samoakceptacja

Doskonale niedoskonali. Dlaczego nie potrafimy zaakceptować siebie

Każdy z nas miewa gorsze i lepsze dni, w zależności od naszego nastawienia świat wydaje się bardziej lub mniej przyjazny. Podobnie sprawa się ma z podejściem do siebie samego, bywa, że nie cenimy siebie zbyt wysoko. To zupełnie naturalne i nie ma w tym nic dziwnego ani złego, że mamy wątpliwości na swój temat, że nie wszystkie cechy naszego charakteru czy wyglądu nam się podobają. Co innego natomiast jeżeli popadamy w skrajny samo zachwyt, bądź ciągłą pogardę, to może świadczyć o występowaniu pewnych zaburzeń, które szerzej opisze innym razem.

To na co powinniśmy zwrócić uwagę, to odróżnienie chwilowego obniżenia nastroju i gorszego samopoczucia, od permanentnego krytykowania siebie, umniejszania swojej wartości i zatruwania sobie prostych życiowych przyjemności. Gdy tak się dzieje do gry wkraczają kompleksy, które swym zasięgiem przekraczają okazjonalne niezadowolenie.

Czym zatem jest samoakceptacja?

Posługując się określeniem samoakceptacji, nie mam na myśli skrajnego naturalizmu, głoszącego hasło „jakim mnie Panie stworzyłeś, takim mnie masz” i pałania zachwytem do nóżek prezentujących się niczym te u sarenki (i nie chodzi o ich zgrabność). Nie jest to również egotyzm, gdzie zachwytem napawałby nas każdy oddech wydobywający się z naszej „boskiej piersi”. Co to, to nie…

Samoakceptacja to pogodzenie się z tym, jacy jesteśmy, z naszą prawdziwą naturą, wolną od idei i wyobrażeń na temat tego, kim jesteśmy lub kim powinniśmy być. To danie sobie przyzwolenia na popełnianie błędów i wyciąganie z nich wniosków.  Akceptacja to coś więcej niż tolerancja, to obiektywne spojrzenie na sytuację, realna ocena. Co ciekawe, akceptacja to również wstęp do zmian, bo nawet jeśli w danej chwili rzeczy są takie, jakie są, a nie takie, jakie chcielibyśmy, żeby były, to wszystko może ulec zmianie.

Może się wydawać, że to nic wielkiego, to żaden problem spojrzeć w lustro i pomyśleć „lubię siebie i swoje życie”. A jednak dla wielu z nas nie jest to proste, wręcz przeciwnie, wydaje się być nieosiągalne. Istnieje wiele przeszkód, impulsów, bodźców, które wpływają na nas, nasze zachowanie i na to, jak postrzegamy siebie i otaczający nas świat.

Kim jesteśmy?

Kiedyś usłyszałam zdanie, które zapadło mi w pamięci:

To, co wiemy o sobie, to obrazy, spostrzeżenia i wyobrażenia na nasz temat, które przekazują nam inne osoby. Dlatego myśląc, że nie lubisz siebie, tak naprawdę czujesz niechęć do tych, nierzeczywistych wyobrażeń na swój temat, a nie do swojego, prawdziwego „ja”.

Niesamowitą trudność stanowi osiągnięcie takiego poziomu świadomości, by zdać sobie z tego sprawę.

Nie łatwe jest również danie sobie przyzwolenia na bycie sobą, na zrzucenie przebrania, w które ubierano nas przez lata, które nas uwiera w tyłek i w którym nie jest nam do twarzy.

samoakceptacja_niska_samoocena

W pogodni za ideałem

Perfekcja, dążenie do ideału i porównywanie się z innymi to prosta droga do frustracji, niezadowolenia i kompleksów. Jak wskazują badania, nie trzeba się wielce wysilać, żeby się ich nabawić, gdyż kompleksy mogą dotyczyć praktycznie każdej sfery naszego życia, wystarczy tylko dać im pożywkę, by z łatwością zagościły w naszych głowach. To, czego dotyczą najczęściej to: własna kultura, umiejętność poprawnego wysławiania się, zdolności intelektualne i wygląd.

Kanony, trendy, zasady

Samoakceptacja wymaga od nas dużej świadomości i pracy. Trudno jest poczuć się dobrze z samym sobą, dostrzec, to jacy jesteśmy naprawdę, kiedy od wczesnego dzieciństwa, zewsząd doświadczamy różnorodnych nacisków, borykamy się z postawionymi zadaniami, dopasowujemy do istniejących trendów.

Na naszą samoocenę i postrzeganie siebie ma wpływ wiele zmiennych: edukacja, wychowanie, opinie innych osób na nasz temat, presja mediów i kultury, a także nasza skłonność do osądzania. Lubimy osądzać innych, ale również siebie – wtedy też często bywamy dla siebie zbyt surowi.

Dlaczego tak ciężko zaakceptować siebie?

Rodzimy się w społeczeństwie, w którym funkcjonowanie opiera się na społecznym uznaniu słuszności naszego postępowania i zewnętrznym potwierdzeniu wartości. W efekcie od początku koncentrujemy się i dążymy do uzyskania akceptacji naszego otoczenia, spełnienia oczekiwań, dopasowania się do obowiązującego kanonu, trendu czy stylu (więcej na ten temat przeczytacie tutaj >> klik).

Jako dzieci darzymy bezgranicznym zaufaniem naszych rodziców, polegamy na ich opinii i słuchamy wskazówek. Kłopociki pojawiają się, gdy wskazówki zmieniają się w nakazy, a nasze pragnienia ustępują miejsca spełnianiu oczekiwań naszych bliskich.
Któż z nas nie zna historii dzieci realizujących niespełnione marzenia swoich rodziców i zaspakajających ich wyśrubowane ambicje (o niewystarczająco dobrych dzieciach przeczytacie tutaj).

Przecież niedopuszczalne jest, żeby w prawniczej rodzinie, latorośl mogła poświęcić się akrobatyce artystycznej…

Samoakceptacja vs opinia innych

W taki oto sposób, niepostrzeżenie szala samoakceptacji przechyla się w kierunku zewnętrznego warunkowania, zależnego od oceny i poglądów innych osób. W coraz mniejszym stopniu liczy się to, co sami o sobie myślimy i na co mamy ochotę, a coraz ważniejsza jest dla nas opinia innych osób.

Zastanawiamy się, jak nas ocenią? Jakie wrażenie na nich zrobimy? Czy nas zaakceptują, polubią? Zaczynamy spoglądać na siebie przez pryzmat dopasowania do ich wyobrażeń na nasz temat.
Im dłużej tkwimy w schemacie takich zachowań, tym trudniej jest nam je zmienić. Oceniając i krytykując siebie, nieustannie próbując dopasować się do tego, co jest uznawane za „właściwe”, wpędzamy się w stan ciągłego niezadowolenia. Jak długo można żyć w pogoni za wyimaginowanym sobą?

Spoglądając na to z boku, wypadałoby się zastanowić nad tym, czym jest to „właściwe”, pożądane przez innych „ja”? Kto ustala i decyduje o tym, co jest odpowiednie, a co nie? Na jakiej podstawie i dlaczego?

Pytań pojawia się niezliczona ilość. Jednoznacznych odpowiedzi brak.

Co się dzieje w sytuacji, gdy warunkujemy swoją samoocenę od akceptacji osób, które również nie akceptują samych siebie?

Czy w ten sposób przyczyniamy się do powstawania pozornie doskonałego społeczeństwa, powierzchownego i nieautentycznego? Wszyscy udajemy, że jesteśmy kimś, kim w rzeczywistości nie jesteśmy…

Wow trudne to spełnianie cudzych oczekiwań…można się pogubić, kto tu w końcu kim jest i co spełnia? Hmm…

Koniec końców kręcimy się w kółko, próbując zadowolić kogoś, kto tak naprawdę nie istnieje. Wszystkie kryteria, stanowią subiektywne pomysły i wyobrażenia innych osób, które przed laty zostały w nas wkodowane niczym schemat, a teraz systematyczne są podsycane.

Być człowiekiem...

Słyszałam kiedyś, że rzemieślnicy tkający przepiękne dywany w Maroku zawsze wplatają w swoje dzieła jedną „fałszywą” nitkę na znak tego, że idealny może być tylko Bóg, nie człowiek. Podobny wydźwięk ma zwrot powtarzany w obliczu niepowodzenia, mówiący „nie przejmuj się, przecież jesteś tylko człowiekiem”. Uznanie człowieczeństwa polega na zrozumieniu faktu, że nie jesteśmy doskonali i mamy prawo do popełniania błędów. To wcale nie oznacza, że jesteśmy nieudacznikami (choć czasem możemy się tak czuć) lub, że nie zasługujemy na kolejną szansę i na to, co przynosi nam kolejny dzień.

samoakceptacja, kobieta

Uczucia zwątpienia, beznadziejności, niewystarczalności są naturalnie wpisane w ludzkie funkcjonowanie i świadczą o nadchodzących zmianach i rozwoju. Dotyczą każdego z nas, również osób o wysokim poczuciu własnej wartości, które też mają wątpliwości na swój temat i ponoszą porażki. To, co odróżnia je od osób o niskiej samoocenie, to umiejętność wzięcia na klatę zaistniałej sytuacji. Zwyczajnie akceptują porażki, uznają je za kolejne doświadczenie, a fakt, że są niedoskonali w pewnych sprawach, nie wpływa na ich ogólne mniemanie o sobie.

Doskonale niedoskonali

Gdy przychodzimy na świat, jesteśmy autentyczni. Jako dzieci nigdy nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy, chcemy bawić się, odkrywać świat, kochać. Nikt nas tego nie uczy, tacy po prostu jesteśmy. Wszystko jest tak, jak być powinno, do momentu, w którym na etapie socjalizacji poprzez edukację i kulturę dowiadujemy się, co należy robić, by zostać „kimś” …

No tak, to nieoceniona wiedza, bo któż z nas nie chciałby być „kimś”? Yhyyyy, a właściwie „kimś”, czyli kim mielibyśmy zostać?

Nasuwa się również kolejne pytanie: Czy powyższe oznacza, że bez tej całej otoczki jesteśmy nikim?

Podświadomie otrzymujemy komunikat, że musimy się przystosować, by spełniać określone, społeczne standardy, wtedy będziemy uchodzić za kogoś… no właśnie za kogoś - tam będziemy uchodzić 😉.

Wprowadzę nieco przekory, bo może warto zmienić sposób myślenia o sobie?

Może warto dostrzec i nie obawiać się, przyznać, że jesteśmy idealni i doskonali.

Nie chodzi tu o skrajne przekonanie o swojej zajebistości. Tylko o to, że jesteśmy wystarczająco dobrzy – tacy, jacy jesteśmy. Prości, zwykli, naturalni, spontaniczni…autentyczni. Jesteśmy tacy, jacy powinniśmy być. Czyż nie wtedy właśnie jesteśmy „kimś”, bo jesteśmy sobą?

W jaki sposób pracować nad samoakceptacją?

  • Zacznij spoglądać na siebie i myśleć o sobie w bardziej przychylny sposób. Nie ma osób, które nie popełniają błędów. To, co wydaje Ci się Twoją słabością bądź wadą, może okazać się Twoim atutem, mocną stroną i cechą charakterystyczną.
  • Zrób bilans, zapisz wszystkie swoje mocne strony. To ten czas, kiedy nie powinnaś być skromna, nie umniejszaj swoich zalet.
  • Przestań zastanawiać się nad tym, co pomyślą inni. Teraz najważniejsze jest to, co ty myślisz i czujesz. Wysłuchaj się w siebie i swoje potrzeby.
  • Staraj się nie porównywać z innymi. Jeśli chcesz, to porównuj się tylko do siebie samej. Pozwoli Ci, to monitorować swój rozwój i efekty pracy nad sobą.
  • Pozwól sobie popełniać błędy i naucz się wyciągać z nich wnioski.
  • Ujarzmij swojego wewnętrznego krytyka. Pracuj nad tym, by nie być dla siebie zbyt wymagającą.
  • Pamiętaj, że pracując nad sobą, rozwijasz swoje umiejętności, możesz być coraz lepszą, jeśli tylko zechcesz.

To, w jaki sposób postrzegamy siebie, kim naprawdę jesteśmy, jest niezwykle ważne dla naszego komfortu psychicznego i dobrego samopoczucia. Dostrzeżenie siebie i zaakceptowanie takim, jakim się jest, pozwala wyznaczać i realizować własne cele, marzenia i pragnienia. Pozwala odnaleźć wewnętrzne, życiowe powołanie, zawalczyć o spełnienie, satysfakcję, szczęście i spokój. Wreszcie daje możliwość przeżycia swojego życia, według własnych reguł, pozostających w zgodzie z naszym prawdziwym „ja”.

Jakie są Wasze doświadczenia z poczuciem wartości, samoakceptacją i pewnością siebie?
Podzielcie się ze mną nimi w komentarzu poniżej tekstu.

Ściskam,

Karolina

 


dlaczego ludzie zdradzają

Dlaczego ludzie zdradzają? Anatomia niewierności

Czy choć raz zadaliście sobie pytanie, dlaczego ludzie zdradzają swoich partnerów? Jestem pewna, że tak. Zachodzimy w głowę co robić albo wręcz przeciwnie, czego nie robić, by zdrada była tylko zasłyszaną opowieścią, której nie będzie nam dane doświadczyć. W jaki sposób uniknąć tego nieprzyjemnego doświadczenia? Czy to w ogóle możliwe?
Niewierność jest jednym z tych zachowań, które niemal każdy z nas miał, ma bądź będzie miał szanse doświadczyć. Oczywiście nie jest powiedziane po której stronie przysłowiowego kija się znajdziemy, koniec końców niesie ona ze sobą mnóstwo burzliwych i skrajnych emocji. W związku z tym, że zdrada stanowi tak częsty dylemat, stała się również przedmiotem wielu różnorodnych badań. Do jakich wniosków doprowadziły one ekspertów? O tym przeczytacie poniżej 😉.

Społeczne przyzwolenie

W kontekście kultury i społecznego przyzwolenia na określone zachowania jedno jest pewne, że niczego nie możemy być pewni. Nie ma stałych zasad, które wraz z upływem czasu byłyby uniwersalne i niezmienne. Zwróćcie uwagę jak na przestrzeni lat zmienia się kulturowe podejście do wartości rodziny, znaczenia małżeństwa czy trwałości złożonego przyrzeczenia.

Żyjemy w czasach wszechobecnego ekshibicjonizmu, kultu szczęścia, samorealizacji i hedonistycznego sposobu na życie. Ma to niewątpliwie wpływ na stawiane priorytety i wyznawane wartości. W kontekście społeczeństwa i jego podejścia do relacji zmieniło się bardzo wiele. Istnieje społeczne przyzwolenie dla rozwodów, otwartych związków, a mimo to ludzie nadal zdradzają. To co najbardziej zaskakujące to, to, że bardzo często zdradzają, nawet będąc szczęśliwymi w swoich związkach. To trudne do wyobrażenia, ale tak się dzieje. Nie sposób nie zadać pytania, dlaczego tak jest i czym w związku z tym jest zdrada?

Zdrada, czyli co?

Definicja zdrady cały czas zmienia swoje brzmienie. Dla każdego z nas jest czymś innym, ale w większości przypadków bierzemy pod uwagę podobne argumenty. Wraz z rozwojem technologicznym, poszerzył się obszar niewierności. W ostatnich latach pojawiła się możliwość wirtualnej zdrady za pośrednictwem smsów, portali społecznościowych, sekretnych spotkań internetowych, oglądania pornografii. Mogłabym wymieniać w nieskończoność, bo ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia. W związku z tym, że nie ma jednoznacznej definicji zdrady szacunkowe dane dotyczące ilości zdradzających różnią się znacząco, bo wynoszą od 26% do 75%. Też mi widełki 😉

dlaczego ludzie zdradzają sms

Z mojej perspektywy zdrada to forma ukradkowego związku, którego elementem jest jakiś stopień więzi emocjonalnej, czemu towarzyszy alchemia seksualna. Przyznam, że owa alchemia jest kluczowym punktem tego opisu, gdyż dreszcz erotyczny wyimaginowanego pocałunku ma moc i czar wielu godzin fizycznych igraszek (potwierdzono to również wynikami badań). Wielu z Was zapewne zgodzi się z tym, że zdrada emocjonalna bywa bardziej dotkliwa niż ta fizyczna. Marcel Proust powiedział: „To nasza wyobraźnia odpowiada za miłość, a nie druga osoba.” – jest w tym sporo prawdy.

Dlaczego zdrada tak boli

Z jednej strony zdrada nigdy nie była łatwiejsza, z drugiej natomiast nigdy nie było trudniej utrzymać jej w tajemnicy. Jednocześnie niewierność nigdy nie zbierała takiego żniwa psychicznego.

Gdy porównamy to, jak było kiedyś z tym, jak jest dzisiaj dopatrzymy się dwóch kluczowych elementów. Dawniej, gdy małżeństwo było przedsięwzięciem ekonomicznym, niewierność zagrażała bezpieczeństwu ekonomicznemu jednej ze stron. Najczęściej dotyczyło to kobiety, która zajmowała się domem i dziećmi nie zarabiając realnych pieniędzy. Dziś, kiedy zawieramy związki z romantycznych pobudek niewierność zagraża naszemu emocjonalnemu bezpieczeństwu.

Wiecie, gdzie tkwi największa ironia? 

Kiedyś uciekano się do cudzołóstwa w poszukiwaniu prawdziwej miłości. Dziś, obecną w małżeństwie miłość, niszczy owe cudzołóstwo.

Dzisiejsza niewierność…

Nie ma wątpliwości, że zdrada rani dziś inaczej. Mamy romantyczny ideał związku i ukochanej osoby, od której oczekujemy zaspokojenia mnóstwa, różnorodnych potrzeb. Bycia najlepszym przyjacielem, najwspanialszym kochankiem, najlepszym rodzicem, zaufanym powiernikiem, partnerem intelektualnym, towarzyszem emocjonalnym i zabawnym kumplem. Związek zaspakaja również nasze oczekiwania względem poczucia wyjątkowości, niezastępowalności i bycia tą jedną jedyną. Czego natomiast dowiadujemy się w momencie zdrady? Tego, że wszystko to na czym opieraliśmy naszą relację, co stanowiło fundament naszego życia emocjonalnego pękło niczym bańska mydlana…

Choć zdrada zawsze bolała, dzisiaj bywa traumatycznym przeżyciem, ponieważ zagraża poczuciu naszej wartości, samoocenie i własnemu „ja”.

Zapewne nie zaskoczę Was stwierdzeniem, że nigdy wcześniej nie byliśmy bardziej skłonni do zdrady. Nie dlatego, że mamy dziś inne oczekiwania czy większą dostępność pokus, ale przede wszystkim przez społeczne przyzwolenie dla podążania za pragnieniami. Przez hedonistyczną kulturę, w której oczywistym jest, że przysługuje nam szczęście, bez względu na wszystko i wszystkich. Kiedyś kończyliśmy związki, bo byliśmy nieszczęśliwi, dziś rozwodzimy się, bo chcemy być bardziej szczęśliwi.

Dawniej rozwód był powodem do wstydu, swoistą porażką. Dzisiaj oznaką słabości i powodem w do wstydu jest pozostawanie w związku, który nie daje nam „pełni szczęścia” na które przecież zasługujemy.
Tylko, czy na pewno dobrym wyborem jest podążanie tylko za swoimi pragnieniami? Gdzie podział się kompromis, rozmowa i wartość rodziny?

Skoro rozstanie nigdy nie było tak proste, a rozwód nie stanowi problemu, to dlaczego nadal zdradzamy?

Gen niewierności

Dopuszczając się zdrady zazwyczaj zakładamy, że coś jest nie tak ze związkiem, w którym jesteśmy bądź z naszym partnerem. Czy jest tak rzeczywiście? Kto ponosi winę? Przecież miliony zdradzających ludzi nie może stanowić patologii… prawda?

Tu z pomocą przychodzą nam genetycy i neurobiolodzy. To oni zaczęli przyglądać się zdradzie w innym kontekście niż ten społeczny.

W poszukiwaniu genu niewierności przeprowadzono szereg badań. Profesor Larry Young z Emory University w Atlancie za idealny obiekt analiz uznał norniki, maleńkie gryzonie podobne do myszy. Wybór ten nie był przypadkowy. Te dwa gatunki norników: preriowe i górskie, wyglądają niemal identycznie, natomiast pod względem relacji damsko-męskich, różnią się diametralnie. Samce nornika górskiego to lekkoduchy, które przy najmniejszej sposobności zmieniają partnerki, jak rękawiczki. Z kolei norniki preriowe są monogamiczne. Całe życie spędzają u boku jednej samiczki, pozostając jej wiernym nawet po jej śmierci.

Co zatem decyduje o ich tak odmiennym podejściu do partnerstwa i wierności?

Okazało się, że winowajcą całego tego zdradliwego zamieszania jest Gen V1aR. Ma on wpływ na produkcję hormonu wierności małżeńskiej - wazopresyny. Hormon ten odpowiada za jakość relacji seksualnych oraz zdolność zapamiętywania wspólnie spędzonych, przyjemnych chwil. Zależność jest prosta im więcej wazopresyny, tym mniejsza tendencja do skoków w bok. Z tego wynika, że powinniśmy poszukiwać partnerów będących jak norniki preriowe, które są wierne, chętnie opiekują się partnerką i potomstwem. Strzeżmy się natomiast norników górskich. 😉

Poszukiwania odpowiedzi o przyczynę zdrady nie zakończyły się na nornikach. Kolejne badania, przeprowadzone przez Hasse Waluma ze sztokholmskiego Karolinska Institutet, udowodniły, że wazopresyna podobnie działa na mężczyzn.  Okazało się, że im więcej kopii tego genu posiada mężczyzna, tym słabszy wpływ wazopresyny na mózg, a tym samym większe ryzyko zdrady.

dlaczego ludzie zdradzają łóżko

Nie wszystko jednak stracone 😉

Oksytocynę poproszę

Jak się niedawno okazało nawet z zagorzałych „skoczków” można zrobić wiernych partnerów.

W jaki sposób? Z badań przeprowadzonych przez René Hurlemann z uniwersytetu w Bonn wynika, że wystarczy zaaplikować im oksytocynę, hormon przywiązania i czułości. Mężczyźni, którzy go dostawali, a byli w stałych związkach, nie byli zainteresowani innymi kobietami, nawet tymi bardzo atrakcyjnymi i kuszącymi.

Czy też po głowie kołacze Wam pytanie – skąd wziąć tę oksytocynę?  :-D

Dopamina - ona temu winna

Niestety na tym nie koniec wpływu genetyki na nasze zachowanie. O skłonności do zdrady decyduje jeszcze jeden gen – oznaczony symbolem DRD4. Wpływa on na produkcję dopaminy, hormonu, który sprawia, że podczas uprawiania seksu odczuwamy przyjemność podobną do tej, jakiej dostarczają nam używki np. narkotyki, alkohol itp. Nie mam dobrych wiadomości…gen ten jest dość powszechny, posiada go aż 50 % z nas. Zatem mamy tylko połowę szans na to, że natura nie będzie nas wiodła na pokuszenie.

Zagadka namiętności

Logika podpowiada, że jeśli w domu niczego nam nie brakuje, nie powinniśmy mieć potrzeby szukania wrażeń na zewnątrz. Gdyby tak właśnie było, to żylibyśmy w niemal idealnym świecie. Wiadomym jest, że z biegiem lat, sytuacja w związku wygląda różnie. Dochodzi do ostudzenia namiętności, dawny żar ulega wypaleniu. No właśnie, dlaczego tak się dzieje? O co chodzi z wspomnianą namiętnością? Czyży miała ograniczony okres przydatności? Skoro nawet szczęśliwi ludzie zdradzają, to gdzie tkwi przyczyna niewierności?

Wiemy o tym, że częściowo za niewierność odpowiedzialne są geny. Jednak to nie wszystko. Jest jeszcze – wspomniana wcześniej dopamina. To ona jest nieodłącznie związana z namiętnością. W jaki sposób? Otóż podczas pierwszego kontaktu fizycznego nasz mózg zalewa fala dopaminy, stąd uczucie rozkoszy, którą nazywamy namiętnością. Niestety szybko się przyzwyczajamy i wraz z każdym następnym zbliżeniem, w takich samych okolicznościach, z tą samą osobą wydzielanie tego hormonu słabnie. Stąd czerpiemy z seksu mniejszą przyjemność, organizm zapewnia nam mniejszą dawkę „hormonalnego haju”. Jednocześnie posiadając w pamięci wcześniejsze doświadczenia pojawia się niedosyt i przemożne pragnienie, by znowu wznieść się na wyżyny przyjemności. Dlatego te osoby, które mają ku temu genetyczne predyspozycje, częściej poszukują dodatkowych podniet. Szybkiego i intensywnego wydzielenia dopaminy dostarcza nam nowy partner. Dodatkowo z każdą dawką dopaminy osłabia się działanie oksytocyny (pamiętacie? Hormonu odpowiedzialnego za wierność), która niczym obrączka wiąże nas ze stałym partnerem. Wtedy to już prosta droga do zdrady, to ten moment, gdy przekroczenie granicy zachodzi niemal automatycznie.

dlaczego ludzie zdradzają związek małżeniski

Nie ma co się oszukiwać, monotonia w związku sprawia, że tracimy ochotę na figle w tym samym towarzystwie i zaczynamy rozglądać się za innym partnerem do zabawy. Zachowanie to ma nawet swoją nazwę - efekt Coolidge’a.

Romans – czyli co?

Nie ma wątpliwości, że romanse pozamałżeńskie są aktem zdrady. Jednocześnie bywają też wyrazem tęsknoty. Tęsknoty i pragnienia więzi emocjonalnej, nowości, wolności, autonomii, intensywnej seksualności. Pragnienia odzyskania utraconej części siebie albo próba przywrócenia witalności i podniesienia samooceny – stąd te kryzysy wieku średniego…

Wbrew pozorom w zdradzie chodzi nie tyle o seks, ile o wspomnianą wcześniej namiętność, pożądanie, pragnienie uwagi, potrzebę poczucia się kimś szczególnym, kimś ważnym i wyjątkowym. Sama struktura zdrady, nieosiągalność kochanka, wzmaga pragnienie. To właśnie mechanizm pożądania, bo niekompletność i dwuznaczność sprawiają, że pragniemy tego, czego nie możemy mieć.
To tak samo jak z trawą, która u sąsiada wydaje się bardziej zielona. Coś czego nie mamy, nie możemy mieć, nie jest nasze – jest lepsze…
Dziwne? Mniej niż moglibyśmy przypuszczać – to złudzenie, to zwyczajna reguła niedostępności.

Zdrada…i co dalej

Prawda jest taka, że niektóre romanse to dzwony pogrzebowe dla już nieistniejących związków – tzw. gwóźdź do trumny. Inne otwierają nowe możliwości. Koniec końców jednak większość par, które doświadczyły zdrady, zostaje razem.
Każda zdrada zmienia definicję związku i każda para zdecyduje, jak będzie wyglądało ich życie po przekroczeniu granicy niewierności. Niestety zdrada nie przestaje istnieć, gdy już raz do niej dojdzie na zawsze wyryje rysę w naszej historii.

Dyskusje i rozmyślenia dotyczące miłości, namiętności i pożądania nie pozwalają na odnalezienie jednoznacznych odpowiedzi. Nie jesteśmy w stanie określić sztywnych ram i kategorii jak: złe, dobre, białe, czarne, zdradzeni i zdrajcy. Zdrada w związku przybiera wiele postaci. Ta cielesna – seksualna to tylko jedna z nich. Pogarda, zaniedbanie, obojętność czy przemoc to kolejne jej oblicza. Innymi słowy, ofiara zdrady nie zawsze jest ofiarą małżeństwa. Może ona wystąpić w zupełnie odmiennej relacji dwojga ludzi.

Wbrew pozorom większość z nas będzie miała dwa albo trzy małżeństwa. Niemożliwe? Wręcz przeciwnie. Clou w partnerze. Niektórzy z nas doświadczą nowego związku z tą samą osobą, inni z nowym partnerem.

W trudnej, podbramkowej sytuacji pozostaje zadać sobie pytanie: „Czy po zakończeniu pierwszego związku, chcemy razem stworzyć drugi?" W miłości nie obowiązuje zasada: „Nie wchodź dwa razy do tej samej wody”.
To kwestia naszych pragnień, uczuć, przekonań i wiary, które nie dają jednoznacznej odpowiedzi…

Jakie są Wasze refleksje dotyczące ludzkiej niewierności? Podzielcie się nimi w komentarzu poniżej tekstu.

Może zainteresują Cię poniższe teksty:

8 kroków do wartościowego małżeństwa

5 sposobów, aby zniszczyć udany związek

 

Do następnego przeczytania,
Karola


bunt_trzylatka

10 zwrotów, które pomogą Ci nawiązać kontakt z dzieckiem podczas kłótni

Każdemu zdarzają się takie dni, kiedy przytłacza nas rodzicielska rzeczywistość. Znacie ten stan, gdy maluch śpi tylko na naszych rękach, a każda próba odłożenia śpiącego leniwca kończy się przebudzeniem. Trzylatek natomiast średnio, co pięć minut wpada w furię, rzucając zabawkami gdzie popadnie, a każde słowo wypowiedziane do 8-latki sprawia, że oddala się ona od nas jeszcze bardziej?

Wiadome jest, że nocne igraszki niemowlęcia nie mogą trwać wiecznie, a napady złości, to jedna z faz rozwoju, która w mniejszym lub większym stopniu dotyka każdego dziecka. Jednak, gdy dochodzi do kumulacji zmęczenia, lepsze jutro wydaje się być niedoścignionym marzeniem, a utrzymanie nerwów na wodzy nierealnym osiągnięciem.

Niczym na bezludnej wyspie, na której wcale nie chcesz być

Czy nie masz wrażenia, że gdy po raz kolejny nie możesz dojść do porozumienia ze swoim dzieckiem, to tak, jakby ono znajdowało się na wyspie, a ty na stałym lądzie i dzieliły was fale wzburzonego oceanu? Mając do wyboru stały ląd bądź wyspę, zazwyczaj bardziej komfortowo czujemy się, gdy mamy pewny grunt pod nogami.
Tymczasem w chwilach, którym towarzyszą gwałtowne emocje, nasza pociecha stąpa samotnie, po niepewnych piaskach, nieznanej wyspy. Każdy nasz uszczypliwy komentarz czy kategoryczne polecenie, są niczym przypływ zalewający ostatnie fragmenty suchego lądu.

Podczas awantury, naszego brzdąca zalewana fala emocji, w związku z tym desperacko łapie się, każdego z sobie znanych zachowań, reakcji, byle tylko wyrzucić je z siebie i utrzymać się na powierzchni.
W takich chwilach gniew, frustracja, złość dopadają również nas – dorosłych. Szczególnie w sytuacji, gdy dziecko w ataku furii niewłaściwie się do nas odzywa, a zachowaniem przypomina diabła tasmańskiego.

„O nie! Nie możemy sobie na to pozwolić, na brak szacunku, nie tak go przecież wychowujemy...”

Tkwiąc w tej trudnej sytuacji, nie jesteśmy w stanie złapać dystansu i spojrzeć na nasze dziecko jak na małego człowieka stojącego, pośrodku wyspy, gdzie wzburzone fale, coraz mocniej uderzają w jego stopy. W takich chwilach jest on bezradny, samotny, nie potrafi zapanować nad tym, co się z nim dzieje. Hormony stresu zalewają jego mózg. Dlatego też nie potrafi logicznie myśleć. Nie dostrzega, że z każdym agresywnym zachowaniem buduje mur i odsuwa się od nas.

Z drugiej strony, nawet my, dorośli, doświadczeni, dojrzali, będąc w oku cyklonu, często nie potrafimy zachować zimnej krwi, złapać dystansu, zmienić perspektywy, opanować się. To dlaczego, oczekujemy od naszych dzieci, że to osiągną.

Czego Twoje dziecko potrzebuje od Ciebie

Gdy dziecko wpada w furie, a jego zachowanie stanowczo przekracza postawione przez nas granice, trudno jest znaleźć w sobie na tyle siły, by z jednej strony zapanować nad emocjami, a z drugiej być dla niego wsparciem.

Tymczasem, w tym momencie, właśnie tego potrzebuje nasz mały, kipiący emocjami wulkan. Potrzebuje naszej pomocy, aby przejść tę trudną emocjonalną drogę, by pozbyć się nieprzyjemnych hormonów stresu, ponieważ dopóki poziom kortyzolu jest wysoki, nie jest zdolny do racjonalnego myślenia.

emocje_dziecka

W chwilach takich jak ta, nasze dziecko nie potrzebuje niczego więcej prócz naszej empatii.

Tak wiem, że to bardzo trudne, ale niesamowicie skuteczne.

To nie takie proste

Skoro o hormonach stresu mowa, to w sytuacjach takich jak ta, nie ma możliwości, by również w nas one nie uderzyły. Czujemy się sfrustrowani, zirytowani, rozgniewani czy rozzłoszczeni. Nawet jeśli jesteśmy świadomi, że powinniśmy coś zrobić, aby dotrzeć do naszego dziecka, to emocje spowalniają zdolność jasnego myślenia. Wtedy nie potrafimy znaleźć odpowiednich słów czy gestów.

Nawet jeżeli przed samym sobą zaprzeczamy odczuwanej frustracji, to prędzej czy później tłumiona emocja powraca w bardziej intensywnej formie.

Poniżej znajdziecie listę zwrotów, które sprawdzają się w naszych potyczkach i które możecie wykorzystać w trudnych, rodzicielskich chwilach.

Zwroty, które pozwolą Wam nawiązać kontakt z dzieckiem podczas kłótni

Tych kilka propozycji możecie użyć, by wyrwać siebie i dziecko ze spirali negatywnych emocji, słów i zachowań.

Poniższe zwroty, nie są ładnie brzmiącymi zdaniami, które kiedyś, gdzieś usłyszałam. To propozycje przygotowane w oparciu o wiedzę dotyczącą funkcjonowania mózgu w chwilach emocjonalnego wzburzenia oraz psychologicznych strategii łagodzenia stresu.

Dlatego, następnym razem, gdy nie będziecie mogli porozumieć się ze swoją pociechą, oraz gdy będziecie mieli pustkę w głowie – wypróbujcie jedno, bądź kilka z poniższych zdań.

1. Powiedz mi, jak się czujesz.

Nakłonienie dziecka do opisania emocji, które odczuwa - nawet jeśli to tylko słowo lub dwa - odbiera moc, siłę, intensywność tej emocji. W ten sposób angażujemy przedczołową korę mózgową, która działa jak strażnik i pomaga nam zachowywać się, jak na dorosłego przystało, gdyż odpowiada za panowanie nad sobą.

2.Chcę zrozumieć, jak się czujesz.

Ponownie, prowokujemy naszego szkraba, do znalezienia słów opisujących, targające nim emocje. Bez wątpienia pomoże to załagodzić reakcję i przejść przez gwałtowne emocje. Jednocześnie tym zwrotem pokazujemy empatię, którą go darzymy. Empatia pozwala zbudować most między lądem, na którym stoimy, a wyspą, na której jest nasza pociecha.

Podczas komunikacji z dzieckiem bardzo ważna jest pozycja naszego ciała – powinniśmy zniżyć się do jego wysokości, patrzeć dziecku w oczy i naprawdę słuchać tego, co ci mówi.

3. Kocham Cię, nawet gdy czujesz złość...

Jestem pewna, że już wiesz, dlaczego to wyrażenie działa. Dzieci potrzebują naszej bezwarunkowej miłości, aby móc w pełni rozwijać się fizycznie i emocjonalnie. Ten zwrot pokazuje maluszkowi, że, nawet kiedy się nie dogadujecie, wciąż go kochasz.

Zamień „złość” – na tę emocję, którą dostrzegasz u dziecka, bądź o jakiej ono mówi podczas waszej rozmowy.  

4. Nie ma nic złego w tym, że czujesz wściekłość.

Jeśli nasze dziecko próbuje stłumić to, co czuje, to najprawdopodobniej w przyszłości, to uczucie się nasili i uderzy w jeszcze bardziej nieprzyjemny sposób. Emocje są naturalną częścią człowieczeństwa, nawet te niezbyt przyjemne. Każda z nich czemuś służy (więcej na ten temat przeczytacie tu => klik). Otwarcie dając przyzwolenie na okazywanie nawet tych niekomfortowych emocji, przekazujemy dziecku, kształtujemy w nim akceptację dla uczuć, a to pierwszy krok w stronę regulacji emocjonalnej.
Analogicznie, podczas rozmowy zmieniamy „wściekłość" na emocje, których doświadcza nasza pociecha.

5. Czy mogę Cię przytulić?

W trudnych, emocjonujących sytuacjach, w mózgu dziecka zachodzi wiele zmian, szczególnie uaktywnia się ciało migdałowate. Kiedy odczuwamy negatywną emocję, ciało migdałowate zaczyna działać jak nadreaktywny alarm samochodowy. Wtedy mózg zamyka się na logikę i interpretuje każdą drobnostkę jako zagrożenie. To dlatego, umoralniająca rozmowa z dzieckiem, gdy jest zdenerwowane, nie ma najmniejszego sensu, bo nie przyniesie żadnego pożytku.

przytulanie_dziecka

Dobra wiadomość jest taka, że przytulając malucha, zarówno on, jak i my otrzymujemy dawkę uszczęśliwiających związków chemicznych: oksytocyny i serotoniny. Oksytocyna zmniejsza reaktywność ciała migdałowatego. Pamiętaj jednak, by uścisk był czuły i trwał minimum 6 sekund (o tym, dlaczego, tak jest, napiszę już niebawem).

6. Weźmy razem głęboki oddech.

Głębokie i odpowiednie oddychanie pomaga zatrzymać reakcję stresową naszego organizmu i obniżyć częstość akcji serca. To jedna ze strategii, którą zarówno my, jak i nasze dzieci możemy wykorzystać w chwilach wzmożonego napięcia.

7. Jak mogę Ci pomóc?

Zadanie tego pytania sprawia, że ​​dziecko zaczyna się zastanawiać nad rozwiązaniami tej trudnej sytuacji, zamiast skupiać się na negatywnych emocjach. Żeby efektywnie myśleć, maluch musi zaangażować swoją korę przedczołową. Jeśli nawet nie jest w stanie się skupić, to sam fakt, że oferujemy mu pomoc, sprawia, że się nieco uspokoi.

8. Czy możemy zacząć od nowa?

To pytanie działa jak przycisk resetowania. Może się jednak zdarzyć, że przy pierwszych kilku podejściach spotka się z odmową. Warto jednak wytrwale próbować, gdyż to sformułowanie może okazać się kołem ratunkowym wybawiającym Was z nie jednej, rodzinnej opresji.

9. Przepraszam za ...

Każdy z nas jest tylko człowiekiem. Mamy prawo do popełniania błędów oraz do ich naprawiania. Nie ma lepszego sposobu na wykształcenie w dziecku takiej umiejętności jak pokazywanie mu tego na co dzień.

Zastanawiasz się "Jak to? Dlaczego? Przecież, to on zachował się niewłaściwie."

Warto jednak pamiętać, że to my jesteśmy rodzicami i to naszą rolą jest wprowadzić dziecko w emocjonalny świat. Być może sytuacja nie była tak jednoznaczna, jak nam się wydaje. Zastanówmy się, czy nie użyliśmy nieodpowiednich słów bądź tonu, czy nie przenieśliśmy frustracji z pracy do domu. A może puściły nam nerwy, ponieważ przez ostatnie trzy lata nie spaliśmy dłużej niż trzy godziny i zmęczenie wzięło górę?

Pamiętajcie jednak, że przeprosiny, które w swej konstrukcji zawierają słowo „ale” nie są skuteczne:

"Przykro mi, że straciłem panowanie nad sobą, ale powinieneś zachowywać się lepiej."
 Taka forma nie zadziała. Więcej na temat przeprosin przeczytacie tutaj => klik

10. Następnym razem będę...

Istotną częścią przeprosin jest obietnica zmiany na lepsze. Dlatego podczas przepraszania warto powiedzieć: 

„Przykro mi, że straciłem panowanie nad sobą, następnym razem postaram się zachować spokój".

Jak_nawiązać_kontakt_z_dzieckiem

Być może zainteresują Cię również:

Jakie są wasze sposoby na nawiązanie kontaktu z Waszymi pociechami?


kłótnia_w_związku

Doprowadzasz mnie do szału! O tym, co robić, by drobiazgi nie urastały do rangi wielkich problemów

To, że problemy dużego kalibru takie jak: niewiernośćprzemoc czy uzależnienie niszczą relacje międzyludzkie nie budzi żadnych wątpliwości.

Natomiast istnienie drobnych, z pozoru nieistotnych szczególików, które w ukryciu, podstępnie i skutecznie zatruwają nawet najpiękniejszą miłość – nie jest już takie oczywiste. Brudne skarpetki na podłodze, nieopuszczona deska sedesowa - dzień po dniu, niczym kropla w skale, drążą dziurę w naszej cierpliwości, wystawiając naszą relację na próbę. Zanim zdążymy się zorientować, obok podirytowania pojawia się poczucie niedocenienia, niewysłuchania i niekochania a intymność staje się wspomnieniem.

Myślisz sobie: 

„Co ma piernik do wiatraka? Przecież jedno z drugim nie ma żadnego związku.”

Otóż ma więcej wspólnego, niż może nam się wydawać i o tym właśnie jest niniejszy tekst.

Sprzeczki, spory, kłótnie to, że druga połówka działa nam danego dnia na puder, jest nieodłączną częścią związku. Tak zwyczajnie, po ludzku, nie jesteśmy w stanie znaleźć takiej istoty, z którą idealnie się dopasujemy pod każdym kontem.

Niezbędnymi narzędziami w rękach dwojga ludzi, podtrzymującymi bliską relację i budującymi trwałe więzi są: umiejętność komunikowania się a czasem nawet negocjowania. Wbrew pozorom, najczęstszymi przyczynami rozpadu związków nie są problemy wielkiej rangi, ale codzienne drobiazgi, w których rozwiązaniu mogłaby pomóc zwykła rozmowa.

Dlaczego tak się dzieje?

Każdy z nas ma odmienne wartości, potrzeby, oczekiwania i sposoby patrzenia na świat. Różnice te wynikają z genetycznie uwarunkowanego temperamentu, z przekonań, postaw i bagażu doświadczeń. Często myślimy: 

„Mój ojciec potrafił opuścić deskę sedesową, więc dlaczego on nie może?"
albo 
"Mój ojciec nigdy nie opuszczał deski sedesowej, więc ja też nie będę tego robił."

Bez względu na źródło przekonań, są one bardzo głęboko zakorzenione i trudne do zmienienia.

Czasami skarpetka na podłodze jest tylko skarpetą na podłodze. Jednak z biegiem czasu, szczególnie wśród par z długim stażem, drobiazgi mogą być przyczynkiem do sporego zamieszania. Wtedy „TYLKO” zmienia się w „AŻ”. To tak, jakby pojedyncze kostki lodu, składane jedna po drugiej, stały się górą lodową. Irytują Cię nogi wyłożone na stoliku kawowym? Takie zachowanie, mimo iż nieszkodliwe, może doprowadzać do szału ;-)

Ktoś tu płata figle

Wspomniane drobiazgi rosną w siłę, ponieważ w naszych umysłach nabierają innego znaczenia. Nadajemy im większą rangę, traktujemy jako potwierdzenie wady charakteru, albo negatywnych wartości.

Denerwujemy się, kiedy chcemy podzielić się czymś ważnym, a nasza połówka na fali podekscytowania, przerywa nam, by powiedzieć nam o swoich doświadczeniach. Biorąc pod uwagę tylko tę sytuację, wyłania się obraz osoby samolubnej i zawsze stawiającej siebie na pierwszym miejscu.

„Tak naprawdę nie mieszkasz z partnerem w swoim domu. Mieszkasz z partnerem w swojej głowie." - Van Epp

Gdy już nakręcimy się na coś, co nam przeszkadza, stopniowo zaczynamy szukać dowodów na potwierdzenie swojego założenia. Zaczynamy działać na zasadzie, samospełniającego się proroctwa. Oczywiście kto szuka, ten znajduje, więc nie zabraknie nam dowodów na potwierdzenie egoistycznego podejścia do życia.

Jeżeli chcemy zbudować wartościowy i trwały związek musimy popracować nad sobą i zmienić swoje podejście.

Co powinniśmy zrobić?

Każdy konflikt, podirytowanie jest niczym dwukierunkowa ulica. Zazwyczaj koncentrujemy się na tym, co otrzymujemy, a nie na tym, co sami dajemy.

Dlatego, niezależnie od tego, jak frustrujące jest zachowanie naszego partnera, to nasza interpretacja odgrywa w tym zamieszaniu największą rolę. Liczy się znaczenie, jakie mu nadajemy. Poniżej znajdziecie kilka najczęściej pojawiających się związkowych problemów.

Celowe działanie

Wyobraźmy sobie sytuację, w której dorastacie w domu, gdzie wasz tata chrapaniem jest w stanie obudzić połowę osiedla (ja nie muszę sobie tego wyobrażać ;-)). Zapytałam kiedyś moją mamę, jak udaje jej się to przetrwać (bo dla mnie to była kwestia przetrwania). Odpowiedziała z lekkim uśmiechem: 

„Kiedy słyszę jego chrapanie, nie mam wątpliwości, że jest w domu. Mam pewność, że żyje i ma się całkiem dobrze ;-).”

Sama uśmiecham się pod nosem podając ten przykład, pokazuje on jak duże znaczenie dla naszego funkcjonowania, ma sens, jaki nadajemy potencjalnemu problemowi.

Często dopatrujemy się tendencyjności w zachowaniach drugiej osoby, prawda jest jednak taka, że większość z nich przebiega bezwiednie, automatyczne i nawykowo.

Jak sobie z tym poradzić?

Jeśli bliska nam osoba posiada nawyk, który doprowadza nas do szału – pierwszym krokiem jest delikatna rozmowa na ten temat. Najprawdopodobniej jest tak, że nie miała pojęcia o tym, że nam to przeszkadza.

A co, jeśli prowadzone rozmowy nie przynoszą oczekiwanego rezultatu? Wygląda na to, że to odpowiedni moment, by podsumować sytuację, przeanalizować to, co posiadamy i co możemy stracić. Czy warto o to kruszyć kopię.

Często jest tak, że coś nam przeszkadza, lecz gdy tego zabraknie, zwyczajnie za tym tęsknimy.

Bałaganiarstwo

Porządek a raczej jego brak, to kolejny powód do sporów. Nie ma takiej relacji, w której każdy z partnerów byłby tak samo uporządkowany. Osiemdziesiąt procent par przyznaje, że różnice w podejściu do bałaganu i organizacji przestrzeni są ogniwem zapalnym w ich związku.

"Nigdy, nikt nie posprząta tak, jak sobie tego życzysz"

podział_obowiązków

Jeśli rozmowy nie przynoszą pożądanych efektów, pora przeanalizować swoje postrzeganie „niechlujstwa”.  Zamiast skupiać się na tym, jak bardzo niedokładnie partner sprząta łazienkę, warto docenić jego zaangażowanie w prace domowe. Zmiana perspektywy może nie tylko zmniejszyć drażniący problem, ale także poprawić relację.

Niedocenienie

Pozytywne nastawienie i życzliwość stanowią niezbędny budulec każdej relacji. Dzięki nim chętnie robimy rzeczy, które sprawiają przyjemność bliskim nam osobom. Jest nam szczególnie miło, gdy nasze wysiłki zostaną zauważone i docenione.

A co, jeśli tak się nie stanie? Jeśli nasz partner nie dość, że nie zauważa tego, co dla niego robimy, to jeszcze koncentruje się tylko na tym, czego NIE robimy?

Wówczas zniechęcamy się do bezinteresownych, miłych gestów, które wzmacniają związek. Zamiast docenienia, czujemy rozdrażnienie, rozczarowanie i niepewność.

Co zrobić w takiej sytuacji?

Wychodzę z założenia, że nie możemy oczekiwać i zakładać, że nasz luby będzie wiedział, jak powinien się zachować i co zrobić. Dlatego warto spróbować ocucić go ze stanu hibernacji i przedstawić jak sprawa wygląda z naszej perspektywy.

Zaraz, zaraz nie ma co, tak szybko otwierać szampana, bo pozostaje jeszcze druga strona medalu, w ramach której musimy popracować również nad sobą.

Warto wziąć pod uwagę fakt, że nasza percepcja działa wybiórczo. Często dostrzegamy rzeczy, które podświadomie nas dotykają, bo dotyczą sfer, w których czegoś nam brakuje. Być może nie czujemy się wystarczająco adorowani, zauważeni, dopieszczeni, wysłuchani?

Poczucie kontroli

Czas na kolejne, krótkie wprowadzenie. Dwoje ludzi postanowiło wspólnie zamieszkać. Dzień jak co dzień, On w salonie czytał gazetę, Ona w kuchni przygotowywała kolację. Wszystko było, jak należy, dopóki z kanapy nie padło zdanie: 

„Możesz mi podać szklankę wody?”

Riposta pojawiła się z prędkością światła: 

„Sam sobie przynieś"
– i w sumie tyle mogę powiedzieć o historii tego związku.

Myślicie sobie: 

„Jaki bezsens. Też mi powód” „Co w tym dziwnego, że ktoś prosi o wodę?”

No właśnie, dla większości z nas w tej prośbie nie ma nic dziwnego, a przyniesienie szklanki wody, nie stanowi żadnego problemu.

Tu po raz kolejny muszę się odwołać do naszych indywidualnych interpretacji, odbioru i reakcji na docierające do nas komunikaty. Wszystko zależy od naszych wcześniejszych doświadczeń, od znaczenia, jakie nadajemy temu, co usłyszeliśmy. No właśnie, temu, co usłyszeliśmy, a nie temu, co tak naprawdę zostało powiedziane.

Wspomniana wcześniej „Ona” odebrała zwykłą prośbę, jako rozkaz i próbę kontrolowania. Maiły na to wpływ wcześniejsze doświadczenia. Dorastała w wojskowej rodzinie, gdzie ojciec zawsze mówił domownikom, co i kiedy mają robić. Obiecała sobie, że nigdy, nikomu nie pozwoli się w taki sposób traktować. Rzecz jasna jej reakcja nie była adekwatna do sytuacji i gdyby „On” znał jej historie, rozmowa potoczyłaby się w inny sposób. Jednak emocje i niedopowiedzenia nie dały im szansy wyjaśnić tego, co tak naprawdę zaszło.

Z natury cenimy sobie niezależność, w związku z czym nie lubimy, gdy ktoś narzuca nam swoja wole lub mówi co mamy robić. Prawdziwym problemem w relacji może nie być zachowanie partnera, ale sposób, w jaki je etykietujemy. Może się zdarzyć, że to, co jedna osoba odbiera jako kontrolę, dla innej będzie wyrazem miłości i troski.

W takich sytuacjach z pomocą może przyjść nam zmiana nastawienia. Podjęcie próby przypisywania dobrych intencji działaniom naszej połówki.

Warto również zastanowić się co motywuje naszego partnera do pewnych zachowań. Może niechęć do naszych wyjść z przyjaciółmi, wynika z obawy przed porzuceniem?. Warto zadać sobie pytanie, czego potrzebuje bliska nam osoba, czego jej brakuje, że skłonna jest do takiego postępowania?

Brak sprawiedliwości

Jednym z najtrudniejszych aspektów w związku między dwojgiem ludzi jest negocjowanie sprzecznych interesów, które nieuchronnie się pojawiają.

Kto częściej sprząta mieszkanie? Z którymi rodzicami spędzimy tegoroczne święta?

Nie zaskoczę Was. Ponownie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ironia losu polega na tym, że pary, które próbują sprowadzić wszystkie obowiązki do tych samych proporcji, są najmniej szczęśliwe. Mimo iż działają w imię sprawiedliwości i wspólnego dobra. Badania wskazują, że gubi je tracenie czasu na skrupulatne mierzenie, weryfikowanie, porównywanie i kłócenie się o to, w którym miejscu należy postawić linię sprawiedliwości.

kłótnie_o_sprzątanie

Co w takiej sytuacji zrobić?

Nie jesteśmy w stanie rozliczyć się ze wszystkiego, co do joty. Ważniejsze jest to, aby każdy z nas w pewnym zakresie zyskiwał i „poświęcał” jakieś obszary swojego życia. Wskazane jest wręcz, by te obszary były odmienne, by partnerzy wzajemnie się uzupełniali. Dlatego, warto wprowadzić podział odpowiedzialności według preferencji i umiejętności. Eliminuje on wystąpienie rywalizacji i nie daje możliwości wzajemnego porównywania się.

Dobrym rozwiązanie jest również metoda „na zmianę”. Jak się okazuję, sprawdza się ona nie tylko w przypadku dzieci, ale również dorosłych. Zamiast szukać złotego środka, warto przyjąć taktykę naprzemiennego wsparcia.

Krytyka

Sprawa jest prosta 

jeśli chcesz doprowadzić do powolnej śmierci związku – krytykuj swojego partnera.

Krytyka sprawia, że czujemy się atakowani, niewystarczająco dobrzy, niekochani. Najczęstszą reakcją krytykowanej osoby jest wycofanie , zamknięcie się w sobie i brak zaangażowania. Dla niektórych z nas krytyka staje się sposobem przekazywania informacji o pożądanych zmianach. Jednak takie podejście rzadko przynosi oczekiwany efekt. Gdy czujemy się atakowani, nie jesteśmy zdolni do racjonalnego myślenia, nasz organizm instynktownie przełącza się w trym „walki-ucieczki” i koncentruje się na obronie.

Dlatego, rozmowy rozpoczynające się od krytyki najprawdopodobniej zakończą się kłótnią. Nie tylko jest ona destrukcyjna dla relacji, ale często nie porusza sedna sprawy. Większość krytykowanych zachowań nigdy się nie zmienia.

W budowaniu wartościowej i trwałej relacji warto przerzucić część uwagi na samego siebie. Przyjrzeć się swoim zachowaniom, reakcjom, dokonywanym interpretacjom. Być może okaże się, że wystarczy mała zmiana w naszym podejściu, by związek nabrał innych barw. Oczywiście relację tworzy dwoje ludzi i to, jak wygląda zależy od obojga partnerów. Jednak zanim zaczniemy wymagać zmiany od kogoś, warto najpierw przyjrzeć się sobie.

Tekst ten powstał w ramach cyklu „Dbam, bo kocham”, zainicjowanego przez Magdę z savethemagicmoments.pl i Dagmarę z bloga socjopatka.pl . Wpisując w mediach społecznościowych hasztag #DBAMboKOCHAM znajdziecie więcej tekstów napisanych w ramach tej inicjatywy.

Być może zainteresują Was również

Ściskam,
K

 

 


samoregulacja_u_dzieci

Najważniejsza umiejętność, której powinno nauczyć się każde dziecko

Jest jedna, kluczowa umiejętność, w której rozwoju każdy z nas powinien wspierać swoje dziecko. Przyznam, że nazywanie jej jedną umiejętnością jest trochę mylące, bo tak naprawdę, to zestaw umiejętności składających się na tę jedną kluczową. Tą główną i nadrzędną umiejętnością jest samoregulacja, czyli pewien rodzaj kontrolowania - zachowania, myśli, motoryki czy uczuć. Psychologicznie rzecz ujmując, powiem, że obejmuje ona funkcję wykonawczą (kontrola w mózgu),  regulację emocji (kontrola uczuć), a także regulację behawioralną (kontrola działań i ruchu).

Większość z was prawdopodobnie słyszała o teście marshmallow, który dotyczył właśnie samoregulacji.  W ramach badania prowadzący pytał małe dziecko (zazwyczaj w wieku od 3 do 5 lat), czy miałoby ochotę zjeść jedną lub dwie pianki. Było to pytanie retoryczne, bo któż nie chciałby jej skosztować, tym bardziej, kiedy leży niemal pod samym nosem ;-). Po zadaniu pytania, badacz opuścił pomieszczenie. Oczywiście byłoby to zbyt piękne, gdyby na tym miały się zakończyć dziecięce dylematy. Osoba prowadząca badanie utrudniała nieco podjęcie decyzji poprzez pozostawienie dziecku wyboru: „Możesz teraz zjeść jedną piankę lub poczekać, aż wrócę i wtedy dostaniesz dwie.”

W psychologii, owo czekanie nazwano „odroczeniem gratyfikacji" lub zdolnością do stłumienia impulsu (umiejętność oparcia się pokusie), aby osiągnąć długoterminowy cel.

Opóźnienie gratyfikacji jest jedną z umiejętności będących przejawem samoregulacji. Na przestrzeni lat, dopatrzono się silnego związku między nie uleganiem pokusie a większą towarzyskością czy lepszymi wynikami w nauce. Bez wątpienia umiejętność ta jest zasadniczym elementem sukcesu indywidualnego, społecznego i ekonomicznego.

Samoregulacja jest częściowo genetyczna – dlatego, niektórym dzieciom z łatwością będzie przychodziło rozwijanie tej umiejętności. Nie zmienia to faktu, że samoregulacji można się nauczyć i należy ją rozwijać przez całe życie.

Kontrolowanie impulsów leży u podstaw wszystkich umiejętności społecznych i poznawczych, których na przestrzeni lat uczą się nasze dzieci. Wszyscy chcemy, aby nasze pociechy zawierały wartościowe przyjaźnie, by nauka nie sprawiała im większych trudności, by z łatwością rozwiązywały pojawiające się problemy oraz cieszyły się z każdej wartościowej chwili. Prawda jest taka, że u podstaw każdej z tych rzeczy leży efektywna samoregulacja.

Jak nauczyć dziecko samoregulacji

Wsparcie w rozpoznawaniu wyższego celu

Zastanawiacie się, w jaki sposób, to zrobić? Z pomocą przyjdą na poniższe przykłady:

Zastanówmy się, dlaczego nie zabieramy zabawek naszym przyjaciołom?

  • Odpowiedź wydaje się oczywista: ponieważ chcemy się wspólnie z nimi bawić. (Cel nadrzędny)

Warto w przystępny sposób wytłumaczyć dziecku pewne zależności:

„Kiedy Majka przychodzi do nas, aby się pobawić, możecie wybrać kilka zabawek, którymi będziecie się bawić na zmianę. Możecie także pograć razem w gry planszowe. Po południu znowu będziesz miała wszystkie zabawki dla siebie."

Dlaczego nie rozmawiamy, gdy Pani nauczycielka czyta opowiadanie?

  • Ponieważ chcemy usłyszeć tę historię. (Cel nadrzędny)
„Kiedy Pani Asia czyta książkę, wszystkie dzieci są cicho, dzięki temu możemy usłyszeć opowiadanie. Później przyjdzie czas, kiedy będziesz mógł śpiewać i tańczyć." 

Dlaczego teraz nie zjemy urodzinowego tortu, który stoi na stole? 

  • Ponieważ to urodzinowe ciasto Tomka i nie chcemy, żeby było mu przykro, gdy nadejdzie czas zdmuchnięcia świeczek. (Cel nadrzędny)
„To jest tort urodzinowy Tomka. Trzymaj palce z dala od ciasta. Zaraz po zaśpiewaniu „Sto lat” zdmuchnie świeczki i będzie bardzo szczęśliwy. Ty również będziesz zadowolony, gdy będziesz mógł zjeść cały kawałek.”

samokontrola

Jak rozpoznać cel nadrzędny

Wyższy cel jest zazwyczaj związany z empatią, stosunkami społecznymi lub rozwijaniem nowych zdolności (byciem produktywnym).

Pierwszym krokiem jest wsparcie dziecka w rozpoznaniu wyższego celu. Ważnym jest, by pomóc maluchowi w odnalezieniu celu, który jest ważniejszy od obecnej pokusy.

Wykorzystywanie codzienności do nauki samoregulacji

Czekanie na prezenty świąteczne, na swoją kolej, by pobawić się cenną zabawką czy zachowanie spokoju, podczas czytania bajki, są przykładem sytuacji, które w naturalny sposób pozwalają trenować samoregulację. Takie sytuacje stanowią prawdziwe wyzwanie dla młodszych dzieci.

Najlepszym wsparciem, jakie możemy okazać maluchowi, jest wyjaśnienie oczekiwań, wskazanie nadrzędnego celu oraz pomoc w jego osiągnięciu.

Badania nad samoregulacją wykazały,  że w efektywności postępowania nie chodzi o to, aby dziecko posiadało silną wolę kontrolowania impulsów, ale o to, by miało wiele strategii wspierających regulację.

Jeśli maluch ma problemy z oczekiwaniem na swoją kolej, bardzo pomocne jest zastosowanie zegarka, stopera lub minutnika. Taka forma sprawia, że postawiony cel staje się bardziej realny i łatwiejszy do osiągnięcia.

W komunikacji z dzieckiem polecam zastąpienie zwrotu: „dzielenie się” na „na zmianę". Ta druga forma jest znacznie łatwiejsza do zaakceptowania, gdyż z góry zakłada tylko czasowe przekazanie zabawki innemu dziecku.

Gdy czekanie sprawia trudność waszej pociesze, warto zająć ją inną aktywnością – śpiewaniem piosenki, wymyślaniem historii. W ten sposób pomagamy jej budować strategie regulacji, z których będzie korzystała przez całe życie.

Akceptuj trudności, z jakimi wiąże się regulacja

Bez wątpienia, budowanie samoregulacji jest trudnym wyzwaniem nie tylko dla dzieci, ale również dla dorosłych. Naturalną reakcją jest sprzeciw, w takiej sytuacji – warto okazać zrozumienie dla emocji i zachowania. Jeżeli dostrzegamy frustracje, złość, smutek – akceptacja to jedyna słuszna droga  ;-)

„Wiem, że czasem trudno jest czekać. Zdecydowanie łatwiej się czekaj, kiedy znajdzie się inne zajęcie. Może zaśpiewamy albo rozwiążemy zagadki?”

Na tym etapie, ważnym jest uznanie trudności w odraczaniu pokusy oraz zaproponowanie strategii wspierającej jej regulację.

Pozwól dziecku dokonywać wyboru

Wychowując dziecko, staramy się zrobić wszystko, by wyrosło na samodzielną, dokonującą rozsądnych wyborów, budującą trwałe i satysfakcjonujące relacje, szczęśliwą osobę. Jednym z elementów mających wpływ na powyższe jest umiejętność podejmowania decyzji na podstawie kilku dostępnych opcji. Naszym - rodzicielskim celem jest, doprowadzenie do takiej sytuacji, w której dzieci będą umiały opracować dobrze uregulowane procesy myślowe, uporządkować rozpraszający je chaos.

Jak sobie z tym poradzić?

Wychodzę z założenia, że żadne dziecko nie jest zbyt małe, by dokonać wyboru pomiędzy marchewką a groszkiem. Dlatego od początku powinniśmy pozwalać dziecku dokonywać drobnych wyborów.

„Chcesz iść na plac zabaw, czy zagrać w piłkę na podwórku? Napijesz się mleka czy wody? Którą parę trampek założysz dzisiaj?”

Praktyka czyni mistrza, dając dziecku możliwość dokonywania wyborów, pozwalamy mu rozwijać umiejętność podejmowania decyzji. Dzięki takiemu podejściu kształtujemy w nim również poczucie panowania nad własnym życiem.

Pamiętajmy, że im młodszy szkrab, tym wybór powinien być bardziej ograniczony. Zaczynamy od dwóch możliwości, a wraz z wiekiem zwiększamy ilość dostępnych opcji.

Warto również pozwolić dziecku na zrobienie planu. Nic skomplikowanego, dotyczącego prostych, codziennych spraw.

Dziś rano zostajemy w domu, możemy zrobić jedną z tych rzeczy – W jakiej kolejności chciałbyś zacząć?

Jest plan? Jest. Trudny? Nie. A ćwiczenie się odbyło  ;-)

 Graj w gry wykorzystując element kontrolowania

Pytacie mnie często, jak nauczyć dziecko samoregulacji?

Niestety, to nie jest coś, do czego jesteśmy w stanie sporządzić złotą instrukcję i następnie przekazać ją maluchowi. To umiejętność, której szkraby uczą się, trenując, odnajdując się w konkretnych sytuacjach.

Dlatego, jeżeli tylko nadarzy się okazja, należy ćwiczyć – rewelacyjnie nadają się do tego gry, które stawiają przed dziećmi wiele wyzwań wspierających rozwój samoregulacji.

wspólna_zabawa

Podstawowym założeniem gier jest kontrolowanie wszelkich zachcianek, przestrzeganie zasad, by osiągnąć wyższy cel (wygrać grę!).

Granie w gry planszowe lub karciane pozwala ćwiczyć cierpliwość podczas oczekiwania na swoją kolej, pamięć – przy zapamiętywaniu zasad, koncentrację uwagi, hamowanie ulegania pokusom oraz wiele, wiele innych...

Umiejętność samokontroli rozwija się przez całe życie 

Rzeczywiście tak jest. Dowodem na to niech będzie rodzicielstwo. Cóż bardziej kształtuje naszą cierpliwość i stwarza więcej sposobności do trenowania samoregulacji?

Co, gdzie, kiedy? 

Do organizowania się systemów mózgowych, leżących u podstaw samoregulacji, dochodzi w trzecim roku życia dziecka. Systemy te rozwijają bardzo intensywnie aż do ukończenia piątego roku życia. Dojrzewa on natomiast pomiędzy 5 a 7 rokiem życia. Przez kolejnych kilka lat rozwój struktur mózgu przebiega w spokojnym tempie, aż do okresu dojrzewania, kiedy to następuje drugi zryw wzrostu mózgu, co oznacza, że dziecko przechodzi na kolejny poziom rozwoju samoregulacji i będzie musiało nauczyć się nowych umiejętności.

Z założenia do zakończenia rozwoju samoregulacji dochodzi około 30 roku życia.

Praca nad samoregulacją to nie kwestia dni, czy miesięcy, to lata, wiele lat, podczas których wielokrotnie pojawi się zwątpienie w sens takiego działania w związku z brakiem widocznych postępów. W takich chwilach warto pamiętać, że umiejętność samokontroli rozwija się bardzo powoli i stopniowo. Jest to jedna z tych rzeczy, gdzie efekty widoczne są dużo później, niż byśmy sobie tego życzyli.

Umieć odpuścić, to ważna rzecz...

Jako rodzice spędzamy dużo czasu, próbując nauczyć nasze dzieci kontroli impulsów. Przytłoczeni wszechobecnymi zasadami, regułami, wytycznymi zapominamy, że równie ważne jest pozbywanie się tych narzuconych węzłów i podejmowanie spontanicznego działania – bycia poza kontrolą.

Z perspektywy efektywnego funkcjonowania ważna jest umiejętność przystosowania się do określonej sytuacji. To elastyczne kontrolowanie impulsów, które w określonych sytuacjach oznacza również uleganie pokusom, uwolnienie impulsywnego działania.

Jak Wy uczycie Wasze dzieci samoregulacji? Macie jakieś sprawdzone sposoby?

Ściskam,

K

 


samoocena_u_dziecka

Jedno zdanie, które pomoże Ci zainspirować dziecko mówiące "Nie dam rady tego zrobić!"

Uwielbiam ten charakterystyczny widok, kiedy dzieci zdobywają nowe umiejętności i działając w całkowitym skupieniu, wysuwają język na bok. W takich chwilach nie ma mowy o przyjęciu przez nie żadnego wsparcia, z zapałem, samodzielnie zdobywają nowe doświadczenia. Któż z nas, nie cieszy się widząc motywację, optymizm i chęć do działania u swojej pociechy?

W rozwoju każdego dziecka przychodzi taki moment, kiedy pojawia się zniechęcenie, niezadowolenie i brak wiary we własne możliwości. To nieodłączny etap budowania dziecięcej niezależności, który jako rodzice powinniśmy wspierać.

W jaki sposób? Poniżej znajdziecie podpowiedź ;-)

W zobrazowaniu sytuacji pomocny będzie opis pewnej sytuacji.

Pierwsze przeszkody...

Wiedziałam, że coś jest nie tak, gdy tylko zobaczyłam Antosia stojącego w drzwiach swojej przedszkolnej sali. Jego markotna mina nie pozostawiała złudzeń – to był ciężki dzień i coś poszło nie tak. Wsiedliśmy do samochodu, zanim ruszyłam z parkingu, odwróciłam się do niego i starając się okazać empatię, zapytałam:

"Wygląda na to, że miałeś zły dzień. Może podjedziemy do parku, nim wrócimy do domu?”

Antula, odpowiedział zwięźle: 

"Nie, jestem zmęczony i po prostu chcę wrócić do domu."

Po powrocie Mały zrzucił buty i pobiegł do salonu, gdzie na stole czekał na niego arkusz kolorowego papieru.
Nie czekając długo, zapytał: 

„Czy mogę go wykorzystać mamo?”

Miałam cichą nadzieję, że to go rozweseli, powiedziałam: 

„Oczywiście, to przecież dla Ciebie.”

Natychmiast sięgnął po kredki i zaczął rysować na papierze.

Przez chwilę myślałam, że gradowa chmura jest już za nami, jednak jakże się myliłam. Nie musiałam długo czekać, żeby usłyszeć wypowiedziane pod nosem: 

„Nie dam rady tego zrobić. Znowu się nie udało, poddaje się!”.
Antoś rzucił kredką i gwałtownie wstał od stołu.

Negatywna samoocena u dzieci

To rzucone pod nosem „Nie dam rady tego zrobić. Znowu się nie udało, poddaje się!” jest negatywną opinią dziecka na temat swoich umiejętności i szans na zrealizowanie zadania. Gdy słyszymy nieprzychylne słowa skierowane do naszej pociechy, odruchowo chcemy im zaprzeczyć, zapewnić o posiadanych przez dziecię zdolnościach, popchnąć do przodu, wyręczyć. Wszystko to po to, by zaoszczędzić mu przechodzenia przez trudne emocje związane z brakiem wiary w siebie.

Większość z nas zdaje sobie sprawę, jak wielkie znaczenie dla dziecka ma opinia rodzica. Biorąc pod uwagę, że w pierwszym okresie rozwoju nasze pociechy odzwierciedlają nasze zachowanie niczym zwierciadło, musimy dołożyć wszelkich starań, by postępować rozsądnie. Ma to również znaczenie podczas przekazywania informacji zwrotnej małemu brzdącowi.  Wbrew pozorom to, co i w jaki sposób mówimy, może mieć wpływ na jego samoocenę, wyobrażenie o samym sobie, o swoich umiejętnościach i możliwościach zrealizowania nowych wyzwań. Jak się okazuję, tak silny wpływ ma nie tylko opinia bliskich osób, ale również wypowiadanie negatywnych opinii o samym sobie.

niska_samoocena_u_dziecka

Przyjrzyjmy się temu hipotetycznie. Przypuśćmy, że wróciliśmy do licealnych czasów i stresujemy się, nadchodzącym testem z chemii. Z góry zakładamy, że: „I tak prawdopodobnie nie uda nam się go zaliczyć, więc nie ma sensu zakuwać."

Gdy rozłożymy takie podejście na czynniki pierwsze, widzimy, że zanim cokolwiek miało szanse się wydarzyć, zdążyliśmy już zrezygnować z przystąpienia do sprawdzianu. Wyobraziliśmy sobie przyszłość, w której pomijamy naukę, zakładając, że jest ona stratą czasu. Jeżeli rzeczywiście się nie przygotujemy, to realnie zwiększamy prawdopodobieństwo niezaliczenia.

Zabawmy się jeszcze w co by było gdyby i wyobraźmy sobie, że nasz wewnętrzny głos podpowiedział nam: „Denerwuje się, ale jak przysiądę i się pouczę to poczuję się pewniej.”

Bardziej prawdopodobne jest, że takie nastawienie zmotywuje nas do nauki i tym samym szanse na pozytywny wynik testu będą większe.

To działa niczym zaklinanie przyszłości i ma nawet swoją nazwę samospełniającej się przepowiedni.

Innymi słowy, jeśli zakładamy, że pewne wydarzenie ma mieć określony przebieg, to nasze oczekiwania mają na tyle istotny wpływ na nasze zachowanie, że postępujemy w sposób, który zbliża nas do założonego rezultatu.

Nie trzeba być prorokiem, żeby wiedzieć, że jeżeli się nie nauczymy, to nie posiadając wiedzy z określonego zakresu – nie ma bata, żebyśmy zdobyli zaliczenie. No, chyba że wiemy obok kogo usiąść, mamy zestaw materiałów pomocniczych i nauczyciel pozwoli nam ściągać ;-)

Najczęstsza reakcja rodzica jest nieskuteczna

Negatywne, dziecięce komunikaty mogą brzmieć następująco:

Nie jestem w tym dobry. 
Nie mogę tego zrobić, to zbyt trudne. 
Nigdy nie nauczę się czytać.

Wspominałam już wcześniej, że kierując się rodzicielską troskliwością, odruchowo chcemy przekonać dziecko, że to, co mówi, nie jest prawdą:

Jesteś w tym dobry! 
Na pewno dasz radę to zrobić! 
Nauczysz się czytać. Wierzę w Ciebie!

Zwróćcie uwagę, że postępując w ten sposób, z reguły nie udaje nam się przekonać malucha. Osiągamy efekt odwrotny od oczekiwanego.

Kierując tak wiele pozytywnych afirmacji, nieświadomie zamieniamy dziecięcą frustrację w walkę o władzę, o to, kto wie lepiej, jak jest naprawdę.

Po pierwsze walka, to ostatnie czego potrzebujemy, a po drugie, kto inny może mieć racje w oczach malucha, jak nie on sam?

Niewypowiedziane komunikaty

Bardzo prawdopodobne, że kiedy nasza pociecha mówi źle o sobie, to tak naprawdę chce powiedzieć:

Jestem sfrustrowany. 
Czuję się źle z tym że popełniam błąd. 
Boję się, że nigdy się tego nie nauczę.

Co natomiast słyszy dziecko, gdy w tej sytuacji odpowiadamy pozytywnymi afirmacjami:

Nie denerwuj się! 
Nie czuj się źle! 
Nie bój się!

Nie wiem jak wy, ale kiedy ja jestem wkurzona, gdy czuję, jak we mnie buzują emocje i w tej samej chwili, ktoś próbuje mi wmówić, że wcale nie czuję tego, co czuję ;-), to nie reaguje zbyt pokojowo. Raczej działa to na mnie jak płachta na byka.

Od razu przypomina mi się sytuacja, gdy jako dziecko uderzyłam o coś piszczelem, a babcia, chcąc mnie uspokoić, powtarzała „już dobrze, nie płacz, nic się nie stało, już nie boli”. No jak nie boli, kiedy czułam, że bolało jak chole..?

Ostateczny rezultat jest taki, że mimo naszych szczerych i dobrych intencji tak naprawdę nie wspieramy naszego malucha w konfrontacji z wielkimi i przerażającymi emocjami. Nasza sfrustrowana i niepewna siebie pociecha nie czuje się słyszana.

Co zatem możemy zrobić, gdy słyszymy, że nasze słodkie dziecko mówi średnio przyjemne rzeczy o sobie i do siebie?

Jedno zdanie, które zmieni sposób myślenia dziecka

Gdy zdarzają się tak trudne, emocjonalne sytuacje wyobrażam sobie przerażający las. Las, który jest tak ciemny i gęsty, że nie jestem w stanie zobaczyć tego, co jest przede mną. W tym lesie wyobrażam sobie swojego syna, w chwili, gdy nie jest w stanie czegoś zrobić, gdy się poddaje. Wtedy wiem, że muszę być przewodnikiem, który przeprowadzi go przez ten ciemny las, dzięki któremu mój maluch znajdzie własne rozwiązanie.

wspieranie_rozwoju_dziecka

Wróćmy do wcześniej opisywanej sytuacji toczącej się w domu.

Podeszłam do Antosia, usiadłam obok niego, tak by nasze twarze były na tej samej wysokości i powiedziałam:

„Pokaż, co sprawia Ci trudność."

Wskazał na część obrazka, gdzie pisał swoje imię i powiedział: 

„tutaj!"

Kiedy już wiedziałem, w czym tkwi problem, zaczęłam opisywać to, co widzę metodą bez nadawania subiektywnej oceny:

„Widzę, że pisałeś swoje imię. Ukończyłeś A, N, T, O, a kiedy dotarłeś do ostatniej literki, zatrzymałeś się. Chyba chcesz, żeby „Ś" wyglądało ładnie? Widzę, że je wygumkowałeś i ponownie napisałeś."

Skinął potwierdzając: 

„Tak, nie potrafię tego zrobić. Nie umiem napisać Ś".

Kontynuowałam: 

„Napisałeś pierwszą część „Ś”, pozostała tylko druga część. Musi być jakiś sposób, żeby nauczyć się ją pisać tak, jak tego chcesz. Prawda?"

Przez chwile milczał, przeczekałam ciszę i pozwoliłam mu pomyśleć.

W końcu powiedział rzeczowo: 

„Myślę, że muszę częściej ćwiczyć pisanie „Ś”.

Dlaczego to działa?

Mówiąc „Pokaż, proszę, co sprawia Ci trudność", zyskujemy wiele użytecznych informacji.

Na starcie dowiadujemy się, co dla brzdąca jest bułką z masłem, a co sprawia mu trudność. Sposób ten pomaga również dziecku rozpoznać, który element wykonywanego zadania stanowi dla niego największe wyzwanie.

Zastosowanie tej prostej techniki „powiedz, co widzisz” sprawia, że rozmowa z dzieckiem schodzi na neutralną płaszczyznę, gdzie każdy może dostrzec co dzieje się tu i teraz.

Dzięki temu dzieci są mniej skłonne do przyjmowania postawy obronnej, nie czują potrzeby udowadniania, że „naprawdę nie mogą / nie potrafią tego zrobić". Często uruchamiamy takie zachowanie, gdy mówimy do malucha „no coś ty, potrafisz” lub „spróbuj ponownie”.

W chwilach zwątpienia zawsze przypominam sobie słowa Edisona, który mówił, że zanim wynalazł żarówkę, znalazł tysiąc sposobów, by jej nie wymyślić.

Pocieszające, prawda? ;-)

Być może zainteresują Cię również:

 

Jak Wy radzicie sobie z dziecięcym barkiem wiary w siebie?