przeprosiny

Nie przeproszę !!!

Z pozoru może się wydawać, że przeprosiny powinny być dla nas czymś zupełnie naturalnym, w końcu uczymy się ich od najmłodszych lat. Rodzice dbają o nasze dobre wychowanie, skłaniając nas do podania ręki „przeciwnikowi” po batalii stoczonej w przydomowej piaskownicy. Przeprosiny stanowią istotny element kulturowo przyjętej poprawności zachowania, są niejako symbolem zakopania wojennego topora. Umiejętność przepraszania ma ogromny wpływ na trwałość i jakoś nawiązywanych przez nas relacji, dlatego też jest tak bardzo ważna.

Choć słowo „Przepraszam” jest tak istotne, to mimo wszystko wydaje się jednym z najtrudniejszych do wypowiedzenia zwrotów. Zdarzają się wśród nas i takie gagatki, którym nie przejdzie ono nawet przez gardło.

Dlaczego tak jest, skąd bierze się ogólna niechęć do przepraszania?

Unikanie przeprosin

Zdaniem psychologów, unikanie przeprosin to często podświadoma próba ochrony zagrożonego „ja”. Większość ludzi, gdy wyrządzi komuś krzywdę lub sprawi przykrość, automatycznie zaczyna przepraszać, by jak najszybciej zdobyć przebaczenie i pozbyć się poczucia winy. Osoby mające problem z przepraszaniem nie reagują w ten sposób. Zamiast tego doświadczają nieuświadomionego lęku związanego z poczuciem zagrożenia, utratą autorytetu, władzy, statusu. Inicjowanie przeprosin uważają za oznakę słabości, a przepraszającego za przegranego.

W praktyce może wyglądać to, tak, że osoba ta wpadając na nas w tłumie, bez wahania bąknie krótkie „przepraszam”, jednak po kłótni z bliską osobą nie przyzna się do popełnionego błędu.

Dlaczego?

Jak się okazuje, słowa te niosą za sobą szereg psychologicznych konsekwencji, których niektórzy z nas chcą za wszelką cenę uniknąć…

O jakich konsekwencjach mowa?

Poczucie zagrożenia

Przyznanie się do nieodpowiedniego zachowania stanowi zagrożenie dla poczucia własnej wartości. Jest to szczególnie dotkliwe w przypadku osób, które nie potrafią oddzielić oceny swoich działań od oceny swojej osobowości. Błędnie utożsamiają jedno z drugim. Dlatego też w ich mniemaniu przepraszając - przyznają się do złego postępowania i tym samym do bycia złym człowiekiem. Unikając przeprosin, unikają przyznania się do błędu, chroniąc w ten sposób swoją samoocenę.

Poczucie wstydu

Dla większości z nas przeprosiny są związane z poczuciem winy. To ono skłania nas do wykonania kroku w kierunku wyjaśnienia sytuacji i zażegnania konfliktu. W przypadku osób niezdolnych do przepraszania silniejszym doznaniem jest wstyd, który jest znacznie bardziej destrukcyjny. O ile wina sprawia, że czujemy się źle z naszym działaniem, o tyle wstyd powoduje, że czujemy się źle z tym jacy jesteśmy.

Eskalacja konfliktu

Podczas gdy większość z nas uważa przeprosiny za możliwość rozwiązywania konfliktów interpersonalnych, tak dla osób mających z tym problem – owe przeprosiny – będą początkiem niekończącej się fali oskarżeń.  Wychodzą z założenie, że będzie to okazaniem słabości, którą druga osoba wykorzysta przeciwko nim. Obawiają się obarczenia wyłączną odpowiedzialnością za powstały spór oraz przypisania winy za wszystkie wcześniejsze nieporozumienia.

przeprosiny_konflikt

Regulacja emocji

Osoby stroniące od przeprosin, bardzo często w ten sposób starają się zarządzać swoimi emocjami. W jaki sposób? Po prostu czują się bardziej komfortowo i łatwiej sobie radzą z uczuciem gniewu, rozdrażnienia i dystansu emocjonalnego, a niżeli z bliskością i wrażliwością. Zatwardziałość w konflikcie pozwala im zachować dystans, stanowi swoisty mechanizm obronny. Podświadomie obawiają się, że każdy nawet najdrobniejszy gest w kierunku pojednania, sprawi, że wszystkie tak pieczołowicie budowane barykady runą i uwolnią smutek oraz rozpacz, z którymi ciężko jest sobie poradzić i względem których pozostaną bezsilni.

O ile prawdą jest, że regulacja takich emocji wymaga od nas wysiłku, o tyle błędnym przekonaniem jest, że głębokie doświadczanie trudnych emocji musi być traumatycznym i szkodliwym przeżyciem. Wręcz przeciwnie, skruszenie przysłowiowej, emocjonalnej skorupy jest niezwykle oczyszczające i może prowadzić do przeniesienia relacji na zupełnie inny, bardziej wartościowy poziom, oparty o emocjonalność i wzajemne zaufanie.

A u podstaw obaw…

Dlaczego niektóre osoby mają ewidentny problem z przepraszaniem? Skąd biorą się te obawy?

Za winowajcę poniekąd możemy przyjąć sposób, w jaki zostaliśmy wychowani oraz to, jakie są nasze dotychczasowe, przeprosinowe doświadczenia. To jeden z tych aspektów, który bagatelizowany na wczesnym etapie rozwoju dziecka, zbiera żniwa w przyszłości. Oczywiste jest, że każdy rodzic chce dla swojej latorośli tego, co najlepsze, dlatego też od najmłodszych lat wpaja dziecku, wszystko to, co potencjalnie ułatwi mu batalię z dorosłością.

 

I tak powinno być 😉, bo przecież naszą rodzicielską powinnością jest wspierać dziecię w rozwoju. Dobrze jednak pamiętać o czymś istotnym, mianowicie o tym, że prócz tego, CO przekazujemy naszym pociechom, ważne jest jeszcze, to w jaki sposób, to robimy. W tym właśnie tkwi cały szkopuł. Odwołując się do nauki „przepraszania”, często odbywa się ona poprzez nakaz wykonania, pozbawiony wyjaśnień tego, co tak naprawdę się wydarzyło i w czym tkwił problem. Dodatkowo całemu procesowi towarzyszy gniew, obwinianie, wpędzanie w poczucie wstydu i zmuszanie do posłuszeństwa. Gdy do tego dodamy brak pozytywnych wzorców, które dziecko mogłoby naśladować…recepta na niechęć do przepraszania gotowa. (O tym, jak nauczyć dziecko „przepraszać” przeczytacie tutaj =>klik). I jak tu ochoczo podejść do przepraszania?

Spójność wzorców

Najbardziej efektywnie i najszybciej uczymy się, obserwując zachowania innych osób.

Tak samo sprawa wygląda w przypadku nauki „przepraszania”.

Przyjrzyjmy się zatem przeciętnym, „przeprosinowym” doświadczeniom. Jakie zachowania mamy bądź mieliśmy szansę zaobserwować?

Niezależnie czy bohaterami są nasi rodzice, czy też bliscy lub dalsi znajomi, wszyscy uczestniczą w wyścigu z czasem, w boju o kolejny zrealizowany cel. Zatracając się w owej pogoni, usprawniają swoje funkcjonowanie, posługując się schematami, stereotypowym myśleniem i automatyzacją pewnych czynności. W efekcie wpadają w pułapkę, z której ciężko wybrnąć z twarzą. Przyjrzyjmy się temu bliżej.

Patrzymy, patrzymy i cóż takiego widzimy?

Przed nami zapracowany rodzic, starający się poskromić codzienność, który trzymając w garści cały dom, raczej stroni od przepraszania swej pociechy za błahostkę będącą przecież tylko „rodzicielskim niedopatrzeniem” ... Wszak nic wielkiego się nie stało, a już na pewno nie jest to przewinienie warte kompromitacji i płaszczenia się przed własnym dzieckiem.

Dobre usprawiedliwienie, ale czy na pewno to tylko błahostka i niedopatrzenie?

Kolejna przykładowa sytuacja dotyczy stereotypowego starcia płci.

Oto facet, taki sobie "Figo Fago", jak twierdzi, nie należy do gatunku pantoflarza pospolitego, a już na pewno nie jest z tych „miętkich” chłopaczków, którzy to przepraszając za byle pierdołę, okazują swoją słabość. Dlatego o przeprosinach w jego wykonaniu możemy zapomnieć. Po drugiej stronie barykady skrupulatnie okopała się „Ona”, „żona”, „matka”, „kobieta”. Przecież nie po to rozdrapuje i posypuje solą rany, wspominając wszystkie przewinienia swego „twardziela”, żeby teraz opuścić gardę i potulnie przyznać się do błędu. A nóż luby pomyśli, że to tylko jej wina, albo - co gorsza - poczuje, że ma ją w garści, bo za łatwo mu przyszło pojednanie. O nie! Chce dziadyga zgody, musi się postarać…

Tym sposobem przeprosiny stają się próbą sił. Kto pierwszy padnie na kolana? Kto pokaże, że mu bardziej zależy? Koniec końców, wcale nie chodzi o to, by rozwiązać dany konflikt i wyciągnąć wnioski z zaistniałej sytuacji. Ważniejsze jest zdobycie przewagi, argumentu będącego dowodem na to, kto, komu dyktuje warunki. Proste? Proste, sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie 😉.

Wiedząc, że mały człowiek dorasta, obserwując i uczestnicząc w takich i podobnych sytuacjach trudno się dziwić, że nabywa niemal wkodowanej niechęci do przepraszania i wszystkiego, co z nim związane. W ten oto sposób powstają negatywne skojarzenia, które wiernie towarzyszą nam w dorosłym życiu, gdzie „przepraszam” kojarzy się z poddaństwem, poczuciem niższości i pokazem sił.

Tymczasem…

Skoro mowa o pokazywaniu, to prawda jest taka, że przepraszając, pokazujemy swoją siłę, dojrzałość, wrażliwość, empatię i profesjonalizm. „Przepraszam” nie jest synonimem słabości, niższości, uległości, eskalacji konfliktu czy zagrożenia. To swoista praca nad samym sobą, która wymaga od nas autorefleksji i pokory. Aby przeprosiny były skuteczne, należy dokładnie przeanalizować konfliktową sytuację, uświadomić sobie i zaakceptować odpowiedzialność za niecne poczynania oraz postanowić poprawę 😉.
Więcej o formułowaniu skutecznych przeprosin przeczytacie już niebawem.

Jestem ciekawa jakie są Wasze doświadczenia w tym obszarze?
Podzielcie się nimi w komentarzu poniżej tekstu.

Ściskam,
Karola

 

 


relacja_z_dzieckiem

5 wskazówek, jak utrzymać bliską relację z dorosłymi dziećmi

Czytając tytuł, myślisz sobie „eee Majka ma dopiero 2 lata, mam jeszcze dużo czasu... to mnie nie dotyczy.”

Wcale mnie to nie dziwi, bo sama mam poczucie, że moi chłopcy są jeszcze mali, że przed nami mnóstwo pięknych chwil, że na wszystko mamy jeszcze czas. Bez wątpienia tak, jest – to zaledwie początek naszych rodzinnych perypetii i wspólnego poznawania świata. Jednak warto pamiętać o tym, że trwałe więzi i bliska relacja z dzieckiem tworzą się każdego dnia, to efekt na, który „pracujemy” na przestrzeni wszystkich, wspólnie spędzonych lat. Dlatego już dziś warto zadbać nie tylko o ilość, ale i jakość spędzanych razem chwil.

Coraz częściej otrzymuję od Was wiadomości z pytaniami nie tylko o to, „jak zbudować więź z maluszkiem”, ale również o to, „w jaki sposób utrzymać bliską relację z dorastającymi lub dorosłymi dziećmi”. Pytań było na tyle dużo, że zamiast odpisywać, każdej z Was z osobna, postanowiłam opublikować kilka wskazówek w formie tekstu.

Czas biegnie tak szybko... nie do pomyślenia, że jeszcze niedawno zmieniałam Antosiowi pieluchy, borykałam się z kolkami, przeżywałam pierwsze kroki i słowa, a już zaczynam zastanawiać się nad szkolnymi wyzwaniami. Na samą myśl o sercowych dylematach, planowaniu prezentu na 18. urodziny czy wyjeździe na studia czuję się niczym bohaterka filmu science fiction.

relacja_z_dzieckiem_dorosłość

A jednak dzieci rosną bardzo szybko i w mgnieniu oka ze słodkich, nieporadnych maluchów stają się niezależnymi, samodzielnymi osobami (no, przynajmniej chcemy, by takimi się stali ;-)).

Fakt faktem w oczach rodziców, pociechy zawsze będą „dziećmi” bez względu na to, czy w danym momencie uczą się raczkować, wyjeżdżają na studia, czy zmieniają pieluchy swojemu, własnemu szkrabowi.

Teoretycznie, gdy dzieci stają się dorosłymi ludźmi, spada z nas część rodzicielskiej odpowiedzialności, nie musimy zastanawiać się nad każdą podjętą w ich imieniu decyzją, wyznaczoną granicą, czy zapewnieniem bezpieczeństwa 24h/dobę.

Oczywiście, to wszystko sprawdza się w teorii, w praktyce natomiast raz stając się rodzicem, jesteś nim przez całe życie. Oznacza to, że niezależnie jak bardzo dojrzałe, samodzielne czy odpowiedzialne jest nasze dziecko, my i tak nie przestajemy się o nie troszczyć i martwić.

Jest jednak jedna istotna kwestia, o której powinniśmy pamiętać, z upływem czasu zachodzi wiele zmian, zarówno w naszym otoczeniu, w nas samych, jak i w relacji z dorastającymi dziećmi. Skoro wszystko i wszyscy się zmieniają, to nasza relacja rodzic-dziecko również powinna dojrzeć.

Oto kilka wskazówek dotyczących pielęgnowania relacji z dorosłym dzieckiem:

Mowa jest srebrem, a milczenie złotem

Powściągliwość jest cnotą, która na tym etapie relacji rodzic-dziecko jest naszym „must have”. Właśnie teraz powinniśmy powstrzymać się od nieproszonych, złotych rad i zadawania zbyt wielu, wścibskich pytań (wiem, wiem, to będzie trudne, ale...) ;-).

Po latach pełnej gotowości 24h/na dobę i wyostrzonej czujności, zapewne nie raz koniecznym będzie ugryzienie się w język, na wieść o podejmowanej przez naszą pociechę decyzji.

Kiedy dziecko staje się dorosłą, niezależną, samodzielną osobą tym, czego od nas potrzebuje, jest wsparcie emocjonalne, a nie cudowne mądrości, pojawiające się po fakcie i kończące pamiętnym zdaniem: „a nie mówiłem...”

Okazanie odpowiedniego wsparcia swojemu dziecku jest możliwe, tylko wtedy, gdy wiemy, jaka jest jego realna potrzeba. By się tego dowiedzieć, nie wystarczy słuchać, trzeba usłyszeć, co ono do nas mówi.

Obustronny szacunek

To naturalne, że mimo usamodzielnienia się dziecka chcemy nadal, aktywnie uczestniczyć w jego życiu. Zresztą nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Pocieszający jest fakt, że jeśli dotychczasowe relacje z dzieckiem oparte były na szacunku i bliskości, to zbudowana więź jest bardzo silna i trwała niezależnie od tego, w jakim wieku jest nasze dziecko.

Czy jest ktoś, kto nie lubi mieć racji? Kto nie chciałby, by jego zdanie było tym najwłaściwszym i ostatecznym? No właśnie... Szybko przyzwyczajamy się do takiego stanu rzeczy i trudno nam jest wyjść z roli wszechwiedzącego, doświadczonego rodzica.

teściowa

Z biegiem czasu „dysproporcja” między rodzicem a dzieckiem ulega zatarciu, wszyscy są już dorośli i mają takie samo prawo do niezależnych decyzji. To właśnie ten moment, kiedy ważniejsze niż kiedykolwiek jest uszanowanie punktu widzenia i decyzji dziecka, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy.

Zaakceptuj drugą połówkę

To może być jedna z najtrudniejszych elementów rodzicielskiej powinności. Nie ma ważniejszej rzeczy niż zdrowie i szczęście własnego dziecka. W pewnym momencie przychodzi czas, gdy to druga połówka przejmuje pierwsze skrzypce w jego życiu. To z nią pierwszą podzieli swoje smutki i radości, to prawdopodobnie do niej zwróci się z prośbą o wsparcie w podejmowaniu ważnej decyzji. Trudno jest przesiąść się z fotela głównego pilota na siedzenie pasażera, ale taka jest kolej rzeczy. Oczywiście, możemy mieć swoje oczekiwania, marzenia o tym, jaki powinien być partner naszego dziecka. Oczami wyobraźni widzimy, że ma lepszą pracę, mniej kolczyków i tatuaży, oraz że gotuje gorszy rosół od naszego. Jednak koniec, końców teraz nasze aspiracje nie mają znaczenia, rodzicielskim obowiązkiem jest zachować opinie dla siebie i będąc ponad swoimi przekonaniami zaakceptować wybór dorosłego dziecka.

Powiedzmy sobie jednak szczerze, że tolerancja ma również swoje granice, nie możemy być głusi i ślepi na ewidentne zagrożenia. W akceptacji i poszanowaniu niezależności dziecka nie chodzi o nabieranie wody w usta w niebezpiecznych sytuacjach. Wiadomo, że jeśli dzieje się coś niepokojącego, zagrażającego zdrowiu czy życiu – powinniśmy, a nawet musimy interweniować, niezależnie czy się to naszej dorosłej pociesze spodoba, czy też nie.

Zachowaj swoje opinie dla siebie

Dla niejednej z nas to będzie największe wyzwanie. Dla mnie na pewno ;-)

Główna różnica między byciem rodzicem małych dzieci a rodzicem dzieci dorosłych polega na tym, że tym drugim nie powinniśmy narzucać swojego zdania, mówić, co, gdzie, kiedy i jak powinni zrobić.

Ostatnią rzeczą, jaką dorosłe dziecko chce usłyszeć od swojego rodzica, jest nieproszona, „dobra” rada. Takimi wskazówkami jest piekło wybrukowane i jeśli nie chcemy, na własne życzenie mieć takowego w rodzinnych pieleszach, lepiej zawczasu ugryźć się w język.

Wspólne chwile

Kiedy nasze dzieci są małe, mamy pełną kontrolę nad rodzinnymi aktywnościami. Gdy dorosną ważnym ogniwem w pielęgnowaniu relacji, jest znalezienie nowych sposobów komunikowania się i spędzania wspólnego czasu. Nie chodzi tu o to, byśmy udawali, że nagle naszą pasją jest pole dance, słuchanie heavy metal’u czy jedzenie sushi. Tak naprawdę nie musi być to nic wyszukanego, wystarczą wspólne obiady w ulubionej restauracji, niedzielny spacer, czy gra w scrabble. Jeżeli natomiast nasza inicjatywa wyjścia na zajęcia tańca na rurze, wynika z chęci spróbowania czegoś nowego i wydostania się ze swojej strefy komfortu, to rewelacyjnie, tak trzymaj! Ważne byśmy czuli się dobrze z tym, co robimy i czerpali przyjemność ze wspólnych chwil.

W jaki sposób Wy dbacie o relację z Waszymi dziećmi? Swoimi doświadczeniami podzielcie się w komentarzu poniżej tekstu.

Może zainteresują Cię również:

Ściskam Was mocno,

Karola


porozumienie_bez_przemocy

Porozumienie bez przemocy. Czyli o empatycznym wyznaczaniu granic słów kilka...

Bycie rodzicem to niekończący się egzamin, a jeśli nie egzamin, to na pewno nieustanna nauka. Każdy z nas biorąc odpowiedzialność za wychowanie małego człowieka, chciałby wywiązać się z podjętej roli najlepiej, jak tylko potrafi. Sprawa nabiera jeszcze większej wagi, jeżeli dotyczy osób najbliższych naszemu sercu. Dlatego tak wiele emocji i kontrowersji budzą zagadnienia dotyczące metod wychowywania dzieci. Dokonując wyboru bijemy się z myślami, zastanawiamy się czy na pewno postępujemy właściwie. Analizujemy wszystkie za i przeciw.

Cieszy mnie fakt coraz większej, rodzicielskiej świadomości dotyczącej tego tematu. Wraz z ciekawością i chęcią rozwoju - podnoszenia rodzicielskich kompetencji, pojawia się coraz więcej pytań i wątpliwości. Dochodzimy do słusznego wniosku, że nie wszystko da się jednoznacznie zakwalifikować, a kategoryczność i niemal boska wszechwiedza rodzica, to nieskuteczny i przestarzały mit.

Jako psycholog, trener umiejętności psychospołecznych, a przede wszystkim mama, bardzo często spotykam się z pytaniami rodziców dotyczącymi obaw w kontekście podjętych decyzji, czy słuszności postępowania względem dziecka. Spora część rodziców zakłada, że ​​NIE stosowanie kar jest równoznaczne z pobłażliwością w stosunku do pociechy i tak naprawdę nie jest sposobem na „wychowanie dobrze ułożonego człowieka” . Czy rzeczywiście tak jest? Czy dziecko trzeba układać, musztrować i karcić?

Skuteczność autorytarnych metod wychowawczych

Niechęć do karania oraz nie stosowanie przemocy zarówno cielesnej jak i werbalnej nie oznacza, ​​nie wyznaczania granic, braku konsekwencji i wszechobecnej pobłażliwości.

Wręcz przeciwnie, badania dowodzą, jak nieskuteczne jest karanie dzieci oraz o braku wpływu autorytarnego modelu rodzicielstwa na wykształcenie w dziecku zdolności do samodyscypliny (o tym dlaczego karanie dzieci nie jest skuteczne przeczytacie tu => klik).

Wyniki badań mówią natomiast, że dzieci o wysokim poziomie samodyscypliny, umiejętności przystosowawczych oraz inteligencji emocjonalnej są wychowywane z zastosowaniem jasnych i empatycznych granic.

Rodzicielskie kompetencje 

Tu wiele, a tak naprawdę większość zależy od nas, rodziców i od naszych umiejętności odpowiedniego sformułowania granicy. Właściwie postawiona powinna pozwoli­­­­­­­ć dziecku na samodzielne dokonanie wyboru, pomiędzy tym czego chce, a tym czego chce jeszcze bardziej 😉. Nie ma co ukrywać, że clue polega na tym, byśmy tak poprowadzili rozmowę, by dziecko postąpiło zgodnie postawionymi granicami, a jednocześnie akceptowało ten wybór. Dzięki temu sposobowi dzieci zdobywają praktyczne umiejętności współpracy i postępowania zgodnie z ustalonymi zasadami, przy jednoczesnym poczuciu zrozumienia i chęcią zaakceptowania zmiany.

Brzmi jak mrzonka?

Z pewnością nią nie jest. Nie jest to nic prostego i nie przychodzi z dnia na dzień. Wymaga od nas morza cierpliwości, niesamowitego zaangażowania i niekończących się pokładów spokoju. Jednak warto podjąć tę pracę nad sobą i dzieckiem, by zebrać profity w przyszłości.

Na czym polega to ustalanie granic?

Empatyczne ustalanie granic

Ustawienie  granic z empatią oznacza, że:

  • Jesteśmy w kontakcie z dzieckiem podczas ustalania granic (nie mówimy do niego z innego pokoju, czy przeglądając aktualności na facebooku)
  • Ustalając granice z dostrzeżeniem, nazwaniem i uwzględnieniem uczuć dziecka pomagamy mu przejść i przepracować emocje, a nam udzielić mu odpowiedniego, emocjonalnego wsparcia.
  • Staramy się zminimalizować intensywność przeżyć naszego malucha, pojawiających się w związku z postawionymi granicami.

Teoria teorią, ale sprawdźmy jak to może wyglądać w praktyce. Przykładowa sytuacja podczas zabawy na placu zabaw.

porozumienie_bez_przemocy_huśtawka

Mama:

"Asiu, nadszedł czas, aby wrócić do domu i zjeść jakąś pyszną zupkę na obiad. Chcesz iść pieszo, czy wolisz jechać w wózku?”

Asia:

 "Nie mamusiu, siądę tu, na huśtawce- będę się bujać…buju, buju…"

Mama: [Stara się dostrzec i nazwać uczucia towarzyszące córce]

 "Huśtanie sprawia Ci wiele radości. Wiem jak bardzo to lubisz. Chciałabyś zostać i huśtać się jeszcze przez długi czas.
 [Ustawia granice]

Musimy jednak wypełnić nasze głodne brzuchy! Dlatego czas iść do domu!"

Asia:

"Nie mamusiu, jeszcze trochę posiedzę tu na huśtawce."

Yhy… skąd my to znamy, wszyscy wiemy, że taka sytuacja i dyskusja może trwać w nieskończoność. Jeśli potrwa zbyt długo nasza dwu i pół latka zgłodnieje (nie muszę chyba wspominać co oznacza głodne dziecko 😉), a mama będzie coraz bardziej sfrustrowana. Zatem co zrobić, by przerwać przysłowiowe przeciąganie liny?

Przychodzi czas na zastosowanie humoru. To moment by ograniczyć możliwości polemiki, okazać empatię i zrozumienie dla uczuć dziecka.

Mama:

"Asiu, uwielbiasz się kołysać, prawda?" 

Asia: 

"TAK!"

Mama [Życzenie spełnienia]

"Pomimo tego, że przyszła pora obiadowa i powinnyśmy wracać do domu, chcesz się dalej huśtać, prawda?"

Asia:

"TAK!"

Mama: 

"Też chciałabym by było to możliwe, bo to super zabawa." 

[Poszukiwanie punktu porozumienia]

"Jednak, teraz jest pora obiadu, dlatego nadszedł czas, aby wrócić do domu. Możesz wybrać i zeskoczyć w dół, jak kangurek, wskoczyć do wózka, a ja Cię zawiozę do domu. Możesz też pobiec w podskokach obok wózka jak zajączek. Co wolisz?”

[Mama dała Asi wybór, który może być dla niej interesujący. W ten sposób pozwala dziecku „zachować twarz” i daje trochę kontroli nad zmieniającą się sytuacją].

Wszystko ładnie, pięknie, jeśli dialog przebiega zgodnie z planem, a co jeśli dziecko nie wybierze żadnej z propozycji? (a wiemy przecież, że jest to bardziej niż prawdopodobne 😉 )

Zatem… Asia nie wybiera jednej z podanych propozycji wtedy:

Mama: [mówiąc ciepło, ale zdecydowanie]

"Asiu, widzę, że trudno Ci zostawić huśtawkę, dlatego pomogę Ci zejść z niej i przejść do wózka.”

Warto byśmy zwrócili uwagę na fakt, że mama swoją wypowiedzią nie wzbudziła w Asi poczucia, że jest „złą, słabą osobą”, nie obciążyła jej odpowiedzialnością za nie zrealizowanie prośby. Mama tylko zauważyła fakt, że zrezygnowanie z rewelacyjnej zabawy było dla dziewczynki zbyt trudne.

Co dzieję się dalej? Oczywiście nie powinniśmy spodziewać się sielanki, podczas której zabierane z huśtawki dziecko z uśmiechem na ustach maszeruje w kierunku domu.

Sprawa wygląda „nieco” inaczej…

Asia krzyczy w niebogłosy i płacze, gdy mama ją zabiera z huśtawki. Delikatnie rzecz ujmując mało przyjemna sytuacja. Konwencjonalna wiedza radziłaby nam, byśmy nie ustępowali w postanowieniu, wsadzili dziecko do wózka i zignorowali histerię, przecież nie wynagrodzimy tego ryku naszą uwagą?

Jak, takie postępowanie ma się do budowania wspomnianego wcześniej kontaktu z dzieckiem?

No właśnie nijak. Co gorsza, wysyłamy naszej pociesze informacje, że jej emocje są złe, a nas jedynie stać na bierne przyglądanie się sytuacji. Jesteśmy przy niej i dla niej, tylko wtedy, gdy podoba nam się to, co czuje i wyraża - innymi słowy, nasza miłość jest uwarunkowana, a nie bezwarunkowa. Dziecko zostaje samo, z trudnymi dla niego uczuciami.

Co zatem zrobić? Czy powinniśmy próbować odwrócić uwagę naszego malucha od odczuwanego zdenerwowania?

Zbagatelizowane emocje

"O jaki śliczny kotek siedzi na schodach, zobacz Asiu”

Wszystko zależy od poziomu zdenerwowania dziecka. Im jest bardziej wzburzone, tym mniej prawdopodobne, że uda nam się odwrócić jego uwagę. Dodatkowo warto zastanowić się nad tym jaką informację przekazujemy dziecku ignorując jego uczucia…

To tak, jakbyśmy mówili: 

„Twoje uczucia nie są ważne. Są natomiast niebezpieczne, więc lepiej udajmy, że nie istnieją.

Możemy również nieco zmienić perspektywę i postawić siebie w podobnej sytuacji. Czy czulibyśmy się kochani i rozumiani, jeśli po okazaniu smutku nasz partner lub przyjaciel próbowałby odwrócić naszą uwagę od sedna rozmowy?

Powinniśmy słuchać naszego dziecka, nie sugerując, że jego emocje są nieistotne lub zbyt przerażające, abyśmy mogli sobie z nimi poradzić.

Huśtawka emocjonalna

Zatem wracamy do punktu, w którym Asia zaczyna płakać, gdy mama zabiera ją z huśtawki:

Mama:

"Płaczesz, ponieważ nie chcesz zakończyć zabawy na huśtawce. Jesteś smutna i zła, ponieważ musimy już iść. Przykro mi, że nie możesz się bujać tak długo jakbyś chciała, ale nadszedł czas, powrotu do domu i zjedzenia obiadu. Usiądźmy na chwilę na tej ławce, a ja przytulę Cię dopóki się nie uspokoisz.”

Taka sytuacja budzi wiele emocji, zarówno u dziecka, jak i u nas - rodziców. Jakiego rodzaju są to emocje i dlaczego tak silnie je odczuwamy? Przyczyna jest prosta, z jednej strony przykro nam, że nasza pociecha przeżywa trudne chwile (bo dla niej są one trudne), z drugiej natomiast obawiamy się oceny dokonywanej przez inne osoby i wstydzimy się zachowania dziecka.

Bez wątpienia wzrok pozostałych rodziców, obecnych na placu zabaw jest skierowany na nas. To naturalne, któż z nas nie spojrzałby w kierunku z którego dobiegają okrzyki pogrążonego w „otchłani rozpaczy” dziecka 😉? Co z tego, że płacze i krzyczy, nie ono pierwsze i nie ostatnie (o tym czym są napady złości u dzieci i jak sobie z nimi radzić pisałam tu => klik). Ważne natomiast byśmy to my zmienili swoje myślenie na ten temat. Płacz dziecka nie jest rodzicielską porażką. Tak naprawdę płacz jest dobry, pomaga dwulatce uporać się z wielką dawką różnorodnych emocji. Córka musi je wyrazić i pokazać NAM, nie „komuś innemu”.

Płacz ma niejedno oblicze…

Jeśli możemy przytulić pociechę i pomóc jej poczuć się bezpiecznie (zamiast przypiąć do wózka i zawieźć na sygnale do domu), zróbmy to. Często dziecko będąc pod wpływem tak silnych emocji, zmienia powód wylewanych hektolitrów łez. Nagle przyczyną płaczu jest ten wielki pies, który rano je wystraszył, albo ból kolana, które stłukło podczas wczorajszego upadku, wtedy jednak nie płakało, bo było z dziadkiem, który powiedział, że „dzielne dzieci nie płaczą” (Swoją drogą, to jedna z najczęściej powtarzanych z pokolenia na pokolenie bzdur, zaraz obok stwierdzenia "to nic nie boli", które rzucamy na widok płaczącego z bólu malucha).

Cóż za wspaniała okazja, aby właśnie teraz wyrzucić to wszystko z siebie.

Bardzo często dzieci podświadomie opierają się postawionym przez nas granicom (tak jak Asia), właśnie po to, aby móc się wypłakać i wyżalić. Patrząc na tę kwestię w ten sposób możemy dostrzec, że to, iż nasza pociecha płacze i żali się w naszej obecności, to ogromne wyróżnienie, bo to my jesteśmy jej ostoją przy której czują się bezpiecznie.

porozumienie_bez_przemocy_przytulanie

Przytul mnie mocno mamo

Podczas płaczu, przytrzymujemy dziecko – pozostając blisko niego. Staramy się odzwierciedlać i nazywać uczucia, empatycznie mówiąc, że jest bezpieczne.

Jeśli nadal unosi się gniewem i odwraca, zostajemy z nim w kontakcie i co jakiś czas przypominamy:

"Jestem tu, nie zostawię Cię samej, jesteś bezpieczna i niebawem, gdy emocje opadną poczujesz się lepiej". 

Mimo kotłujących się w nas emocji staramy się nad nimi zapanować, wykonujemy pogłębione oddechy i liczymy wstecz (o tym jak zachować spokój, gdy dziecko wyprowadza nas z równowagi przeczytacie tu => klik), jednocześnie ignorujemy ciekawskie spojrzenia przechodniów.

Nie ma innej możliwości, po pewnym czasie, tak samo jak po burzy wychodzi słońce – po kryzysie emocje opadają i dziecko się uspokaja.

Możemy zwrócić się do niego: 

„Chodź do domku, czeka tam na nas pyszny obiad. Czy chcesz napić się wody, zanim wejdziesz do wózka?"

Emocje po burzy

Po takim ataku płaczu, który miał miejsce w naszej obecności i z naszym wsparciem, maluch będzie czuł się swobodnie i chętnie podejmie współpracę.

Pamiętajmy, że płacz nigdy nie jest zły, wręcz przeciwnie jest niejako formą oczyszczenia, uwolnienia i wyrażenia stłumionych emocji.

Empatycznie czyli jak?

Oczywiście, empatyczne podejście do dziecięcych uczuć nie oznacza rezygnacji ze stawiania granic i określania zasad. Wręcz przeciwnie, te granice są określane jasno i konsekwentnie przestrzegane. To, co istotne w tym podejściu, to szacunek ,zrozumienie i przyzwolenie na przeżywanie pojawiających się, dziecięcych emocji.

Ustalanie wspomnianych granic warto zacząć w domu, kiedy rzeczywiście mamy czas i energię, aby przetrwać kryzys. Nie jest to łatwe, ale z każdą postawioną granicą, opór i stopień emocjonalności dziecięcych reakcji będą malały. Systematyczność i empatyczna konsekwencja popłacają.

Dzięki empatycznemu ustalaniu granic dziecko uczy się, że:

  • Określone granice są trwałe i mimo, że ich nie lubi, to rodzic jest po jego stronie, dlatego zaczyna je akceptować. Początek samodyscypliny.
  • Nad uczuciami można zapanować. Początek regulacji emocjonalnej.
  • Rodzic jest dla niego wsparciem i troszczy się o jego dobro. Pomaga mu to wierzyć w rodzicielskie wskazówki i pozwala udzielić sobie wsparcia. Fundament zaufania i poczucia bezpieczeństwa.

Może nie jest to najprzyjemniejsza forma przekazywania wiedzy o życiu i emocjach. Na pewno jest to trudna i wyboista droga, wymagająca od nas - rodziców zaangażowania i samokontroli. Każdy z nas dobiera metody wychowawcze pasujące do domowych realiów i swoich przekonań. Warto jednak pamiętać, że negatywne konsekwencje wynikające ze stosowania konserwatywnych metod wychowawczych, są widoczne nie tylko w chwili ich wprowadzania, ale również w dalekiej przyszłości (więcej na temat konsekwencji bicia dzieci przeczytacie tu => klik). Odbijają się one na dorosłym życiu naszych pociech, wpływają na ich umiejętność budowania trwałych relacji międzyludzkich, efektywność regulacji emocji i poziom samooceny.

Pozbądźmy się zatem myślenia „mnie tak wychowywano i jakoś mi to nie zaszkodziło…”, bo w rzeczywiści nie mamy pewności, czy tak nie było. Pomyślcie jak mogłoby wyglądać nasze, życie gdyby wychowywano nas inaczej… 😉

Jakie są Wasze doświadczenia w stawianiu dzieciom granic? Posiadacie jakieś sprawdzone sposoby?

 

 


dlaczego masz ochotę zjeść swoje dziecko

Masz ochotę schrupać swoje dziecko? Sprawdź dlaczego

Jestem pewna, że nie tylko mnie dotyczy ta dziwna „przypadłość” powtarzającej się chęci „schrupania”, któregoś z moich synów. Któż z nas potrafi oprzeć się nieodpartej chęci uściskania malucha, mając w zasięgu wzroku pulchniutkie stópki, małe paluszki, pyzate policzki, czy skręcone niczym sprężynki włoski? No ja nie jestem w stanie usiedzieć na miejscu i tylko napawać się tym cudnym widokiem. Nawet teraz na samą myśl doznaję szczękościsku 😉.

Też tak macie?
Wiedziałam, że tak.

Na szczęście nie jesteśmy odosobnieni. Odczucia te towarzyszą większości rodziców i mają swoje biologiczne uzasadnienie - sprawiają, że stajemy się „lepszymi” rodzicami.

schrupać - dlaczego masz ochotę schrupać swoje dziecko

Zjawisko to otrzymało miano „słodkiej agresji” i stało się tematem kilku badań naukowych.

Zobaczmy zatem, dlaczego chcemy zjeść słodkiego malucha.

Zaraz Cię zjem

Zapewne niejednokrotnie słyszeliście sformułowanie padające z ust babci, cioci czy ekspedientki w sklepie: „on jest tak słodki, że mam ochotę go schrupać”. Wszystko fajnie, jeżeli to odczucie dotyczy nas i naszego, własnego dziecka, ale dlaczego „postronne” osoby doświadczają podobnych odczuć?

Z jednej strony to dziwne, ale jednocześnie naturalne – głównym winowajcą jest matka natura - i dziecięcy zapach.

Biologia zadbała o bezpieczeństwo maluszka, nie bez przyczyny rozczula nas on swoim wyglądem. Zwróćcie uwagę na cechy postaci z ukochanych bajek Disneya - wysokie, zaokrąglone czoło, mały, zadarty nosek, duże oczka, pucułowate policzki, zaokrąglone rączki – autorzy wiedzą w jaki sposób zadziałać na widza, by bohaterowie zostali obdarzeni sympatią. Wymienione cechy to, to co nas rozbraja i rozczula w małych dzieciach, to, to co sprawia, że nie potrafimy się im oprzeć i jesteśmy skłonni wybaczyć im wszystko.

Według ekspertów instynktowne zachowania dorosłych są wsparciem w procesie budowania więzi, zapewnieniu bezpieczeństwa maluchowi i rodzicielskiej regulacji emocjonalnej.

Skąd oni to wiedzą?

Potwierdzenie powyższego znajduje się w wynikach badań opublikowanych na łamach czasopisma Frontiers in Psychology wskazują one, że zapach niemowlęcia wywołuje w mózgu młodych matek silną reakcję podobną do chęci zaspokojenia głodu pojawiającej się na widok apetycznej, aromatycznej, ulubionej potrawy.

Widzicie to oczami wyobraźni? Trudno się opanować prawda?

Nie będę przytaczała szczegółów wspomnianego eksperymentu, które znajdziecie tutaj, przejdę natomiast do konkretów. W badaniu uczestniczyło 30 kobiet, które przydzielono do dwóch 15 osobowych grup. W pierwszej były młode matki, w drugiej natomiast bezdzietne kobiety. Wszystkim podawano do wąchania zapach pobrany z piżamek 18 dniowych noworodków. I następnie prowadzono obserwację. Czego? Tym razem nie zachowania, choć może i na jego podstawie można byłoby wysnuć jakieś wnioski. 😉 Obserwowano natomiast aktywność ich mózgu, wykorzystano do tego obraz rezonansu magnetycznego.

Mózg prawdę Ci powie…

I czego się dowiedziano? Po przeanalizowaniu wyników skanów okazało się, że u młodych matek zapach wywoływał zauważalnie silniejszą reakcję niż u kobiet bezdzietnych. Zmiany widoczne były w obszarze mózgu związanym z układem nagrody, odpowiadającym za odczuwanie przyjemności. Aktywność tego rejonu, związana jest z wydzielaniem dopaminy, ta natomiast ma istotne znaczenie dla utrwalania zachowań prowadzących do odczuwania satysfakcji i przyjemności np. z zaspokajania apetytu, uzależnienia od nikotyny, alkoholu czy narkotyków.

Wąchaj, wąchaj a wywąchasz…

Zapach wydaje się odgrywać ważną rolę w budowaniu więzi pomiędzy matką a dzieckiem. Po spędzeniu zaledwie godziny z noworodkiem, 90% matek jest w stanie rozpoznać swoje dziecko na podstawie zapachu. Nawet kupa naszego malucha wydaje się mniej… intensywnie „pachnieć”.

Można rzec, że matczyna miłość unosi się w powietrzu 😉

Na tym jednak nie koniec… Wspomniałam wcześniej o zjawisku tzw. „słodkiej agresji”, to właśnie jemu poświęcone było kolejne badanie…

zapach dziecka - dlaczego masz ochotę schrupać swoje dziecko

Przytulać do utraty tchu

The Association of Psychology Science opublikowało badanie dotyczące fali uczuć zalewających nas podczas kontaktu z małych dzieckiem.

Kojarzycie ten moment, kiedy macie ochotę tak mocno przytulić malucha, że niemal byście go zgnietli? Oczywiście tego nie robicie. Jednak bez wątpienia takie odczucia się pojawiają i nie są wam obce.

Dlaczego tak się dzieje i czemu to służy?

Zjawisko to wspomaga regulację emocji i jest tożsame z tym, co dzieje się z naszym organizmem, gdy płaczemy z radości. Wtedy to pozornie negatywna odpowiedź pojawia się w związku z bardzo pozytywnymi doświadczeniami. Co ciekawe, efekt ten widoczny jest również w przeciwnym kontekście, gdzie w sytuacjach silnego stresu czy złości reagujemy śmiechem.

Odpowiedź jest następująca, „słodka agresja” pomogła nam zrównoważyć emocje, które w dłuższej perspektywie byłyby dla nas przytłaczające. Jak mówi znane nam przysłowie: „co za dużo to niezdrowo” tak, też jest w tym przypadku nadmiar szkodzi nawet jeśli dotyczy „emocjonalnego haju”.

Masz ochotę schrupać swoje dziecko – to normalne

Celem obu badań było lepsze zrozumienie międzyludzkich relacji i stanów emocjonalnych, towarzyszących młodym matkom.

Pozornie może się wydawać, że naukowcy mają za dużo wolnego czasu, że zajmują się takimi „pierdołami”. Powinniśmy jednak posłużyć się stwierdzeniem, że „nie ma głupich pytań”, a spostrzeżenia uzyskane w efekcie tych badań są niezwykle cenne, gdyż pozwalają przyjrzeć się ludzkiej emocjonalności, temu, w jaki sposób wyrażamy i regulujemy swoje emocje. Ma to istotny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, fizyczne, a w konsekwencji na budowanie relacji z innymi, współprace i inne społeczne umiejętności.

Zarówno chęć zjedzenia dziecka, jak i „słodka agresja” są powszechne, normalne i zdrowe. Stanowią jeden z mechanizmów przystosowawczych, pozwalających nam wrócić do emocjonalnej równowagi. Dodatkowo przyczyniają się do budowania bliskości między rodzicem a dzieckiem będącej fundamentem rozwoju małego człowieka. Umiłowanie do zapachu maleństwa pozwala młodej mamie szybciej odnaleźć się w nowej, życiowej roli.

Badania wskazują jednoznacznie, że rodzice odczuwający wspomniane wcześniej - skrajne emocje w stosunku do swoich dzieci, dokonują autoregulacji, dzięki czemu zachowują większe opanowanie i łatwiej rozpoznają potrzeby swoich pociech.

Ciekawa jestem czy w taki sam sposób reagowaliby tatusiowie. Obserwując mojego męża, brata czy tatę mogłabym stwierdzić, że tak – jednak to trochę zbyt mała próba 😉.

Jak jest waszym zdaniem?
Czy Wy również macie ochotę schrupać swojego maluszka?
Podzielcie się ze mną swoimi doświadczeniami w komentarzach pod wpisem.

Może zainteresuje Was również:

Leworęczność – błogosławieństwo czy przekleństwo?

Leworęczność u dzieci. Jak rozpoznać rodzaj lateralizacji i efektywnie wspierać dziecko w rozwoju? Przykłady ćwiczeń.

Czym są napady złości u małego dziecka? 11 wskazówek na zapobieganie i zminimalizowanie agresji u malucha

Nie, Twoja inteligencja nie pochodzi wyłącznie od mamy

 

Do napisania,

Karola


fit mama

Nie, nie jesteś zbyt zajęta, aby ćwiczyć. 14 sposobów na bycie fit mamą

Wyglądam przez okno i z utęsknieniem wypatruję wiosny. Śnieg stopniał więc rosną szanse na bardziej korzystne warunki pogodowe. Wiosna to bardzo dobry czas na wprowadzenie zmian, wszystko budzi się do życia, my również chcemy pożegnać zimową stagnację i aktywnie wkroczyć w bardziej pozytywną porę roku. No właśnie chcemy, ale czy to robimy?

Po publikacji wpisu o uzależnieniu od sportu otrzymałam od Was wiele wiadomości z prośbą o tekst dotyczą sposobów na zorganizowanie i zmotywowanie siebie do systematycznych ćwiczeń.

Wypracowanie nawyku aktywności fizycznej jest trudne dla każdego niezależnie od płci czy roli społecznej.

Nie da się jednak ukryć, że dla MAM jest to szczególne wyzwanie, któremu można nadać miano „mission impossible”.

Mission impossible?

No bo realnie rzecz ujmując w jaki sposób znaleźć czas na ćwiczenia, kiedy luksusem jest samotna wyprawa do łazienki? Skąd wziąć siły na dodatkową aktywność fizyczną, kiedy za nami nieprzespana nocka, dzień pełen obowiązków zawodowych i domowych?

Szczerze mówiąc zanim zostałam mamą byłam święcie przekonana, że jestem super zorganizowaną i wielozadaniową kobietą. Manewrowałam między zadaniami związanymi z prowadzeniem firmy, realizacją szkoleń, rozwojem osobistym i domem. Później na świat przyszedł mój ukochany, niesamowity synek, który w krótkim czasie pokazał mi, że moje przekonanie o posiadanej umiejętności zarządzania swoim czasem jest żartem ;-).

Między opieką nad dziećmi, wywiązywaniem się z obowiązków zawodowych, wykonywaniem oczywistych prac domowych, prowadzeniem terminarza konsultacji lekarskich i szczepień, zajęć przedszkolnych, szkolnych oraz wszystkich innych kwestii pozostaje bardzo niewiele czasu i ochoty by się jeszcze konkretnie spocić… Powiedziałabym, że dla niektórych z nas właśnie to pocenie jest kwestią odstraszającą, czyż nie? ;-)

W czasach, kiedy modne i społecznie pożądane jest bycie fit, ciężko jest oprzeć się presji otoczenia. No właśnie presji… podstawową kwestią jest zmiana naszego nastawienia. Musimy przeprogramować myślenie o sporcie i odnaleźć wewnętrzną motywację by wprowadzić jego elementy do swojej codzienności. Aktywność fizyczna musi nam sprawiać przyjemność, a żeby tak się stało musimy ją podejmować dla siebie, a nie dla naszych znajomych.

Zatem zerknijcie w poniższe propozycje.

14 sposobów, które ułatwią Ci bycie aktywną mamą

  1. Na dobry początek dnia

Dobry sposobem na lenia ćwiczeniowego jest rozprawienie się z nim na samym początku dnia. Założenie, że poćwiczymy po południu, po pracy czy wieczorem gdy dzieci zasną jest bardzo ryzykowne i realnie dojdzie do skutku u osób naprawdę zdeterminowanych. Prawda jest taka, że po całym dniu wykonywania tak wielu zadań i obowiązków (kojarzycie ten stan po wyjściu z pokoju po przeczytaniu 3 książeczek na dobranoc…normalnie odpalam silnik i pędzę na siłkę), najzwyczajniej w świecie opadamy z sił i jedyne na co mamy ochotę to po prostu odpocząć w pozycji horyzontalnej. Dlatego dobrą praktyką jest wykonanie porannych ćwiczeń. Oczywistym jest, że jeżeli mamy w domu ząbkującego maluszka, który przez większą część nocy nie spał, nie potrzebujemy dodatkowo porannej przebieżki. Bądźmy realistkami, dostosowujmy swoją aktywność do możliwości i sił – nie dajmy się zwariować. Nocne balety z małym ukochanym są wystarczająco wyczerpujące (o tym, jak postępować gdy dziecko nie chce spać przeczytacie tutaj i tutaj).

  1. Zarezerwowane - zrealizowane

Kolejną przydatną zasadą jest zarezerwowanie / wyznaczenie konkretnego czasu dla siebie i zapisanie go w planerze, kalendarzu czy domowym grafiku. Istnieje większe prawdopodobieństwo realizacji zadania, jeśli jest ono zaplanowane i zapisane. Jeżeli z określonym wyprzedzeniem planujecie domowy harmonogram na dany tydzień – zawrzyjcie w nim również swoje ćwiczenia. Dzięki temu również partner widzi czarno na białym, że w tym konkretnym momencie to on przejmuje stery na Waszym domowym okręcie. Ważnym jest, by zaplanowany dla siebie czas traktować tak samo poważnie, jak spotkanie biznesowe, które jest i nie podlega negocjacjom.

fit mama

3. Miej plan co będziesz robić

Gdy już etap zamieszczenia terminów ćwiczeń w kalendarzu mamy za sobą, nie możemy przeoczyć planowania tego, co faktycznie będziemy robić podczas naszego mini treningu. Zastanawianie się nad tym jak będą przebiegały nasze ćwiczenia, to kolejny motywacyjny element. Wyobrażanie sobie siebie podczas aktywności zdecydowanie umacnia nas w postanowieniu realizacji założonego planu. Dodatkowo wcześniejsze przygotowanie (choćby obejrzenie filmiku na YT) zwiększa efektywność wykonywanych przez nas ćwiczeń. Zwyczajnie jesteśmy lepiej do nich przygotowane, co za tym idzie lepiej wykorzystujemy nasz czas.

4. Nie martw się o swój strój

Obcisła podkoszulka czy luźny T-shirt? Spodnie dresowe czy legginsy? Nie marnuj już i tak małej ilości swojego, cennego czasu na odzieżowe debaty. Oczywiście nie oznacza to, że masz biegać ubrana jak „uciekinierka, po stoczonej bitwie z obcymi”, wręcz przeciwnie bardzo ważnym i motywującym elementem jest ładny, kobiecy strój. Przygotuj zatem ubranie wieczorem przed snem, tak żeby po przebudzeniu czekał na Ciebie i zachęcająco machał nogawką. Im mniej elementów rozpraszających przed wyjściem na „trening” tym większe prawdopodobieństwo, że dojdzie on do skutku ;-).

5. Włącz w aktywność swoje dzieci

Będąc rodzicem naprawdę trudno jest znaleźć czas dedykowany tylko dla siebie. Jednak, czy ćwiczyć możemy tylko w odosobnieniu? Wiem, wiem, co myślicie, że tu chodzi o nabranie oddechu, dystansu do domowego życia, o tę chwile tylko dla siebie. No pewnie, bycie sama ze sobą jest ważne i bez wątpienia potrzebne. Jednak doskonale wiemy, jak jest w rzeczywistości, nie pozwólmy by brak możliwości wyjścia bez dziecięcej obstawy stał się wymówką do nic nierobienia. To co na pewno musimy porzucić to myślenie „albo – albo”. Dzieci uwielbiają aktywność, zawsze możemy wykorzystać wspólny czas do zabaw ruchowych. Z perspektywy rozwoju dzieci bardzo istotne są właściwe wzorce, najwięcej i najszybciej uczą się przez modelowanie – obserwując swoich najbliższych. Zatem niech widzą aktywną mamę, która czerpie przyjemność z wspólnych zabaw ruchowych.

6. Plac zabaw to świetna siłownia

Czy ktokolwiek powiedział, że sportem uprawianym na świeżym powietrzu jest tylko bieganie, jazda na rowerze czy rolkach? Doskonałym miejscem do wykonania ćwiczeń jest plac zabaw. W czasie, gdy dzieci świetnie się bawią, możemy poćwiczyć triceps robiąc przysiady tyłem do ławki, kilka pompek, podskoków czy wypadów do przodu. Małe rzeczy, a dużo znaczą. Bycie aktywną to nie tylko wyciskanie siódmych potów na siłowni, czy przebiegnięcie wielokilometrowych odcinków, to również korzystanie z różnych możliwości do wykonania nawet drobnych ćwiczeń.

7. Biegaj z dzidzią

Powtórzę to o czym pisałam już wcześniej, nieosiągalnym jest wczesne, poranne ćwiczenie, jeśli masz za sobą nocne igraszki z dzieckiem. Najgorszym co możemy zrobić w takiej sytuacji jest obwinianie siebie lub maluszka o to, że zaburzył nasz plan. Dlatego możemy pokombinować, by w rutynowe, codzienne obowiązki wpleść swoje przyjemności (bo po pewnym czasie, tak będziemy myśleć o ćwiczeniu). Alternatywą dla tradycyjnego biegu jest jogging razem z dzieckiem. Mając malca w wózku bez problemu możemy przyspieszyć nieco tempa. By iść szybciej niż podczas standardowego spaceru. Oczywiście najlepiej, kiedy mamy do dyspozycji specjalny wózek biegowy. Jeżeli nie lubicie biegać, wystarczy szybszy marsz czy jazda na rolkach.

fit mama

8. Bądź jak Ninja

W byciu aktywną nie chodzi o to by robić coś z przymusu czy z konieczności. Wręcz przeciwnie powinno być to zajęcie, z którego czerpiemy siłę do dalszego działania i satysfakcję, które stanowi odskocznie i jest źródłem przyjemność. Dlatego nie należy katować się ciężkimi ćwiczeniami i stresować brakiem czasu na systematyczne treningi.

To czego powinniśmy się nauczyć to korzystać z okazji, które dają możliwość realizacji drobnych aktywności. Może to oznaczać, że czasami będą to np. 10-15 minutowe treningi, podczas posiłków dzieci, innym razem, gdy oglądają ulubiony program telewizyjny. Wykorzystuj okazje i dostępne w domu elementy, jak np. krzesło i poćwicz przy nim.

9. Pieszo po codzienność

Jeżeli brakuje nam czasu i powiedzmy sobie szczerze ochoty na dodatkowe treningi, możemy wprowadzić do swojej codzienności inny rodzaj aktywności. Przy sprzyjającej pogodzie przejdźmy szybkim marszem do przedszkola po dzieci, zawsze to większa korzyść dla kondycji i zdrowia niż jazda samochodem. Nie mam oczywiście na myśli heroicznej wyprawy z torbami pełnymi zakupów, tylko zwyczajną mini przebieżkę stanowiącą Twoją dzienną dawkę aktywności.

10. Kontrola harmonogramu

Osoby regularnie ćwiczące nie „znajdują” czasu na trening, one ten czas „biorą” z pełną premedytacją. Każdy z nas posiada niewykorzystane luki czasowe w ciągu dnia, mam na myśli 30 minutową rundkę na przeczytanie aktualności na Facebooku czy obejrzenie zdjęć na Instagramie. Te 10 minutowe momenty, gdy nawykowo sprawdzamy lub porządkujemy pocztę, stanowią czas, po który możemy sięgnąć. To co na pewno będzie sprzyjało naszej aktywności i jest zagospodarowaniem owego czasu, to zweryfikowanie działań podejmowanych w czasie dnia i poukładanie ich tak, by wykorzystać jak najefektywniej swój dzień. Jeśli to możliwe pozbieraj wszystkie pochłaniacze czasu w jeden przedział i sprawdź, czy jesteś w stanie go wykorzystać właśnie na swoją aktywność. Oczywiście usłyszę, że FB lubicie przeglądać, to forma relaksu, a porządkowanie poczty to bardzo potrzebna czynność. Jest tak, jak mówicie i tu nie chodzi o to by zrezygnować z tych czynności, naszym zadaniem jest przeniesienie ich w inną część dnia np. na wieczór, kiedy już nie mamy sił na uprawianie zajęć sportowych.

11. Zabawa w klubiku dla dziecka – zabawa na siłowni dla Ciebie

Wiele z naszych dzieci uczęszcza na zajęcia dodatkowe – z piłki nożnej, baletu, gry na flecie… (więcej na temat obowiązków dodatkowych dzieci przeczytasz tu) Coraz częściej mam wrażenie, że dzieci są bardziej zajęte niż rodzice. Kolejną propozycją jest wykorzystanie czasu, który spędzamy w poczekalni czekając aż nasze pociechy skończą wspomniane zajęcia. W tym samym czasie możesz zarezerwować wejście na siłownię lub wykonać jakąkolwiek aktywność sportową. Podobnie jest z drzemkami maluszków, w czasie ich snu możemy zrobić coś dla siebie. Tak dla siebie, nie dla domu czy sąsiadki, tylko dla siebie, bo w takich kategoriach powinnyśmy traktować podejmowaną aktywność fizyczną.

Jestem psychologiem i już słyszę wasze myśli ;-):

"Tak dziecko śpi, to ja beztrosko będę ćwiczyć na orbitreku albo jeszcze innym cudzie techniki zamiast ogarnąć dom, wyprasować stertę rzeczy, czy ugotować obiad, który sam się przecież nie zrobi.

Pamiętacie co pisałam w punkcie 8 o tym, że mamy być jak Ninja, no właśnie to jest ten moment. Kto powiedział, że podczas prasowania nie możesz wykonać naprzemiennego wypadu w przód, bądź przysiadów czy podskoków. Wykonywanie obowiązków domowych to znakomita okazja do poruszania się. Pamiętajcie zawsze możecie wybrać, pełnowartościowy trening, jednak gdy w rodzicielskich realiach zwyczajnie bark na niego czasu, taka alternatywa jest całkiem dobrym rozwiązaniem.

12. Nie czuj się winną

Spójrzmy prawdzie w oczy, możemy sobie skrupulatnie zaplanować cały dzień, ale życie ma w nosie nasze plany i pisze własny scenariusz, który najczęściej odbiega od tego, w którym chciałybyśmy zagrać. Dlatego najważniejsze jest zdrowe podejście do ćwiczeń. Niejednokrotnie trafi się dzień, a nawet tydzień, gdzie nie będziemy w stanie kiwnąć nawet palcem. A wspomniana sterta prania będzie sobie sukcesywnie rosła w oczekiwaniu na „Prasowaczkę”, która w końcu podejmie się tego wyzwania, już bez przysiadów, podskoków i tańca wokół deski. To o czym musimy pamiętać, to, to, że niezrealizowanie postanowienia, nie powinno być powodem do stresu, poczucia winy czy złości. Nie powinnyśmy również porównywać siebie z innymi mamami. Mimo, iż niemal bez słów rozumiemy swoje codzienne zmagania, to koniec końców każda z nas ma inną sytuację, inne możliwości i predyspozycje. Dlatego działaj we własnym tempie, zgodnie ze swoimi potrzebami.  

13. Zorganizuj wsparcie

Manewrowanie między obowiązkami rodzinnymi, zawodowymi mogą być i są przytłaczające, w takich chwilach nieocenionym jest poczucie, że nie jesteśmy same. Grupa rodziców o podobnych priorytetach, pomysłach i wartościach to świetny rodzaj wsparcia. Może ono funkcjonować na różnych płaszczyznach od codziennych zmagań, po sportową motywację. Jest to o tyle ważne, że rodzic rodzica jest w sanie zrozumieć i wskazać realną alternatywę działania, albo rozwiązania problemu – bo sam znajduje się na co dzień w podobnych sytuacjach. Nie możemy wymagać od bezdzietnej przyjaciółki, by zrozumiała, iż nie wstaniemy na poranny skalpel Ewy po nieprzespanej nocy. Niezależnie od tego jak kochaną i oddaną jest osobą, dopóki nie doświadczy rodzicielskich wyzwań nie przyjmie naszej perspektywy.

14. Spraw by było warto

Należy zdać sobie sprawę, że nie ma nic złego i dziwnego w tym, że prosimy o pomoc."

Po ciężkim dniu, zawsze priorytetem jest spędzanie jak największej ilości czasu z rodziną. Przecież praca w pełnym wymiarze czasu, podróże, prowadzenie bloga, ogarnianie obowiązków domowych to wszystko oznacza mniej czasu spędzonego z naszymi dziećmi. W takiej sytuacji większość z nas powie, że jeśli ma wybierać pomiędzy: uruchomieniem bieżni, a czasem spędzonym z dziećmi, zdecydowanie wybierze rodzinę. Nasi najbliżsi, rodzina, dzieci to są najważniejsze wartości, które nie mają żadnej konkurencji. Dlatego nie ma sensu stawianie na szali dwóch niedających się porównać aspektów: miłość do bliskich vs aktywność fizyczna. To nie jest kwestia wyboru między jednym a drugim, to kwestia pogodzenia tych elementów i stworzenia z nich zdrowej całości.  

Pamiętajmy, że uprawianie sportu, to wbrew pozorom inwestycja w siebie, w rodzinę, w Waszą przyszłość. W przyszłość, która będzie wyglądała znacznie ciekawiej zarówno dla nas, jak i naszych najbliższych, gdy będziemy cieszyć się zdrowiem i kondycją. Nie myślmy o sobie i o swoim zdrowiu, jak o czymś nieistotnym, o czymś będącym drugorzędnym priorytetem. Nie bez przyczyny podczas awarii samolotu w pierwszej kolejności matka zakłada sobie maskę, by mogła uratować swoje dziecko. Tę instrukcję analogicznie przenieśmy na nasze codzienne życie, dajmy sobie szansę, zadbajmy o siebie, byśmy mogły w pełni sił zadbać o swoich najbliższych. Szczęśliwa i zdrowa mama to szczęśliwa rodzina.  

fit mama

Mam zatem dla Was wyzwanie, mimo braku chęci i czasu, spróbujcie zastosować poniższe wskazówki, niekoniecznie wszystkie, może kilka z nich.

Po miesiącu dajcie mi znać o efektach podjętej próby. Dacie radę?

Jestem ciekawa jakich sposobów używacie, aby znaleźć czas na aktywność fizyczną.

Podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami w komentarzu poniżej postu.

Informacje od Was są dla mnie ważne, gdyż pomagają mi się rozwijać i działają motywująco.

Jeśli podoba Ci się ten post i uważasz, że może być przydatny, to udostępnij go swoim znajomym na Facebook'u.

Dziękuję za odwiedziny i zapraszam ponownie  ;-) .

 


Święty Mikołaj

Ho, Ho, Ho!!! Czyli kto? Jak to kto? Święty Mikołaj

Czy Święty Mikołaj może przysporzyć więcej szkód niż pożytku?

Czy podtrzymując mikołajową tradycję szkodzimy swoim dzieciom?

Istnieje wiele opinii na temat Świętego Mikołaja. To znaczy wszyscy wiemy, że jest wesołym, podstarzałym elfem, który lata po bezkresnym niebie w pojeździe na płozach, ciągniętym przez czterokopytne, rogate ssaki. Żeby tego było mało to ów rezolutny, jak na swoje lata staruszek, który zapewne powinien ograniczyć nieco ilość zjadanych ciasteczek (dziś powinnam pewnie napisać o ograniczeniu ilości glutenu) wchodzi do domów przez kominy przynosząc ludziom radość i niesamowitą ilość pozytywnych wrażeń. Wszystko to w przeciągu jednej nocy.

Brzmi co najmniej nieprawdopodobnie...jednak mit Świętego Mikołaja jest wielopokoleniową tradycją, głęboko zakorzenioną w niezliczonej ilości rodzin na całym świecie.

Media narobiły szumu

Niedawno rozpętała się w mediach dyskusja na temat ujawnienia dzieciom informacji odnośnie „istnienia” świątecznego elfa. Wszechobecna reklama zachęcająca rodziców do zakupu niesamowitej pamiątki w postaci spersonalizowanego filmu od świętego skierowanego do malucha narobiła sporo zamieszania (swoją drogą uważam to za rewelacyjny pomysł, sama z niego skorzystałam).

W ten oto sposób dzieciaki zaczęły się zastanawiać: „Zaraz, zaraz to, jak to jest, Mikołaj daje czy sprzedaje prezenty?"

Delikatnie rzecz ujmując trochę się rozjechała świąteczna opowieść. Całe szczęście, że mój Antoś samodzielnie nie korzysta z Internetu, dzięki czemu uchował się od tych przedświątecznych wątpliwości.

Jak jest z tym kłamstwem?

Oczywistym jest, że okłamywanie kogokolwiek jest złe... dzieci również, jak nie przede wszystkim ;-) . Jednak, czy kwestię dziecięcej wiary w postać przekazującą pozytywne wzorce (nie do końca przecież fikcyjną) można rozpatrywać w tych kategoriach??

Postanowiłam zrobić mały rekonesans i sprawdzić, co w tej kwestii mówią najnowsze wyniki badań. Kilka tygodni temu ukazał się artykuł, mówiący o tym, że przekazywanie dzieciom kłamstwa o istnieniu Świętego Mikołaja jest dla nich szkodliwe i ma negatywny wpływ na ich zaufanie do rodziców.

Przyznam szczerze, że gdy przeczytałam tę nowinę to myślałam, że spadnę z krzesła.

Jak się okazało nie byłam osamotniona w swoich odczuciach, gdyż na wieść o wspomnianym „newsie” rozgorzały w sieci gorące przedświąteczne dyskusje. Również wśród psychologów zdania są podzielone.

Wyniki bliższe mojemu sercu wskazują, że większość dzieci pytanych o moment zdekonspirowania mikołajowego mitu nie czuła się okłamywana przez rodziców i nie straciła do nich zaufania, co więcej nie poczuły się nawet rozczarowane.

Bicie piany...

Zastanawiam się czy to nie jest rozdmuchiwanie tematu na siłę…też przecież byłam dzieckiem i któregoś dnia poznałam tę niewygodną prawdę, ale nie było to dla mnie jakieś traumatyczne przeżycie. Było ono na tyle nieszkodliwe, że nawet nie pamiętam, kiedy miało miejsce. No chyba, że zadziałał mechanizm obronny i wyparłam to zdarzenie ;-).

Tym, co pamiętam natomiast jest fakt, że byłam podekscytowana i dumna, że jestem starszą siostrą i stoję po tej drugiej, dorosłej stronie świątecznej przypowieści. Stojąc przy oknie wraz z młodszym bratem wypatrywaliśmy na niebie reniferów ciągnących sanie magicznego elfa. Gdy byliśmy starsi natomiast prowadziliśmy poszukiwania tajnych kryjówek, w których rodzice przechowywali prezenty.

Święty Mikołaj

Idąc tym tokiem rozumowania, gdy się nad tym zastanawiam nie mam pewności kto kogo okłamywał bardziej, czy rodzice nas, że Santa istnieje, czy my, że nadal w niego wierzymy. W każdym razie to bardzo przyjemne wspomnienia, które wywołuje uśmiech na mojej twarzy.

Kiedy dzieci zaczynają się orientować...

Jako mama i psycholog z zainteresowaniem obserwuję, jak rozwijają się zdolności poznawcze i społeczne dzieci. W kontekście tego tematu zastanawiające jest co się dzieje, gdy uświadomią sobie prawdę o świątecznym micie?

Obserwacje społeczne wskazują, że do konfrontacji ze świąteczną rzeczywistością dochodzi około 7 roku życia. Nie jest to jednak nagły grom z jasnego nieba, którego efektem jest olśnienie, tylko stopniowe kumulowanie się informacji. Dzieciaki zbierają dowody z różnych źródeł takich jak rodzice (bo przyłapią tatę, w dziwnej pozycji układającego prezenty pod choinką), przyjaciele (którzy realizują swoją misję uświadamiania mniej świadomych kolegów), rodzeństwo (bo chce nam dokuczyć, bądź coś przypadkiem im się wymknie), nauczyciele (przedstawiający legendę z bardziej realnej strony) oraz media. To wszystko razem wzięte, w pewnym momencie nie pozostawia dzieciom złudzeń…

To co jeszcze jest interesujące, to to, że gdy dochodzi do stopniowego odkrycia prawdy o Świętym Mikołaju w pierwszej kolejności dzieci tracą wiarę w jego nadprzyrodzone umiejętności, a dopiero później w jego istnienie jako takie.

Święty Mikołaj to jedna z postaci, w które wierzą dzieci zaraz obok niego jest przecież wróżka zębuszka, zajączek wielkanocny i inne baśniowe stworzenia. Dzieci przez cały czas używają swojej wyobraźni nawet jeśli wiedzą o tym, że wspomniani ulubieńcy są wymyśleni. To naturalny etap ich rozwoju poznawczego. Gdy bawią się w policjantów i złodziei, wiedzą, że tak naprawdę nimi nie są. Powinniśmy się martwić o te dzieci, które nie korzystają ze swojej wyobraźni, nie potrafią opowiedzieć twórczej historyjki.

Wiara w Świętego Mikołaja to element bycia dzieckiem, dlaczego mielibyśmy pozbawiać je tej magii dzieciństwa.

Święty Mikołaj

Co zatem dobrego niesie ze sobą wiara w Świętego Mikołaja?

Rozwija wyobraźnię

Możliwość posługiwania się wyobraźnią z dziecięcą beztroską i nieograniczoną wiarą jest najlepszym co wspominam z dzieciństwa. Widzę jak ważne dla Antosia są wyobrażeniowe zabawy – nazywa je „ręcznymi zabawami” bo wcielając się w postaci korzystamy tylko z naszej wyobraźni. W jednej chwili jesteśmy avengersami – ja czarna wdową (nie wiem, dlaczego mnie nią mianuje), w kolejnej mężem i żoną, posiadającymi dziecko, którym jest Kubuś ;-).  Wiara w magiczne stworzenia, świat, gdzie wszystko jest możliwe, a zmartwienia znikają za sprawą czarodziejskiego pyłu daje nieograniczone możliwości do rozwoju. Te same możliwości daje pielęgnowanie świątecznej tradycji.

Uczy wiary w rzeczy bez naocznego dowodu ich istnienia

Dzieci mają możliwość rozwijania zdolności do wiary w coś abstrakcyjnego, czego nie mogą zobaczyć ani dotknąć. To bardzo trudne i jakże istotne w całym późniejszym życiu. Będą przecież musiały wierzyć w swoje talenty, w siebie, w przyjaciół, w rodzinę (nie mam tu na myśli fizycznej ich obecności, a cechy osobowości). W rzeczy, których nie można zmierzyć czy zamknąć w dłoni, jak miłość, dająca sens ludzkiemu istnieniu. Nie wspomnę już o bardziej przyziemnych kwestiach, jak pojęcie tlenu czy światła ;-).

 Możliwość krytycznego myślenia…

To o czym wspominałam wcześniej, na pewnym etapie rozwoju dzieci zaczynają analizować zbierane informacje, zestawiać ze sobą fakty i dochodzić do odkrywczych wniosków. To przełomowy moment w rozwoju poznawczym małego człowieka. A zdolność ta jest nieoceniona w dorosłym życiu.

Wspomnienia z dzieciństwa

To przecież rzeczy, do których wracamy pamięcią, które najpierw wspominamy i w nie szczerze wierzymy, z czasem wspominamy już nie wierząc w ich istnienie… Wspomnienia to nie tylko Mikołaj, ale wszystko to co dzieje się w tym szczególnym okresie w naszym domu. To zapachy świątecznych potraw, to zdobienie domu, ciepło lampek choinkowych, dźwięk kolęd i poczucie bezpieczeństwa, bliskości oraz jedności z pozostałymi domownikami. To nieodparta chęć podarowania tego samego moim dzieciom, czegoś co będzie im towarzyszyło przez całe życie.

Przekazywanie pozytywnych wartości

Postać jaką jest Święty Mikołaj jest wspaniałym wzorem do naśladowania, pokazuje, że można bezinteresownie czynić dobro. Dlatego ważne byśmy jako rodzice unikali posługiwania się Mikołajem jako straszakiem mającym wpływ na dziecięce zachowanie.

Mówiąc: „Nie zachowuj się w ten sposób, bo Święty Mikołaj wszystko widzi, przecież przynosi prezenty tylko grzecznym dzieciom…” cóż to oznacza? Nic innego, jak tylko:

  • „Powinieneś być grzeczny, bo chcesz dostać prezent, nie dlatego, że jesteś grzeczny z natury”
  • „Mikołaj jest mściwy i lekko przerażający, bo podgląda Cię na każdym kroku, zarówno w dzień jak i w nocy” ;-)

Czas szybko biegnie i magia Świętego Mikołaja przemija. Co w tym złego zatem, że podarujemy dziecku tę krótką chwilę magii, to zaledwie kilka lat? Zanim sie obejrzymy będziemy zastanawiać się, jak przekazać mu prawdę o istnieniu świetego (kliknij tu).

Święty Mikołaj jest częścią tradycji Bożego Narodzenia, nie zapomnijmy również o istocie wspomagania biednych i potrzebujących, o byciu razem – to uniwersalne wartości.

Nie dajmy się pochłonąć konsumpcjonizmowi, który żeruje na dziecięcych marzeniach…Budujmy świąteczne wspomnienia, których podstawą będzie rodzina, a dopiero potem upragnione prezenty ;-).

Święty Mikołaj

 

Co Wy myślicie o Świętym Mikołaju? Pielęgnujecie tę tradycję w Waszych domach? W jaki sposób celebrujecie ten wyjątkowy czas?

Dziękuję za odwiedziny. Jeśli podoba Ci się ten post i uważasz, że może być przydatny, to udostępnij go swoim znajomym na Facebook'u. Podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami w komentarzu poniżej postu. Informacje od Was są dla mnie ważne, gdyż pomagają mi się rozwijać.