokoju. Jednak warto podjąć tę pracę nad sobą i dzieckiem, by zebrać profity w przyszłości.

Na czym polega to ustalanie granic?

Empatyczne ustalanie granic

Ustawienie  granic z empatią oznacza, że:

  • Jesteśmy w kontakcie z dzieckiem podczas ustalania granic (nie mówimy do niego z innego pokoju, czy przeglądając aktualności na facebooku)
  • Ustalając granice z dostrzeżeniem, nazwaniem i uwzględnieniem uczuć dziecka pomagamy mu przejść i przepracować emocje, a nam udzielić mu odpowiedniego, emocjonalnego wsparcia.
  • Staramy się zminimalizować intensywność przeżyć naszego malucha, pojawiających się w związku z postawionymi granicami.

Teoria teorią, ale sprawdźmy jak to może wyglądać w praktyce. Przykładowa sytuacja podczas zabawy na placu zabaw.

porozumienie_bez_przemocy_huśtawka

Mama:

"Asiu, nadszedł czas, aby wrócić do domu i zjeść jakąś pyszną zupkę na obiad. Chcesz iść pieszo, czy wolisz jechać w wózku?”

Asia:

 "Nie mamusiu, siądę tu, na huśtawce- będę się bujać…buju, buju…"

Mama: [Stara się dostrzec i nazwać uczucia towarzyszące córce]

 "Huśtanie sprawia Ci wiele radości. Wiem jak bardzo to lubisz. Chciałabyś zostać i huśtać się jeszcze przez długi czas.
 [Ustawia granice]

Musimy jednak wypełnić nasze głodne brzuchy! Dlatego czas iść do domu!"

Asia:

"Nie mamusiu, jeszcze trochę posiedzę tu na huśtawce."

Yhy… skąd my to znamy, wszyscy wiemy, że taka sytuacja i dyskusja może trwać w nieskończoność. Jeśli potrwa zbyt długo nasza dwu i pół latka zgłodnieje (nie muszę chyba wspominać co oznacza głodne dziecko 😉), a mama będzie coraz bardziej sfrustrowana. Zatem co zrobić, by przerwać przysłowiowe przeciąganie liny?

Przychodzi czas na zastosowanie humoru. To moment by ograniczyć możliwości polemiki, okazać empatię i zrozumienie dla uczuć dziecka.

Mama:

"Asiu, uwielbiasz się kołysać, prawda?" 

Asia: 

"TAK!"

Mama [Życzenie spełnienia]

"Pomimo tego, że przyszła pora obiadowa i powinnyśmy wracać do domu, chcesz się dalej huśtać, prawda?"

Asia:

"TAK!"

Mama: 

"Też chciałabym by było to możliwe, bo to super zabawa." 

[Poszukiwanie punktu porozumienia]

"Jednak, teraz jest pora obiadu, dlatego nadszedł czas, aby wrócić do domu. Możesz wybrać i zeskoczyć w dół, jak kangurek, wskoczyć do wózka, a ja Cię zawiozę do domu. Możesz też pobiec w podskokach obok wózka jak zajączek. Co wolisz?”

[Mama dała Asi wybór, który może być dla niej interesujący. W ten sposób pozwala dziecku „zachować twarz” i daje trochę kontroli nad zmieniającą się sytuacją].

Wszystko ładnie, pięknie, jeśli dialog przebiega zgodnie z planem, a co jeśli dziecko nie wybierze żadnej z propozycji? (a wiemy przecież, że jest to bardziej niż prawdopodobne 😉 )

Zatem… Asia nie wybiera jednej z podanych propozycji wtedy:

Mama: [mówiąc ciepło, ale zdecydowanie]

"Asiu, widzę, że trudno Ci zostawić huśtawkę, dlatego pomogę Ci zejść z niej i przejść do wózka.”

Warto byśmy zwrócili uwagę na fakt, że mama swoją wypowiedzią nie wzbudziła w Asi poczucia, że jest „złą, słabą osobą”, nie obciążyła jej odpowiedzialnością za nie zrealizowanie prośby. Mama tylko zauważyła fakt, że zrezygnowanie z rewelacyjnej zabawy było dla dziewczynki zbyt trudne.

Co dzieję się dalej? Oczywiście nie powinniśmy spodziewać się sielanki, podczas której zabierane z huśtawki dziecko z uśmiechem na ustach maszeruje w kierunku domu.

Sprawa wygląda „nieco” inaczej…

Asia krzyczy w niebogłosy i płacze, gdy mama ją zabiera z huśtawki. Delikatnie rzecz ujmując mało przyjemna sytuacja. Konwencjonalna wiedza radziłaby nam, byśmy nie ustępowali w postanowieniu, wsadzili dziecko do wózka i zignorowali histerię, przecież nie wynagrodzimy tego ryku naszą uwagą?

Jak, takie postępowanie ma się do budowania wspomnianego wcześniej kontaktu z dzieckiem?

No właśnie nijak. Co gorsza, wysyłamy naszej pociesze informacje, że jej emocje są złe, a nas jedynie stać na bierne przyglądanie się sytuacji. Jesteśmy przy niej i dla niej, tylko wtedy, gdy podoba nam się to, co czuje i wyraża - innymi słowy, nasza miłość jest uwarunkowana, a nie bezwarunkowa. Dziecko zostaje samo, z trudnymi dla niego uczuciami.

Co zatem zrobić? Czy powinniśmy próbować odwrócić uwagę naszego malucha od odczuwanego zdenerwowania?

Zbagatelizowane emocje

"O jaki śliczny kotek siedzi na schodach, zobacz Asiu”

Wszystko zależy od poziomu zdenerwowania dziecka. Im jest bardziej wzburzone, tym mniej prawdopodobne, że uda nam się odwrócić jego uwagę. Dodatkowo warto zastanowić się nad tym jaką informację przekazujemy dziecku ignorując jego uczucia…

To tak, jakbyśmy mówili: 

„Twoje uczucia nie są ważne. Są natomiast niebezpieczne, więc lepiej udajmy, że nie istnieją.

Możemy również nieco zmienić perspektywę i postawić siebie w podobnej sytuacji. Czy czulibyśmy się kochani i rozumiani, jeśli po okazaniu smutku nasz partner lub przyjaciel próbowałby odwrócić naszą uwagę od sedna rozmowy?

Powinniśmy słuchać naszego dziecka, nie sugerując, że jego emocje są nieistotne lub zbyt przerażające, abyśmy mogli sobie z nimi poradzić.

Huśtawka emocjonalna

Zatem wracamy do punktu, w którym Asia zaczyna płakać, gdy mama zabiera ją z huśtawki:

Mama:

"Płaczesz, ponieważ nie chcesz zakończyć zabawy na huśtawce. Jesteś smutna i zła, ponieważ musimy już iść. Przykro mi, że nie możesz się bujać tak długo jakbyś chciała, ale nadszedł czas, powrotu do domu i zjedzenia obiadu. Usiądźmy na chwilę na tej ławce, a ja przytulę Cię dopóki się nie uspokoisz.”

Taka sytuacja budzi wiele emocji, zarówno u dziecka, jak i u nas - rodziców. Jakiego rodzaju są to emocje i dlaczego tak silnie je odczuwamy? Przyczyna jest prosta, z jednej strony przykro nam, że nasza pociecha przeżywa trudne chwile (bo dla niej są one trudne), z drugiej natomiast obawiamy się oceny dokonywanej przez inne osoby i wstydzimy się zachowania dziecka.

Bez wątpienia wzrok pozostałych rodziców, obecnych na placu zabaw jest skierowany na nas. To naturalne, któż z nas nie spojrzałby w kierunku z którego dobiegają okrzyki pogrążonego w „otchłani rozpaczy” dziecka 😉? Co z tego, że płacze i krzyczy, nie ono pierwsze i nie ostatnie (o tym czym są napady złości u dzieci i jak sobie z nimi radzić pisałam tu => klik). Ważne natomiast byśmy to my zmienili swoje myślenie na ten temat. Płacz dziecka nie jest rodzicielską porażką. Tak naprawdę płacz jest dobry, pomaga dwulatce uporać się z wielką dawką różnorodnych emocji. Córka musi je wyrazić i pokazać NAM, nie „komuś innemu”.

Płacz ma niejedno oblicze…

Jeśli możemy przytulić pociechę i pomóc jej poczuć się bezpiecznie (zamiast przypiąć do wózka i zawieźć na sygnale do domu), zróbmy to. Często dziecko będąc pod wpływem tak silnych emocji, zmienia powód wylewanych hektolitrów łez. Nagle przyczyną płaczu jest ten wielki pies, który rano je wystraszył, albo ból kolana, które stłukło podczas wczorajszego upadku, wtedy jednak nie płakało, bo było z dziadkiem, który powiedział, że „dzielne dzieci nie płaczą” (Swoją drogą, to jedna z najczęściej powtarzanych z pokolenia na pokolenie bzdur, zaraz obok stwierdzenia "to nic nie boli", które rzucamy na widok płaczącego z bólu malucha).

Cóż za wspaniała okazja, aby właśnie teraz wyrzucić to wszystko z siebie.

Bardzo często dzieci podświadomie opierają się postawionym przez nas granicom (tak jak Asia), właśnie po to, aby móc się wypłakać i wyżalić. Patrząc na tę kwestię w ten sposób możemy dostrzec, że to, iż nasza pociecha płacze i żali się w naszej obecności, to ogromne wyróżnienie, bo to my jesteśmy jej ostoją przy której czują się bezpiecznie.

porozumienie_bez_przemocy_przytulanie

Przytul mnie mocno mamo

Podczas płaczu, przytrzymujemy dziecko – pozostając blisko niego. Staramy się odzwierciedlać i nazywać uczucia, empatycznie mówiąc, że jest bezpieczne.

Jeśli nadal unosi się gniewem i odwraca, zostajemy z nim w kontakcie i co jakiś czas przypominamy:

"Jestem tu, nie zostawię Cię samej, jesteś bezpieczna i niebawem, gdy emocje opadną poczujesz się lepiej". 

Mimo kotłujących się w nas emocji staramy się nad nimi zapanować, wykonujemy pogłębione oddechy i liczymy wstecz (o tym jak zachować spokój, gdy dziecko wyprowadza nas z równowagi przeczytacie tu => klik), jednocześnie ignorujemy ciekawskie spojrzenia przechodniów.

Nie ma innej możliwości, po pewnym czasie, tak samo jak po burzy wychodzi słońce – po kryzysie emocje opadają i dziecko się uspokaja.

Możemy zwrócić się do niego: 

„Chodź do domku, czeka tam na nas pyszny obiad. Czy chcesz napić się wody, zanim wejdziesz do wózka?"

Emocje po burzy

Po takim ataku płaczu, który miał miejsce w naszej obecności i z naszym wsparciem, maluch będzie czuł się swobodnie i chętnie podejmie współpracę.

Pamiętajmy, że płacz nigdy nie jest zły, wręcz przeciwnie jest niejako formą oczyszczenia, uwolnienia i wyrażenia stłumionych emocji.

Empatycznie czyli jak?

Oczywiście, empatyczne podejście do dziecięcych uczuć nie oznacza rezygnacji ze stawiania granic i określania zasad. Wręcz przeciwnie, te granice są określane jasno i konsekwentnie przestrzegane. To, co istotne w tym podejściu, to szacunek ,zrozumienie i przyzwolenie na przeżywanie pojawiających się, dziecięcych emocji.

Ustalanie wspomnianych granic warto zacząć w domu, kiedy rzeczywiście mamy czas i energię, aby przetrwać kryzys. Nie jest to łatwe, ale z każdą postawioną granicą, opór i stopień emocjonalności dziecięcych reakcji będą malały. Systematyczność i empatyczna konsekwencja popłacają.

Dzięki empatycznemu ustalaniu granic dziecko uczy się, że:

  • Określone granice są trwałe i mimo, że ich nie lubi, to rodzic jest po jego stronie, dlatego zaczyna je akceptować. Początek samodyscypliny.
  • Nad uczuciami można zapanować. Początek regulacji emocjonalnej.
  • Rodzic jest dla niego wsparciem i troszczy się o jego dobro. Pomaga mu to wierzyć w rodzicielskie wskazówki i pozwala udzielić sobie wsparcia. Fundament zaufania i poczucia bezpieczeństwa.

Może nie jest to najprzyjemniejsza forma przekazywania wiedzy o życiu i emocjach. Na pewno jest to trudna i wyboista droga, wymagająca od nas - rodziców zaangażowania i samokontroli. Każdy z nas dobiera metody wychowawcze pasujące do domowych realiów i swoich przekonań. Warto jednak pamiętać, że negatywne konsekwencje wynikające ze stosowania konserwatywnych metod wychowawczych, są widoczne nie tylko w chwili ich wprowadzania, ale również w dalekiej przyszłości (więcej na temat konsekwencji bicia dzieci przeczytacie tu => klik). Odbijają się one na dorosłym życiu naszych pociech, wpływają na ich umiejętność budowania trwałych relacji międzyludzkich, efektywność regulacji emocji i poziom samooceny.

Pozbądźmy się zatem myślenia „mnie tak wychowywano i jakoś mi to nie zaszkodziło…”, bo w rzeczywiści nie mamy pewności, czy tak nie było. Pomyślcie jak mogłoby wyglądać nasze, życie gdyby wychowywano nas inaczej… 😉

Jakie są Wasze doświadczenia w stawianiu dzieciom granic? Posiadacie jakieś sprawdzone sposoby?

 

 


mózg, wpływ rodzicielstwa na zachowanie

Rodzicu pomieszało Ci się w głowie. Czyli o tym jak rodzicielstwo zmienia nasz mózg

Pojawienie się maleństwa w domu wywraca nasze dotychczasowe życie do góry nogami…

Jak się okazuje ta niesamowita zmiana dotyczy nie tylko rytmu naszego funkcjonowania, ale przenika głębiej, obejmując nasz mózg.

Bycie rodzicem jest jak odkrywanie nowego pomieszczenia w domu, w którym od dawna już mieszkamy.

Od radości i przywiązania do niepokoju i opiekuńczości nasze rodzicielskie zachowanie zapoczątkowują biochemiczne reakcje.

Wielokrotnie sami sobie zadajemy pytanie skąd bierzemy siły do funkcjonowania mimo dziesiątek nieprzespanych nocy?  Zamieniamy się w Mombie. Skąd jako matka wiem, czego potrzebuje moje dziecko? Jak to się dzieje, że jestem w stanie zareagować w odpowiednim czasie mimo skrajnego wyczerpania (klik tutaj)? Jako najczęstsze uzasadnienie pada „instynkt macierzyński” bądź „tacierzyński”. Czym tak naprawdę jest ów instynkt, czy to on odpowiada za te nasze nadludzkie umiejętności?

Wyniki najnowszych badań pozwalają doprecyzować odpowiedzi na te pytania. Po wiekach obserwacji zmian zachowania świeżo upieczonych matek, naukowcy dopiero niedawno zaczęli je łączyć z tym, co się dzieje w korze przedczołowej, śródmózgowia, płat ciemieniowy i innych częściach matczynego mózgu. Te obszary odpowiadają za emocje, myślenie przyczynowo - skutkowe, uczucia wyższe, planowanie i odczuwanie przyjemności. To dzięki nim możemy odczuwać ukojenie i satysfakcję, gdy zaspokoimy jakąś potrzebę. Odkrycie to wyjaśnia stan lekkiego haju w okresie poporodowym, nasze oderwanie od rzeczywistości i graniczącą z uzależnieniem potrzebę ciągłej bliskości z dzieckiem.

Tatusiowie mają podobnie...

Nauka dopiero niedawno sięgnęła również do neuronalnych i hormonalnych mechanizmów ojcowskiej opieki. Dotychczasowe dowody sugerują, że przy opiece nad dziećmi mózgi matek i ojców używają podobnych obwodów neuronowych. Przechodzimy również podobne zmiany hormonalne, które mają wpływ na zmianę naszego zachowania.

mózg

Wszystko zaczyna się jeszcze w ciąży

Jak dowiedziono aktywność naszego mózgu znacznie wzrasta w regionach, które odpowiadają za uczucie empatii, niepokoju i interakcje społeczne. Na najbardziej podstawowym poziomie, te zmiany, wymuszane są przez powódź hormonów już w czasie ciąży (ten etap nie dotyczy tatusiów, choć jak się mawia oni również bywają w ciąży – może nieco urojonej…) pomagają nam w przetrwaniu dyskomfortu pojawiającego się pod koniec ciąży, kiedy to chodzimy jak słonice – wielkie i zapuchnięte, a każda pozycja wydaje się katorgą, zmniejszają również poziom obaw związanych zarówno z nową, życiową rolą, jak i nieodraczalnym bólem porodowy.

Estrogeny, oksytocyna, prolaktyna, dopamina mają również kolosalne znaczenie w okresie poporodowym, to one przyciągają nas do maleństwa. Innymi słowy ta pierwsza fala przytłaczającej matczynej miłości, opiekuńczości i silnego niepokoju o dobrobyt dziecka zapoczątkowana jest przez reakcje w naszym mózgu.

Niepokój i depresja

Obserwacja świeżo upieczonych mam pozwoliła również na odkrycie jeszcze jednej ważnej kwestii dotyczącej występowania skrajnie silnego niepokoju oraz depresji u tak wielu młodych matek.  Szacuje się, że jedna na sześć kobiet cierpi na depresję poporodową, i wiele innych zachowań, takich jak obsesyjna dbałość o higienę dziecka (stosowanie płynów dezynfekujących do mycia rączek, zabawek), kompulsywne mycie rąk oraz nieustanne sprawdzenie, czy śpiące dziecko oddycha.

Która z nas w okresie pierwszych kilku miesięcy od narodzin maleństwa nie myśli niemal tylko o nim: Czy jest najedzone, a może głodne czy ma suchą pieluchę, a może już za mokrą czy jest zdrowe, a może coś mu dolega? Wachlarz rodzicielskich obaw jest bardzo szeroki, mogłabym wymieniać w nieskończoność…

Rodzicielska mobilizacja

Istnieje kilka połączonych ze sobą obszarów mózgu, które stymulują nasze rodzicielskie zachowania, motywują do działania i podnoszą – poprawiają nasz nastrój. Mowa o ciele migdałowatym, to ono odpowiada za to w jaki sposób zwracamy się do naszego malucha, jak jesteśmy uprzejmi, delikatni, czuli oraz jak bardzo czujemy się przywiązani do naszego dziecka. Poziom oksytocyny bardzo wzrasta w ciąży i po porodzie – dodatkowo jest tym wyższy im więcej czasu poświęcamy na opiekę nad dzieckiem.

Rodzicielstwo jak romantyczne zakochanie

mózg
Korelacja matczynej miłości oraz romantycznej , 2003 (University College London)

Naukowcy zaobserwowali również, że stan rodzicielstwa jest bardzo podobny do efektu zakochania się. Wyniki badań potwierdziły aktywność tych samych obszarów odpowiedzialnych za zawieranie więzi społecznych. Podczas rodzicielstwa zachodzą te same reakcje w mózgu co w pierwszych miesiącach romantycznego zakochania partnerów. Pamiętacie to zauroczenie, a wręcz zaślepienie, kiedy to ukochany nie posiada żadnej skazy ;-). Dopiero z czasem ujawniają się ukryte wady. To samo dotyczy maleństwa – to dlatego nasze maluszki są dla nas najwspanialsze, najpiękniejsze i uwielbiamy ich zapach. Sięgnijcie do albumy rodzinnego, poszukajcie zdjęcia Waszego malucha – świeżo po urodzeniu, czy dziś wydaje się Wam tak samo piękny, jak w momencie, gdy robiliście to zdjęcie??? ;-)

Tatusiom również przestawia się w głowach

Mężczyźni wykazują podobne zmiany w mózgu, gdy są głęboko zaangażowani w sprawowanie opieki nad dzieckiem. Struktura mózgu taty przekształca się w trosce o dziecko. Wsparciem w odzwierciedleniu tego samego co u matek emocjonalnego zachowania jest system poznawczo – społeczny. Rozwija się on u obu płci w późniejszym okresie życia, stąd niejednokrotnie młodzi ojcowie nie potrafią odnaleźć się w tej roli, gdyż sami nie posiadają odpowiednio wykształconych systemów społecznych. Podczas gdy my – kobiety jesteśmy niejako automatycznie zaprogramowane do macierzyństwa. Zmiany w naszych mózgach zachodzą zanim jeszcze zostaniemy matkami.

Ciąża, poród i karmienie piersią wszystko to powoduje zmiany hormonalne u kobiet. Jednak najnowsze badania potwierdzają, że mężczyźni również ulegają zmianom hormonalnym, gdy zostają ojcami – posiadają wyszczy poziom oksytocyny.

Nowe neurony w mózgu taty

Ojcostwo ma odzwierciedlenie również u mężczyzn na poziomie neurologicznym. Urodzenie dziecka wpływa na wzrost ilości nowych neuronów w mózgu – wnioski te przynoszą badania na zwierzętach. Neurony mogą rozwijać się w odpowiedzi na nowy wymiar, zmianę jaką wnosi dziecko w życie taty.

Mózg po tuningu 

Wszystkie te zmiany, które niesie z sobą pojawienie się w życiu maleństwa – zwiększają możliwości naszego mózgu. Kobiety będące mamami – w porównaniu z bezdzietnymi kobietami – wykazują wyższe umiejętności rozwiązywania problemów, szybciej kojarzą fakty, mają lepszą orientację przestrzenną. To dzięki większej liczbie połączeń nerwowych - neurony matek lepiej komunikują się ze sobą, sprawniej przekazują sobie informacje, szybciej się uczą. Posiadanie dziecka wpływa również na usprawnienie pamięci. Może dlatego, że nie mamy zbyt wiele czasu by godzinami roztrząsać jakiś problem, szukać bezskutecznie zaginionych zabawek czy smoczków. Nasze mózgi działają lepiej niż najczulszy gps. Poszukiwaną rzecz bez problemu namierzam po wątłych śladach czy poszlakach. W końcu nie darmo mówi się, że możemy uznać rzecz za zaginioną, dopiero wtedy, kiedy mama nie może jej znaleźć. mózg

U matek lepiej także działa pamięć retrospektywna (zdarzeń, które już się wydarzyły), ale i prospektywna – odpowiedzialna za przewidywanie i planowanie przyszłych zdarzeń. Zapewne doskonale wiecie, ile czasu upływa od podjęcia decyzji o spacerze do samego wyjścia ;-). Przygotowując się przewidujemy dziesiątki scenariuszy i staramy się być na nie przygotowane. Co prawda, wskutek tego zwykłe wyjście na spacer staje się skomplikowaną logistycznie wyprawą, ale trudno – w końcu teraz tak działa nasz mózg. Bez zapasowych bodziaków, spodenek, butelki, maskotki, ulubionej zabawki…ani rusz.

Kolejną cenną umiejętnością jest zdolność przystosowania się do nowych sytuacji - dzięki czemu przeżywamy mniejszy stres. Dodatkowo jako rodzice stajemy się bardziej wyczuleni na rozpoznawanie emocji, zwłaszcza tych zagrażających jak: strach, wstręt, złość, wrogość. Jesteśmy czujni by nic nie umknęło naszej uwadze i byśmy zawsze, gdy to będzie konieczne mogli zainterweniować. Być może to właśnie na skutek całego tego rodzicielskiego przewrotu w naszych głowach – umysł matki wolniej ulega procesowi starzenia oraz szybciej dochodzi do siebie po uszkodzeniach takich jak udar. Tkanka szybciej się regeneruje, mózg jest bardziej plastyczny – inne obszary w większym stopniu przejmują funkcje tych uszkodzonych. Może więcej bodźców, które dostarcza macierzyństwo, jest dla szarych komórek dobrą gimnastyką działającą neuroprotekcyjnie.

Zapraszam do rodzicielskiego grona

Żyjemy w czasach, kiedy nauka przynosi coraz więcej odpowiedzi na nurtujące nas pytania, odkrywa coraz więcej zagadek naszego funkcjonowania, pozwala na lepsze zrozumienie ludzkich zachowań. Sprawia to, że łatwiej jest nam zrozumieć innych, ale również nas samych. Być może niebawem uda nam się zrozumieć mechanizm depresji poporodowej czy sytuacji, w których rodzice odrzucają swoje dzieci. Co w ich mózgach nie zadziałało? Jak to naprawić? Być może uda się posiąść wiedzę w jaki sposób pomagać osobom, które doznały uszkodzeń mózgu?

To czego możemy być pewni, to tego, że jako rodzice nie tylko poświęcamy się podczas pierwszych lat sprawowania opieki nad maleństwem, ale otrzymujemy namacalny, niesamowity dar. To nam można pozazdrościć radzenia sobie z organizacją pracy, dobrego funkcjonowania w systemie wielozadaniowym i odporności na stres, wytrwałości, wrażliwości i empatii. Najlepsze szkolenia czy warsztaty nie zastąpią treningu, jaki naszym szarym komórkom funduje przyjęcie roli rodzica.

Jak się mają Wasze szare komórki? Dostrzegliście u siebie jakieś nadprzyrodzone moce ;-)  ?

Podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami w komentarzu poniżej postu. Informacje od Was są dla mnie ważne, gdyż pomagają mi się rozwijać. Jeśli podoba Ci się ten post i uważasz, że może być przydatny, to udostępnij go swoim znajomym na Facebook'u. Dziękuję za odwiedziny i zapraszam ponownie  ;-) .

[FM_form id="3"]


Święty Mikołaj

Ho, Ho, Ho!!! Czyli kto? Jak to kto? Święty Mikołaj

Czy Święty Mikołaj może przysporzyć więcej szkód niż pożytku?

Czy podtrzymując mikołajową tradycję szkodzimy swoim dzieciom?

Istnieje wiele opinii na temat Świętego Mikołaja. To znaczy wszyscy wiemy, że jest wesołym, podstarzałym elfem, który lata po bezkresnym niebie w pojeździe na płozach, ciągniętym przez czterokopytne, rogate ssaki. Żeby tego było mało to ów rezolutny, jak na swoje lata staruszek, który zapewne powinien ograniczyć nieco ilość zjadanych ciasteczek (dziś powinnam pewnie napisać o ograniczeniu ilości glutenu) wchodzi do domów przez kominy przynosząc ludziom radość i niesamowitą ilość pozytywnych wrażeń. Wszystko to w przeciągu jednej nocy.

Brzmi co najmniej nieprawdopodobnie...jednak mit Świętego Mikołaja jest wielopokoleniową tradycją, głęboko zakorzenioną w niezliczonej ilości rodzin na całym świecie.

Media narobiły szumu

Niedawno rozpętała się w mediach dyskusja na temat ujawnienia dzieciom informacji odnośnie „istnienia” świątecznego elfa. Wszechobecna reklama zachęcająca rodziców do zakupu niesamowitej pamiątki w postaci spersonalizowanego filmu od świętego skierowanego do malucha narobiła sporo zamieszania (swoją drogą uważam to za rewelacyjny pomysł, sama z niego skorzystałam).

W ten oto sposób dzieciaki zaczęły się zastanawiać: „Zaraz, zaraz to, jak to jest, Mikołaj daje czy sprzedaje prezenty?"

Delikatnie rzecz ujmując trochę się rozjechała świąteczna opowieść. Całe szczęście, że mój Antoś samodzielnie nie korzysta z Internetu, dzięki czemu uchował się od tych przedświątecznych wątpliwości.

Jak jest z tym kłamstwem?

Oczywistym jest, że okłamywanie kogokolwiek jest złe... dzieci również, jak nie przede wszystkim ;-) . Jednak, czy kwestię dziecięcej wiary w postać przekazującą pozytywne wzorce (nie do końca przecież fikcyjną) można rozpatrywać w tych kategoriach??

Postanowiłam zrobić mały rekonesans i sprawdzić, co w tej kwestii mówią najnowsze wyniki badań. Kilka tygodni temu ukazał się artykuł, mówiący o tym, że przekazywanie dzieciom kłamstwa o istnieniu Świętego Mikołaja jest dla nich szkodliwe i ma negatywny wpływ na ich zaufanie do rodziców.

Przyznam szczerze, że gdy przeczytałam tę nowinę to myślałam, że spadnę z krzesła.

Jak się okazało nie byłam osamotniona w swoich odczuciach, gdyż na wieść o wspomnianym „newsie” rozgorzały w sieci gorące przedświąteczne dyskusje. Również wśród psychologów zdania są podzielone.

Wyniki bliższe mojemu sercu wskazują, że większość dzieci pytanych o moment zdekonspirowania mikołajowego mitu nie czuła się okłamywana przez rodziców i nie straciła do nich zaufania, co więcej nie poczuły się nawet rozczarowane.

Bicie piany...

Zastanawiam się czy to nie jest rozdmuchiwanie tematu na siłę…też przecież byłam dzieckiem i któregoś dnia poznałam tę niewygodną prawdę, ale nie było to dla mnie jakieś traumatyczne przeżycie. Było ono na tyle nieszkodliwe, że nawet nie pamiętam, kiedy miało miejsce. No chyba, że zadziałał mechanizm obronny i wyparłam to zdarzenie ;-).

Tym, co pamiętam natomiast jest fakt, że byłam podekscytowana i dumna, że jestem starszą siostrą i stoję po tej drugiej, dorosłej stronie świątecznej przypowieści. Stojąc przy oknie wraz z młodszym bratem wypatrywaliśmy na niebie reniferów ciągnących sanie magicznego elfa. Gdy byliśmy starsi natomiast prowadziliśmy poszukiwania tajnych kryjówek, w których rodzice przechowywali prezenty.

Święty Mikołaj

Idąc tym tokiem rozumowania, gdy się nad tym zastanawiam nie mam pewności kto kogo okłamywał bardziej, czy rodzice nas, że Santa istnieje, czy my, że nadal w niego wierzymy. W każdym razie to bardzo przyjemne wspomnienia, które wywołuje uśmiech na mojej twarzy.

Kiedy dzieci zaczynają się orientować...

Jako mama i psycholog z zainteresowaniem obserwuję, jak rozwijają się zdolności poznawcze i społeczne dzieci. W kontekście tego tematu zastanawiające jest co się dzieje, gdy uświadomią sobie prawdę o świątecznym micie?

Obserwacje społeczne wskazują, że do konfrontacji ze świąteczną rzeczywistością dochodzi około 7 roku życia. Nie jest to jednak nagły grom z jasnego nieba, którego efektem jest olśnienie, tylko stopniowe kumulowanie się informacji. Dzieciaki zbierają dowody z różnych źródeł takich jak rodzice (bo przyłapią tatę, w dziwnej pozycji układającego prezenty pod choinką), przyjaciele (którzy realizują swoją misję uświadamiania mniej świadomych kolegów), rodzeństwo (bo chce nam dokuczyć, bądź coś przypadkiem im się wymknie), nauczyciele (przedstawiający legendę z bardziej realnej strony) oraz media. To wszystko razem wzięte, w pewnym momencie nie pozostawia dzieciom złudzeń…

To co jeszcze jest interesujące, to to, że gdy dochodzi do stopniowego odkrycia prawdy o Świętym Mikołaju w pierwszej kolejności dzieci tracą wiarę w jego nadprzyrodzone umiejętności, a dopiero później w jego istnienie jako takie.

Święty Mikołaj to jedna z postaci, w które wierzą dzieci zaraz obok niego jest przecież wróżka zębuszka, zajączek wielkanocny i inne baśniowe stworzenia. Dzieci przez cały czas używają swojej wyobraźni nawet jeśli wiedzą o tym, że wspomniani ulubieńcy są wymyśleni. To naturalny etap ich rozwoju poznawczego. Gdy bawią się w policjantów i złodziei, wiedzą, że tak naprawdę nimi nie są. Powinniśmy się martwić o te dzieci, które nie korzystają ze swojej wyobraźni, nie potrafią opowiedzieć twórczej historyjki.

Wiara w Świętego Mikołaja to element bycia dzieckiem, dlaczego mielibyśmy pozbawiać je tej magii dzieciństwa.

Święty Mikołaj

Co zatem dobrego niesie ze sobą wiara w Świętego Mikołaja?

Rozwija wyobraźnię

Możliwość posługiwania się wyobraźnią z dziecięcą beztroską i nieograniczoną wiarą jest najlepszym co wspominam z dzieciństwa. Widzę jak ważne dla Antosia są wyobrażeniowe zabawy – nazywa je „ręcznymi zabawami” bo wcielając się w postaci korzystamy tylko z naszej wyobraźni. W jednej chwili jesteśmy avengersami – ja czarna wdową (nie wiem, dlaczego mnie nią mianuje), w kolejnej mężem i żoną, posiadającymi dziecko, którym jest Kubuś ;-).  Wiara w magiczne stworzenia, świat, gdzie wszystko jest możliwe, a zmartwienia znikają za sprawą czarodziejskiego pyłu daje nieograniczone możliwości do rozwoju. Te same możliwości daje pielęgnowanie świątecznej tradycji.

Uczy wiary w rzeczy bez naocznego dowodu ich istnienia

Dzieci mają możliwość rozwijania zdolności do wiary w coś abstrakcyjnego, czego nie mogą zobaczyć ani dotknąć. To bardzo trudne i jakże istotne w całym późniejszym życiu. Będą przecież musiały wierzyć w swoje talenty, w siebie, w przyjaciół, w rodzinę (nie mam tu na myśli fizycznej ich obecności, a cechy osobowości). W rzeczy, których nie można zmierzyć czy zamknąć w dłoni, jak miłość, dająca sens ludzkiemu istnieniu. Nie wspomnę już o bardziej przyziemnych kwestiach, jak pojęcie tlenu czy światła ;-).

 Możliwość krytycznego myślenia…

To o czym wspominałam wcześniej, na pewnym etapie rozwoju dzieci zaczynają analizować zbierane informacje, zestawiać ze sobą fakty i dochodzić do odkrywczych wniosków. To przełomowy moment w rozwoju poznawczym małego człowieka. A zdolność ta jest nieoceniona w dorosłym życiu.

Wspomnienia z dzieciństwa

To przecież rzeczy, do których wracamy pamięcią, które najpierw wspominamy i w nie szczerze wierzymy, z czasem wspominamy już nie wierząc w ich istnienie… Wspomnienia to nie tylko Mikołaj, ale wszystko to co dzieje się w tym szczególnym okresie w naszym domu. To zapachy świątecznych potraw, to zdobienie domu, ciepło lampek choinkowych, dźwięk kolęd i poczucie bezpieczeństwa, bliskości oraz jedności z pozostałymi domownikami. To nieodparta chęć podarowania tego samego moim dzieciom, czegoś co będzie im towarzyszyło przez całe życie.

Przekazywanie pozytywnych wartości

Postać jaką jest Święty Mikołaj jest wspaniałym wzorem do naśladowania, pokazuje, że można bezinteresownie czynić dobro. Dlatego ważne byśmy jako rodzice unikali posługiwania się Mikołajem jako straszakiem mającym wpływ na dziecięce zachowanie.

Mówiąc: „Nie zachowuj się w ten sposób, bo Święty Mikołaj wszystko widzi, przecież przynosi prezenty tylko grzecznym dzieciom…” cóż to oznacza? Nic innego, jak tylko:

  • „Powinieneś być grzeczny, bo chcesz dostać prezent, nie dlatego, że jesteś grzeczny z natury”
  • „Mikołaj jest mściwy i lekko przerażający, bo podgląda Cię na każdym kroku, zarówno w dzień jak i w nocy” ;-)

Czas szybko biegnie i magia Świętego Mikołaja przemija. Co w tym złego zatem, że podarujemy dziecku tę krótką chwilę magii, to zaledwie kilka lat? Zanim sie obejrzymy będziemy zastanawiać się, jak przekazać mu prawdę o istnieniu świetego (kliknij tu).

Święty Mikołaj jest częścią tradycji Bożego Narodzenia, nie zapomnijmy również o istocie wspomagania biednych i potrzebujących, o byciu razem – to uniwersalne wartości.

Nie dajmy się pochłonąć konsumpcjonizmowi, który żeruje na dziecięcych marzeniach…Budujmy świąteczne wspomnienia, których podstawą będzie rodzina, a dopiero potem upragnione prezenty ;-).

Święty Mikołaj

 

Co Wy myślicie o Świętym Mikołaju? Pielęgnujecie tę tradycję w Waszych domach? W jaki sposób celebrujecie ten wyjątkowy czas?

Dziękuję za odwiedziny. Jeśli podoba Ci się ten post i uważasz, że może być przydatny, to udostępnij go swoim znajomym na Facebook'u. Podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami w komentarzu poniżej postu. Informacje od Was są dla mnie ważne, gdyż pomagają mi się rozwijać.

 


rodzeństwo

Rodzeństwo bez rywalizacji. Czyli jak wspierać swoje dzieci cz.2

We wcześniejszym wpisie stoczyłam batalię o swoją pozycje w rodzinie po pojawieniu się nowej żony mojego kochliwego męża…

Zabrzmiało nierealnie? Oj działo się, działo. Dzięki temu doświadczeniu udało nam się przyjąć perspektywę naszych pierworodnych. Wiemy już jak mogą się czuć w sytuacji, gdy w domu pojawia się nowy członek rodziny. Czas zatem zacząć kolejny etap rodzicielskich potyczek z dziecięcą rywalizacją. Ten wpis jest obiecaną kontynuacją wcześniejszego postu, dlatego jeśli nie czytaliście jeszcze pierwszej części, dobrze byłoby gdybyście się z nią zapoznali (klik tu). Przejdźmy do szczegółowego omówienia zaproponowanych sposobów na zmniejszenie rywalizacji między rodzeństwem.

Rodzeństwo bez rywalizacji. Zatem, jak wspierać swoje dzieci? 

Ucz dzieci umiejętności porozumiewania się ze sobą

Wszystkie relacje międzyludzkie ściśle związane są z wystąpieniem konfliktu. Nie jesteśmy w stanie go uniknąć. Kolejne czego jeszcze nie możemy to, oczekiwać od małego dziecka, że instynktownie i automatycznie będzie umiało rozwiązywać problemy w spokojny oraz zdystansowany sposób. Przecież mi samej w konfliktowej sytuacji trudno jest zachować spokój (małą próbkę macie tutaj), tym bardziej jeżeli chodzi o jakąś ważna dla mnie sprawę, coś osobistego.

Większość z nas w dzieciństwie nie doświadczyło odpowiednich wzorców, by móc rozwinąć umiejętności społecznego radzenia sobie z problemem, stąd nie wiemy w jaki sposób nauczyć tego nasze dzieci. Oczekujemy od nich, że zamiast siły będą używały słów, jednak kiedy są zdenerwowane zwyczajnie nie wiedzą jakich słów użyć. Poza tym, jak tu się bawić w czułe słówka, kiedy młodszy osobnik stosuje wobec nas metodę siłowego wyegzekwowania swoich oczekiwań? Nie ma czasu na poszukiwanie właściwych słów, trzeba przecież działać - bronić swego ;-) . Tu właśnie z odsieczą powinniśmy pojawić się my - wspaniali rodzice, posiadający wachlarz wskazówek – będących narracją tego, co się dzieję w zaistniałej  sytuacji.

Jedyne co nam pozostaje to cierpliwość, konsekwencja, wyznaczanie granic oraz wspomaganie dzieci w wyrażaniu potrzeb i w rozwiązywaniu problemów.

Wiadomo, że każdemu z nas ręce opadają i włos się jeży na sam dźwięk:

Mamoooo, a Piotrek nie pozwala mi wejść do pokoju!!!...

albo

 Ałaaaa, maaamooo – Kasia uderzyła mnie konikiem pony.

Przecież konflikty pojawiają się na każdym kroku, to syzyfowa praca polegająca na bezustannym gaszeniu pożarów. W chwili zwątpienia w sens naszych działań pamiętajmy o tym, że porozumiewanie się to umiejętność, którą nasze dzieci będą wykorzystywały w każdej relacji przez całe swoje życie.

Oto prosty, ale bardzo skuteczny trzyetapowy proces kształtowania umiejętności interakcji między naszymi szkrabami.

  • Przedstaw uczucia bądź potrzeby: "Chciałeś, żeby Michaś przestał ciągnąć Cię za włosy, dlatego go uszczypnąłeś?”
  • Określ granice - zasadę: "Nie szczypiemy oraz nie ciągniemy za włosy. Ponieważ to boli."
  • Naucz alternatywy: "Lepiej będzie, jeśli powiesz swojemu bratu: „Nie dotykaj mnie!”

Pomóż dzieciom wyładować wrogie uczucia w twórczy lub symboliczny sposób.

rodzeńśtwo
Ilustracja z książki "Rodzeństwo bez rywalizacji. Jak pomóc własnym dzieciom żyć w zgodzie by samemu żyć z godnością"

Powstrzymaj niebezpieczne zachowania. Pokaż, jak można bezpiecznie wyładować gniew.

Nie napadaj na dziecko, które jest prowodyrem.

rodzeństwo
Ilustracja z książki "Rodzeństwo bez rywalizacji. Jak pomóc własnym dzieciom żyć w zgodzie by samemu żyć z godnością"

Zamiast bezustannie upominać jedno z dzieci, by nie przeszkadzało rodzeństwu, naucz je stawać we własnej obronie

Yhyyyy…już to widzę, jak chłopcy się ścierają, a ja ze stoickim spokojem przyglądam się temu. Ciężkie to zadanie, przecież instynktownie chcemy stłumić konflikt najlepiej w zalążku, a nie czekać, aż posypią się ofiary i z delikatnego wietrzyku rozpęta się trąba powietrzna, która wprowadzi chaos w całym pokoju.

No dobrze, ale skoro badania wskazują, że konsekwencja w podejmowaniu pewnych działań przynosi pozytywne efekty, to może warto spróbować?

Rzeczywiście bardzo ważnym jest, by podczas konfliktu między dziećmi unikać stawania po którejś ze stron. Jeśli zawsze bronimy to samo (często młodsze) dziecko, to drugie otrzymuje komunikat, że jest mniej kochane, co zdecydowanie wzmaga napięcie między rodzeństwem. Zapewne Wasz wewnętrzny głos sprzeciwia się temu stwierdzeniu, bo przecież to nie prawda. O tym, że tak nie jest, wiemy tylko my, nasze dzieci interpretują komunikaty, tu i teraz, nie analizują tego co było wcześniej. Zachęcajmy zatem maluchy do wyrażania swoich potrzeb, a w razie konieczności bądźmy dla nich wsparciem.

Rodzic: 

Piotrusiu, wyglądasz na zdenerwowanego. Możesz powiedzieć swojej siostrze co Ci się nie podoba?

Piotruś: 

Nie lubię, gdy mnie ktoś popycha!

Rodzic:  

Kasiu Piotruś mówi, że nie lubi być popychany. Przestaniesz go popychać? Należy szanować uczucia innych.

Brzmi to nieco drętwo, ale chciałam Wam przedstawić schemat postępowania. Podczas rozmowy ze swoimi dziećmi przekazujemy im informację tak, by była dla nich jasna i czytelna.

To co jeszcze jest istotne w sytuacji, gdy doszło już do siłowej potyczki to, to by nie zwracać uwagi na małoletniego napastnika, tylko zająć się poszkodowanym.

Dwie podstawowe zasady

Ważne byśmy nie traktowali małego napastnika jak "prześladowcy", to co możemy zrobić to zapewnić go, że wiemy, że potrafi zachować się grzecznie.

rodzenstwo
Ilustracja z książki „Rodzeństwo bez rywalizacji. Jak pomóc własnym dzieciom żyć w zgodzie by samemu żyć z godnością”

Nie traktujmy również poszkodowanego brzdąca jak "ofiarę", podpowiedzmy mu natomiast jak należy się bronić.

rodzeństwo
Ilustracja z książki „Rodzeństwo bez rywalizacji. Jak pomóc własnym dzieciom żyć w zgodzie by samemu żyć z godnością”

Zamiast stosowania przymusu dzielenia się z rodzeństwem, dawaj dzieciom możliwość decydowania. Wspierasz w ten sposób rozwój hojności i zmniejszasz prawdopodobieństwo konfliktu.

Ogólnie wychodzę z założenia i stosuję tę zasadę w swoim domu, że nie zmuszam do niczego żadnego z dzieci, męża też nie zmuszam – zazwyczaj :mrgreen: . Nie oznacza to, że wszyscy chodzą sobie „luz pas” i robią co chcą. Powiedzmy, że poruszają się swobodnie w obrębie wyznaczonych granic.

Hmm swobodnie…pewnie myślicie sobie, że jestem fanatyczką bezstresowego wychowania…

Otóż rzeczywiście jestem jego zwolenniczką, ale bezstresowo nie oznacza bez zasad, bez norm, bez granic…Wszystko to obowiązuje moje dzieci.

W kwestii dzielenia się również – nie stosuję przymusu. Ilekroć mam ochotę powiedzieć do Antosia „daj Kubusiowi tę zabawkę” przypominam sobie wspomnianą sytuację z drugą żoną…, kiedy to hojny małżonek oddawał jej moje sukienki, czy nakazał pokazać „drugiej-chudej” mój, nowiutki, ukochany komputer. Od razu przechodzi mi chęć dysponowania zabawkami Antosia. Nawet nie wiecie, jak wygląda mój język, od ciągłego przygryzania. Pamiętacie, jak opisywałam swoje odczucia? Byłam gotowa wystawić babę za drzwi – a gdzie tu mowa o jakiejkolwiek życzliwości czy hojności?

Nie chcę serwować swoim dzieciom takiej dawki negatywnych emocji. Szczerze mówiąc to, nie wyobrażam sobie, żeby ktoś kazał mi oddać swój telefon komórkowy – niezależnie, jak krótka miałyby to być chwilka. A żeby tego było mało kojarzycie „motywujące” hasła typu:

Bądź mądrzejsza, jesteś dłużej moją żoną – ustąp młodszej stażem małżonce

 Chwile porozmawia z przyjaciółkami i odda Ci ten telefon

To wręcz jakaś abstrakcja, ale gdyby miała miejsce to powiedziałabym:

że co kur..? Ja Cię przepraszam, jakie oddaj telefon, jakie bądź mądrzejsza?…a co to niby, jakiś konkurs na mądrzejszą żonę bigamisty? Chyba śnisz!

To pokazuje, jak wiele wymagamy w takiej sytuacji od dziecka. Pomijając fakt, że nie jesteśmy spójni w jego oczach. Ustanawiane zasady powinny obowiązywać wszystkich domowników, również nas.

Skoro to takie proste i oczywiste, to dlaczego, gdy malec podchodzi do naszego komputera czy telefonu mówimy: 

Nie wolno, to jest mamusi. Jasiu masz swoje zabawki w pudełku, oooo tam.

Dziecko ma prawo mieć mętlik w głowie. Ja bym na pewno zgłupiała. Bo w końcu o co w tym wszystkim chodzi? 

Jak to jest? Ja nie mogę dotykać rzeczy mamy, ale Zuzia moje może?

Zdecydowanie wysyłamy sprzeczne sygnały.

To co możemy zrobić?

Ustalmy stałą regułę obowiązującą w domu. Każdy może bawić się wybraną przez siebie zabawką, tak długo jak chce, aż do następnego posiłku (jeżeli macie codzienne wydarzenia występujące systematycznie to mogą one wyznaczać koniec czasu na zabawę). Oczywiście, jeśli dziecko chce się tą zabawką podzielić wcześniej, to jego wybór – ono podejmuje decyzję. Gdy odkłada zabawkę, to rodzeństwo musi upewnić się, czy zakończyło już zabawę (dotyczy to oczywiście dzieci w wieku przedszkolnym, mój roczniak nie jest w stanie zrozumieć o co mamie chodzi ;-) ).

Czego dzieci uczą się, gdy stosujemy przymusowy podział:

  • Jeśli płaczę wystarczająco głośno, otrzymuję to czego chcę, nawet jeśli w tej samej chwili moje rodzeństwo to posiada.
  • Rodzice decydują o tym, kto, kiedy i co dostaję. Jest to zależne o tego które z nas bardziej dramatycznie błaga (jestem w tym coraz lepsza).
  • Mój brat i ja stale ze sobą konkurujemy, aby dostać to, czego chcemy. Nie lubię go.
  • Wygrałem! Ale wiem, że wkrótce znowu to stracę. Udało mi się, bo głośniej protestowałem i nawoływałem o swoją kolej na zabawę.

Czego dzieci uczą się, gdy samodzielnie podejmują decyzję:

  • Zawsze mogę poprosić o to, czego chcę. Czasami moja kolej przypada szybko, czasami jednak muszę trochę poczekać. Każdy prędzej czy później uzyskuje to na czym mu zależy.
  • Nie ma nic złego w tym, że płaczę, ale to nie znaczy, że dostanę zabawkę.
  • Nie zawsze rozumiem, dlaczego zachowuję się w określony sposób, ale mój rodzic zawsze mnie rozumie i pomaga mi.
  • Gdy popłaczę, czuję się lepiej.
  • Lubię to uczucie, kiedy mój brat daje mi zabawkę. Lubię go.
  • Kiedy skończę się bawić zabawką i daję ją mojej siostrze, czuję się dobrze.

Jestem realistką i oczami wyobraźni widzę, jak Kuba (14-mcy) pogrąża się w otchłani rozpaczy, bo musi czekać…Przecież wszystko musi być tu i teraz. Co to w ogóle jest czekanie?

Wiem, że na początku będzie więcej płaczu, ale patrzę na to jako na szansę, by pomóc dziecku wyrazić swoje uczucia. W takiej sytuacji wpierając malucha można powiedzieć „Chodź kochanie, razem poczekamy na zabawkę. Może pobawisz się inną?” Bardzo często jest tak, że na dzieci bardziej działa reguła niedostępności i sam fakt niemożności posiadania czegoś co ma rodzeństwo. Gdy tylko zainteresuje się inną zabawką zapomina o przyczynie wcześniejszej awantury.

W związku z tym, że rywalizacja, to temat rzeka, a wasza percepcja też ma swoje granice, z kolejnymi punktami rozprawimy się w następnym poście.

Tymczasem zachęcam Was to przeczytania pierwszej części wpisu (tutaj) oraz  z innymi tekstami, o zbliżonej tematyce. O tym w jaki sposób rozmawiać z dzieckiem i czego unikać w komunikacji przeczytacie tutaj oraz tutaj.

Dodatkowo po raz kolejny zachęcam do lektury książki, z której wywodzą się zamieszczone ilustarcje: „Rodzeństwo bez rywalizacji. Jak pomóc własnym dzieciom żyć w zgodzie, by samemu żyć z godnością” autorstwa Adele Faber i Elaine Mazlish.

Jakie są Wasze doświadczenia w rywalizacyjnych potyczkach między rodzeństwem? W jaki sposób radzicie sobie, jako rodzice? Jak radziliście sobie jako dzieci ;-)?

Podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami w komentarzu poniżej postu. Informacje od Was są dla mnie ważne, gdyż pomagają mi się rozwijać.

[FM_form id="3"]