łóżeczko_montessori

Twoje dziecko nie śpi w nocy? Powinnaś tego spróbować...

Sen,

niby krótkie słowo, zwykła potrzeba, a dla wykończonego rodzica brzmi niczym najpiękniejsze marzenie.

Swoją drogą to niesamowite, jak na przestrzeni lat, zmienia się nasze podejście do wielu spraw, jak bardzo zyskują bądź tracą na wartości. łóżeczko montessori

Kiedyś, sen traktowałam, jak stratę czasu – konieczność. Dziś, jest dla mnie na wagę złota, niczym towar deficytowy, to jeden z najbardziej pożądanych przeze mnie stanów 😉 łóżeczko montessori

A wszystko za sprawą małych istot, które mimo niepozornych rozmiarów wprowadzają ogromną rewolucję w rodzicielskim życiu. łóżeczko montessori

Podejmowanie decyzji

Tak… dziś już wiem, że wyspana mama może przenosić góry, a do tej będącej ofiarą permanentnego, bezsennego terroru, lepiej się nie zbliżać.

Dlatego, mając na uwadze dobro wszystkich domowników, warto, a nawet trzeba w swoim rodzinnym systemie stworzyć, takie warunki funkcjonowania, które pozwolą na wyciśnięcie z codzienności maksymalnej ilość snu, zarówno dla dziecka, jak i rodziców 😉

Internet naszpikowany jest złotymi radami, które szczególnie, gdy jest się na początku rodzicielskiej drogi, mogą przyprawić o zawrót głowy i totalną dezorientację.

Karm – „tak”, ubieraj – „w ten sposób”, „nie noś”, „lepiej kanguruj”, „odkładaj do łóżeczka”, „spij z dzieckiem”

i bądź tu mamo mądra…

Prawda jest taka, że każde dziecko jest inne i nie ma metody, która sprawdziłaby się u każdego malucha i w każdej rodzinie. Dlatego, naszym zadaniem jest wybranie z odpowiadającego nam podejścia tego, co w naszej sytuacji, dla nas i naszego dziecka będzie najlepsze.

Być może zastanawiacie się nad tym:

„skąd będę widziała, że coś jest dla nas najlepsze?”

Odpowiedź jest prostsza niż myślicie – intuicja. Nikt nie zna lepiej was i waszych pociech niż Wy sami. Nie powinniśmy zagłuszać i bagatelizować „przeczucia”, które towarzyszy nam, rodzicom.

Przydatnym kryterium, które mi ułatwia podjęcie decyzji, jest odpowiedź na pytanie:

„Czy i jakie korzyści, ten wybór przyniesie moim dzieciom w dłuższej perspektywie?”

„Czy i co mogę zrobić dzisiaj, aby pomóc im jutro?” 

W ten sposób zmieniam perspektywę z tego, co ważne tu i teraz, na to, co się wydarzy w przyszłości, jakie będą konsekwencji naszych dzisiejszych decyzji. To wiele wyjaśnia, a raczej rozjaśnia 😉

 Tych kilka pierwszych zdań, w których poruszam kwestię naszej różnorodności i konieczności dokonania wyboru z uwzględnieniem potrzeb dziecka oraz naszych możliwości, jest wprowadzeniem do rodzicielstwa, do podejmowania decyzji na każdym etapie naszej rodzicielskiej drogi.

Sen dziecka vs sen rodzica

Dostaje od Was bardzo wiele wiadomości typu:

„Już nie wiem, co mam zrobić, moje dziecko nie chce spać w swoim łóżeczku.”

„Każda próba odłożenia małego do łóżeczka kończy się płaczem.”

„Każdą pobudkę w łóżeczku zaczyna od krzyku i płaczu…”

Osobiście jestem zwolenniczką, a nawet miłośniczką rodzicielstwa bliskości. Po wypróbowaniu niezliczonej ilości metod, które miały zagwarantować nam spokojny sen, podjęłam decyzje o spaniu z dzieckiem w jednym łóżku.

rodzicielstwo_bliskości

Zanim do tego dojrzałam, przerobiłam wszelkie, możliwe sposoby bezszelestnego odkładania malucha do łóżeczka. Momentami wyglądało to, jak gimnastyka artystyczna albo bardzo, skomplikowana akcja szpiegowska, która kończyła się fiaskiem, bo od początku była to mission impossible. Owszem, mieliśmy łóżeczko szczebelkowe, ale jego podstawową funkcją było podtrzymywanie przewijaka i łapanie kurzu.

Dlatego, gdy już stanęłam pod ścianą, bo poziom zmęczenia i frustracji sięgnął zenitu, wybrałam dla nas rozwiązanie, najlepsze z możliwych. Biorąc pod uwagę fakt, że nasi chłopcy należą do HNBsą wysoko wrażliwymi dziećmi, to nie wyobrażam sobie tej niezliczonej ilości nocnych pielgrzymek, które musiałabym uskuteczniać.

No właśnie, dzieci w łóżku i co dalej?  Wbrew pozorom, nie oznaczało to wiecznej okupacji naszej sypialni przez maluchy.

W „teleportowaniu” brzdąca do własnego łóżka pomogło nam przygotowanie przestrzeni w jego pokoju, z wykorzystaniem elementów z nurtu Montessori…

I tu przechodzimy do meritum…

Co zrobić, żeby dzieci polubiły swoje łóżko i swój pokój?

Nie potrzeba wielkiej filozofii, pierwszym krokiem powinno być dostosowanie pokoju do potrzeb i możliwości dziecka. Wszystkie niezbędne meble, przybory, książki, zabawki zamieściliśmy tak, by były w zasięgu dziecięcej rączki, w sposób umożliwiający im samodzielnie z nich skorzystanie.

Dzięki temu maluch z większą ochotą i zainteresowaniem poznaje przestrzeń, w naturalny i swobodny sposób kształtując swoją niezależność i samodzielność.

Łóżko dla dziecka, czyli co?

Biorąc pod uwagę założenie, że wszystkie meble włącznie z łóżkiem powinny pozwalać dziecku na samodzielne z nich korzystanie, postanowiłam poszukać takiego, które znajdowałoby się przy samej podłodze.

łóżeczko_montessori_ma-mo

W poszukiwaniu łóżka dla dzieci, które byłoby łóżkiem podłogowym, przeszukałam niemal cały internet. Bardzo ważnym kryterium, prócz walorów estetycznych, była jakość i materiały, z jakich było wykonane łóżko. Niestety w tamtym czasie, a było to kilka lat temu, znalazłam tylko łóżeczka włoskiej produkcji, które były świetne jakościowo a jednoczenie szalenie drogie.
Dlatego, bardzo ucieszył mnie fakt, że od jakiegoś czasu, na naszym rodzimym rynku, można kupić łóżeczko Montessori, polskiego producenta Ma-Mo, wykonane z materiałów najwyższej jakości. Dobre łóżko to przede wszystkim porządny materac. Moją uwagę przykuł materac futon, który ze względu na ekologiczny – w 100% naturalny skład, nie wywołuje alergii i nie uczula (więcej na jego temat przeczytacie tutaj).

materac_futon

Korzyści wynikające z posiadania łóżeczka Montessori

 

  1. Bezpieczeństwo

    To pierwsza korzyść, która przychodzi mi do głowy.

Nie znam rodzica, który nie obawiałby się upadku malucha z łóżka podczas snu, czy też po przebudzeniu. W przypadku łóżeczka podłogowego takie zagrożenie nie istnieje. Nawet jeżeli dziecko „zsunie się” z materaca, to jest to całkowicie niegroźne. Dodatkowo można zabezpieczyć brzeg łóżka specjalnym wałkiem. Świetnie sprawdzają się też poduszki czy koc położony na brzegu łóżka. łóżeczko montessori

 

  1. Wspieranie rozwoju ruchowego i niezależności dziecka

Ten punkt wśród wielu z Was może budzić wątpliwości, bo oczami wyobraźni widzicie niekończącą się wędrówkę Waszych, wyzwolonych pociech ;-).

Prawda jest taka, że zachowanie dziecka wynika z wielu indywidualnych cech, z temperamentu, przyzwyczajeń czy etapu rozwoju psychoruchowego. Dlatego niektóre dzieci bez problemu przystosują się do swobodnego korzystania z łóżeczka, a innym dłuższą chwilę zajmie nasycenie się wolnością. To do Was i waszej intuicji należy ocena, na ile wasz maluch jest w stanie zapanować nad swoją ciekawością – samokontrola to kolejna umiejętność rozwijana dzięki temu podejściu. Wśród wielu rodziców sprawdziło się stosunkowo wczesne wprowadzeniu łóżeczka Montessori, dzięki czemu zasypianie w swobodnych warunkach było dla maluszka codziennością i nie stanowiło takiej pokusy.

 

  1. Niezależność – porannym wybawieniem

Wspomniane w poprzednim punkcie obawy czas przekuć w atuty 😉 wyobraźcie sobie ten moment, kiedy maluch po przebudzeniu, zamiast płakać i wołać, by wyjąć go z łóżka, będzie mógł samodzielnie z niego wyjść i zająć się zabawą. W prosty sposób eliminujemy niepotrzebny stres i zarazem nie uczymy maluszka, że aby zaznaczyć swoją obecność i potrzebę musi wzniecić awanturę. Myślę, że tak samo dla Was, jak i dla mnie, spokój i każde 10 minut snu szczególnie rano, jest na wagę złota. łóżeczko montessori

 

  1. Wygoda

Dzięki niemu, niemal z automatu rezygnujemy z wieczornej, mistrzowskiej akrobatyki, by odłożyć śpiącego malucha do łóżeczka. Po wieczornych rytuałach, możemy usypiać dziecko, leżąc tuż przy nim i odpoczywać jednocześnie.

montessori_łóżeczko

  1. Multizadaniowość

Łóżko staje się dla dziecka przyjemną przestrzenią, do której chętnie się udaje. Nie kojarzy się ze szczebelkowym, ograniczeniem swobody. Jest, nie tylko miejscem snu, ale również strefą relaksu i zabawy. łóżeczko montessori

 

  1. Oszczędność

Tego typu rozwiązanie, ze względu na okres, w jakim będziemy z niego korzystać, okazuje się bardzo opłacalnym wyborem. Rezygnując z zakupu różnych łóżek na poszczególnych etapach rozwoju, najpierw szczebelkowego, a potem większego, dostosowanego do potrzeb starszaka, zyskujemy czas i pieniądze.

 

Tak jak wspomniałam na początku, każdy z nas nie tylko ma prawo, ale powinien dokonywać wyboru według własnego uznania, potrzeb i oczekiwań. Ważne, by gdzieś z tyłu głowy przyświecały nam długofalowe korzyści, jakie wynikają z wybieranych przez nas metod, które zaprocentują w przyszłości.

A jakie są Wasze, nocne przygody? Co u Was poskutkowało i przyniosło upragniony sen? Będzie mi niezmiernie miło, jeśli dajcie znać w komentarzu poniżej.

Ściskam,
K


przeprosiny

Nie przeproszę !!!

Z pozoru może się wydawać, że przeprosiny powinny być dla nas czymś zupełnie naturalnym, w końcu uczymy się ich od najmłodszych lat. Rodzice dbają o nasze dobre wychowanie, skłaniając nas do podania ręki „przeciwnikowi” po batalii stoczonej w przydomowej piaskownicy. Przeprosiny stanowią istotny element kulturowo przyjętej poprawności zachowania, są niejako symbolem zakopania wojennego topora. Umiejętność przepraszania ma ogromny wpływ na trwałość i jakoś nawiązywanych przez nas relacji, dlatego też jest tak bardzo ważna.

Choć słowo „Przepraszam” jest tak istotne, to mimo wszystko wydaje się jednym z najtrudniejszych do wypowiedzenia zwrotów. Zdarzają się wśród nas i takie gagatki, którym nie przejdzie ono nawet przez gardło.

Dlaczego tak jest, skąd bierze się ogólna niechęć do przepraszania?

Unikanie przeprosin

Zdaniem psychologów, unikanie przeprosin to często podświadoma próba ochrony zagrożonego „ja”. Większość ludzi, gdy wyrządzi komuś krzywdę lub sprawi przykrość, automatycznie zaczyna przepraszać, by jak najszybciej zdobyć przebaczenie i pozbyć się poczucia winy. Osoby mające problem z przepraszaniem nie reagują w ten sposób. Zamiast tego doświadczają nieuświadomionego lęku związanego z poczuciem zagrożenia, utratą autorytetu, władzy, statusu. Inicjowanie przeprosin uważają za oznakę słabości, a przepraszającego za przegranego.

W praktyce może wyglądać to, tak, że osoba ta wpadając na nas w tłumie, bez wahania bąknie krótkie „przepraszam”, jednak po kłótni z bliską osobą nie przyzna się do popełnionego błędu.

Dlaczego?

Jak się okazuje, słowa te niosą za sobą szereg psychologicznych konsekwencji, których niektórzy z nas chcą za wszelką cenę uniknąć…

O jakich konsekwencjach mowa?

Poczucie zagrożenia

Przyznanie się do nieodpowiedniego zachowania stanowi zagrożenie dla poczucia własnej wartości. Jest to szczególnie dotkliwe w przypadku osób, które nie potrafią oddzielić oceny swoich działań od oceny swojej osobowości. Błędnie utożsamiają jedno z drugim. Dlatego też w ich mniemaniu przepraszając - przyznają się do złego postępowania i tym samym do bycia złym człowiekiem. Unikając przeprosin, unikają przyznania się do błędu, chroniąc w ten sposób swoją samoocenę.

Poczucie wstydu

Dla większości z nas przeprosiny są związane z poczuciem winy. To ono skłania nas do wykonania kroku w kierunku wyjaśnienia sytuacji i zażegnania konfliktu. W przypadku osób niezdolnych do przepraszania silniejszym doznaniem jest wstyd, który jest znacznie bardziej destrukcyjny. O ile wina sprawia, że czujemy się źle z naszym działaniem, o tyle wstyd powoduje, że czujemy się źle z tym jacy jesteśmy.

Eskalacja konfliktu

Podczas gdy większość z nas uważa przeprosiny za możliwość rozwiązywania konfliktów interpersonalnych, tak dla osób mających z tym problem – owe przeprosiny – będą początkiem niekończącej się fali oskarżeń.  Wychodzą z założenie, że będzie to okazaniem słabości, którą druga osoba wykorzysta przeciwko nim. Obawiają się obarczenia wyłączną odpowiedzialnością za powstały spór oraz przypisania winy za wszystkie wcześniejsze nieporozumienia.

przeprosiny_konflikt

Regulacja emocji

Osoby stroniące od przeprosin, bardzo często w ten sposób starają się zarządzać swoimi emocjami. W jaki sposób? Po prostu czują się bardziej komfortowo i łatwiej sobie radzą z uczuciem gniewu, rozdrażnienia i dystansu emocjonalnego, a niżeli z bliskością i wrażliwością. Zatwardziałość w konflikcie pozwala im zachować dystans, stanowi swoisty mechanizm obronny. Podświadomie obawiają się, że każdy nawet najdrobniejszy gest w kierunku pojednania, sprawi, że wszystkie tak pieczołowicie budowane barykady runą i uwolnią smutek oraz rozpacz, z którymi ciężko jest sobie poradzić i względem których pozostaną bezsilni.

O ile prawdą jest, że regulacja takich emocji wymaga od nas wysiłku, o tyle błędnym przekonaniem jest, że głębokie doświadczanie trudnych emocji musi być traumatycznym i szkodliwym przeżyciem. Wręcz przeciwnie, skruszenie przysłowiowej, emocjonalnej skorupy jest niezwykle oczyszczające i może prowadzić do przeniesienia relacji na zupełnie inny, bardziej wartościowy poziom, oparty o emocjonalność i wzajemne zaufanie.

A u podstaw obaw…

Dlaczego niektóre osoby mają ewidentny problem z przepraszaniem? Skąd biorą się te obawy?

Za winowajcę poniekąd możemy przyjąć sposób, w jaki zostaliśmy wychowani oraz to, jakie są nasze dotychczasowe, przeprosinowe doświadczenia. To jeden z tych aspektów, który bagatelizowany na wczesnym etapie rozwoju dziecka, zbiera żniwa w przyszłości. Oczywiste jest, że każdy rodzic chce dla swojej latorośli tego, co najlepsze, dlatego też od najmłodszych lat wpaja dziecku, wszystko to, co potencjalnie ułatwi mu batalię z dorosłością.

 

I tak powinno być 😉, bo przecież naszą rodzicielską powinnością jest wspierać dziecię w rozwoju. Dobrze jednak pamiętać o czymś istotnym, mianowicie o tym, że prócz tego, CO przekazujemy naszym pociechom, ważne jest jeszcze, to w jaki sposób, to robimy. W tym właśnie tkwi cały szkopuł. Odwołując się do nauki „przepraszania”, często odbywa się ona poprzez nakaz wykonania, pozbawiony wyjaśnień tego, co tak naprawdę się wydarzyło i w czym tkwił problem. Dodatkowo całemu procesowi towarzyszy gniew, obwinianie, wpędzanie w poczucie wstydu i zmuszanie do posłuszeństwa. Gdy do tego dodamy brak pozytywnych wzorców, które dziecko mogłoby naśladować…recepta na niechęć do przepraszania gotowa. (O tym, jak nauczyć dziecko „przepraszać” przeczytacie tutaj =>klik). I jak tu ochoczo podejść do przepraszania?

Spójność wzorców

Najbardziej efektywnie i najszybciej uczymy się, obserwując zachowania innych osób.

Tak samo sprawa wygląda w przypadku nauki „przepraszania”.

Przyjrzyjmy się zatem przeciętnym, „przeprosinowym” doświadczeniom. Jakie zachowania mamy bądź mieliśmy szansę zaobserwować?

Niezależnie czy bohaterami są nasi rodzice, czy też bliscy lub dalsi znajomi, wszyscy uczestniczą w wyścigu z czasem, w boju o kolejny zrealizowany cel. Zatracając się w owej pogoni, usprawniają swoje funkcjonowanie, posługując się schematami, stereotypowym myśleniem i automatyzacją pewnych czynności. W efekcie wpadają w pułapkę, z której ciężko wybrnąć z twarzą. Przyjrzyjmy się temu bliżej.

Patrzymy, patrzymy i cóż takiego widzimy?

Przed nami zapracowany rodzic, starający się poskromić codzienność, który trzymając w garści cały dom, raczej stroni od przepraszania swej pociechy za błahostkę będącą przecież tylko „rodzicielskim niedopatrzeniem” ... Wszak nic wielkiego się nie stało, a już na pewno nie jest to przewinienie warte kompromitacji i płaszczenia się przed własnym dzieckiem.

Dobre usprawiedliwienie, ale czy na pewno to tylko błahostka i niedopatrzenie?

Kolejna przykładowa sytuacja dotyczy stereotypowego starcia płci.

Oto facet, taki sobie "Figo Fago", jak twierdzi, nie należy do gatunku pantoflarza pospolitego, a już na pewno nie jest z tych „miętkich” chłopaczków, którzy to przepraszając za byle pierdołę, okazują swoją słabość. Dlatego o przeprosinach w jego wykonaniu możemy zapomnieć. Po drugiej stronie barykady skrupulatnie okopała się „Ona”, „żona”, „matka”, „kobieta”. Przecież nie po to rozdrapuje i posypuje solą rany, wspominając wszystkie przewinienia swego „twardziela”, żeby teraz opuścić gardę i potulnie przyznać się do błędu. A nóż luby pomyśli, że to tylko jej wina, albo - co gorsza - poczuje, że ma ją w garści, bo za łatwo mu przyszło pojednanie. O nie! Chce dziadyga zgody, musi się postarać…

Tym sposobem przeprosiny stają się próbą sił. Kto pierwszy padnie na kolana? Kto pokaże, że mu bardziej zależy? Koniec końców, wcale nie chodzi o to, by rozwiązać dany konflikt i wyciągnąć wnioski z zaistniałej sytuacji. Ważniejsze jest zdobycie przewagi, argumentu będącego dowodem na to, kto, komu dyktuje warunki. Proste? Proste, sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie 😉.

Wiedząc, że mały człowiek dorasta, obserwując i uczestnicząc w takich i podobnych sytuacjach trudno się dziwić, że nabywa niemal wkodowanej niechęci do przepraszania i wszystkiego, co z nim związane. W ten oto sposób powstają negatywne skojarzenia, które wiernie towarzyszą nam w dorosłym życiu, gdzie „przepraszam” kojarzy się z poddaństwem, poczuciem niższości i pokazem sił.

Tymczasem…

Skoro mowa o pokazywaniu, to prawda jest taka, że przepraszając, pokazujemy swoją siłę, dojrzałość, wrażliwość, empatię i profesjonalizm. „Przepraszam” nie jest synonimem słabości, niższości, uległości, eskalacji konfliktu czy zagrożenia. To swoista praca nad samym sobą, która wymaga od nas autorefleksji i pokory. Aby przeprosiny były skuteczne, należy dokładnie przeanalizować konfliktową sytuację, uświadomić sobie i zaakceptować odpowiedzialność za niecne poczynania oraz postanowić poprawę 😉.
Więcej o formułowaniu skutecznych przeprosin przeczytacie już niebawem.

Jestem ciekawa jakie są Wasze doświadczenia w tym obszarze?
Podzielcie się nimi w komentarzu poniżej tekstu.

Ściskam,
Karola

 

 


pierwsze_dni_w_przedszkolu

Nie zostawiaj mnie mamo! Czyli jak pomóc dziecku zmierzyć się z lękiem separacyjnym

Małe rączki oplatające szyję, łzy wielkości grochu spływające po policzkach i ten lament rozdzierający serce, z którego wybrzmiewa: 

„Nie zostawiaj mnie mamo…!”

To bardzo trudny etap zarówno dla dziecka, jak i dla rodzica. W takich chwilach wyobrażamy sobie moment, w którym spokojnym krokiem i z uśmiechem na twarzy odprowadzamy nasze dziecko do przedszkola czy oddajemy pod opiekę niani.

Tak będzie, jednak zanim to nastąpi, musi upłynąć trochę czasu.

Mam nadzieję, że wiecie o tym, że trudności związane z lękiem separacyjnym są normalną reakcją malucha, którego łączy bezpieczny sposób przywiązania do rodzica.

Absolutnie, nie jest to wyraz jego nieprzystosowania, czy „złego wychowania” (nie znoszę tego określenia). Wręcz przeciwnie, protestując, dziecko wyraża swoje obawy, a nawet lęk przed rozłąką z mamą lub tatą, którą postrzega jako zamach zagrażający życiu. Jego reakcja jest instynktowną walką o bezpieczeństwo i przetrwanie.

Z czasem pociecha nauczy się, że nasze odejście jest tylko chwilowe i że po kilku godzinach spędzonych w przedszkolu, razem wracamy do domu.

Jednak na początku swojej przedszkolnej drogi, nie jest w stanie tego zrozumieć, musi sama się o tym przekonać.

W obliczu nowych doświadczeń

Każdy z nas lepiej i pewniej czuje się w towarzystwie osób, które dobrze zna i którym ufa. Ta sama zasada dotyczy dzieci – czują się bezpiecznie i komfortowo przebywając z osobami, do których są przywiązane. Dotychczas byli to rodzice, starsze rodzeństwo, dziadkowie czy ciocie i wujkowie. A teraz ma to się gwałtownie zmienić?

Pojawienie się nowej osoby w życiu dziecka jest szalenie trudnym momentem. Często emocje i instynktowne reakcje biorą górę nad racjonalnym myśleniem, dlatego naszą rolą jest zrobić wszystko, by złagodzić przebieg tego etapu.

Dopiero gdy maluch zaufa swojemu nowemu opiekunowi, gdy zbuduje z nim więź, przekona się, że może na nim polegać i że jest on w stanie zaspokoić jego potrzeby – wtedy poczuje się całkowicie bezpieczny.

Tym samym, chcąc pomóc swojemu maluszkowi w łatwiejszej asymilacji do nowego etapu w życiu, musimy znaleźć sposoby, na ułatwienie budowania więzi z opiekunem.

Poniżej podrzucam 11 wskazówek, które złagodzą i ułatwią przejście przez lęk separacyjny:

1. Pomóż maluchowi w budowaniu więzi z opiekunem

Dla dziecka to całkowicie nowa sytuacja stanąć sam, na sam z nieznaną osobą. Przyzwyczajanie się i budowanie poczucia bezpieczeństwa w obecności nowej osoby jest bardzo trudne, szczególnie gdy jest się maluszkiem, któremu towarzyszą silne emocje związane z rozłąką i poczuciem zagrożenia.

Jedną z rzeczy, którą możemy zrobić, by pomóc naszemu szkrabowi, jest podtrzymanie kontaktu i zbudowanie pozytywnych relacji z jego opiekunem. Obserwowanie przyjaznych gestów i miłych rozmów, sprzyja przełamywaniu lodów.

„Przecież skoro mama lubi Panią Anię, to może i ja ją polubię?”

relacje_z_nauczycielem

Zapewne malec wciąż będzie protestował przeciwko naszemu odejściu, ale osoba, pod której opieką go zostawiamy, powinna być w stanie ukoić jego płacz. Protest nie powinien trwać długo i im większa więź między nimi, tym będzie krótszy.

W jaki jeszcze sposób możemy ułatwić powstawanie tej nowej relacji?

Tu naprzeciw wychodzą nam przedszkolne dni asymilacyjne, dzięki którym w naszej obecności, malec może zbierać dobre doświadczenia i budować pozytywne skojarzenia ze swoim opiekunem.

Nie od dziś wiadomo, że to, z czym mamy częstszy kontakt, co częściej widzimy czy słyszymy, bardziej się nam podoba, wydaje się nam bardziej przyjazne.

Tak jest na przykład z muzyką. Czy nie łapiecie się na tym, że z każdym kolejnym odtworzeniem utwór podoba Wam się coraz bardziej?

No właśnie, skoro włada nami taka reguła, to dlaczego nie wykorzystać jej, w przypadku budowania relacji?

To, co musimy zrobić, to zadbać, by postać „Pani Ani” pojawiała się w naszej codzienności jak najczęściej.

Jak tego dokonać?

Możecie wydrukować zdjęcie wychowawczyni i powiesić je np. na lodówce, przeglądać razem z malcem galerię z przedszkola i wypatrywać ulubioną Panią. Warto również często, serdecznie i z entuzjazmem o niej wspominać, tak by dziecko wyczuwało sympatię, którą ją darzymy np. „Pani Ania byłaby dumna, widząc jak sama myjesz rączki”.

2. Zacznij od krótkich separacji

Dobrze gdybyśmy pierwsze rozłąki planowali podczas najlepszych części dnia (po drzemce czy po posiłkach), kiedy dzieci są wypoczęte, najedzone i skore do zabawy. Gdy już upłynie okres asymilacji i maluszek poczuje się trochę pewniej w nowej sytuacji, możemy przejść do krótkich rozłąk. Wielu rodziców chwali metodę małych kroków, ja również jestem jej zwolenniczką. Warto zacząć od pożegnania, odejścia, a następnie powrotu, gdy tylko przestanie płakać.

Jeśli zaczniemy od krótkich nieobecności, maluch szybciej się nauczy, że nasza nieobecność jest tymczasowa i że zawsze do niego wrócimy. W ten sposób stopniowo przyzwyczajamy go do separacji, każdorazowo wydłużając swoją nieobecność.

Teraz trudna część – powinniśmy starać się nie wracać, póki malec płacze. Wszystko po to, by nie utrwalić w nim przekonania, że płacz jest strategią na sprowadzenie rodzica. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku, jeżeli słyszycie, że dziecko zanosi się płacząc przez 15 minut – to nie ma mocnych, by to wytrzymać – sama poszłabym po szkraba, by przytulić i ukoić żal.

3. Opracuj rutynową procedurę

Dzieci czują się bezpiecznie i znacznie pewniej, gdy podczas ich codziennych aktywności pojawia się powtarzalność i przewidywalność.

Dlatego, również o ten element warto zadbać szczególnie teraz, kiedy pojawia się tyle zmian.

Tu macie pełną dowolność. Przed rozstaniem możecie na przykład opowiedzieć krótką historyjkę bądź przypomnieć co będziecie robić po powrocie do domu. Następnie mocno przytulacie pociechę i mówicie, jak bardzo jest dla Was ważna, przekazując ją opiekunce przypominacie: „Bardzo Cię Kocham! Życzę Wam cudownego dnia. Przyjadę po Ciebie po obiadku.” Deklarując moment odebrania malucha, warto posługiwać się charakterystycznymi wydarzeniami występującymi w ciągu dnia jak: spacer, zabawa na placu, zajęcia z rytmiki czy drzemka. Rzucone odruchowo „Przyjadę po Ciebie o 15, nic konkretnego dla dziecka nie znaczy.

Gdy opracujecie własną pożegnalną tradycję, trzymajcie się jej codzienne. Pomoże to maluchowi poczuć się pewniej, zdobędzie, choć namiastkę przewidywalności.

4.Daj coś miłego na pocieszenie

Ukochana maskotka, pieluszka, czy chociaż fragment kocyka (tak fragment ;-) możecie odciąć kawałek, który maluszek zawsze będzie miła przy sobie). Dzięki takiemu talizmanowi, za każdym razem, kiedy nasza pociecha poczuje się niepewnie, zatęskni czy zrobi jej się smutno, będzie mogła sięgnąć po małe pocieszenie.

maskotka_do_przedszkola

5.Pomóż maluchowi zrozumieć, co się dzieje

Być może umiejętności komunikacyjne Twojej pociechy są jeszcze niewystarczające, by w pełni wyrazić, co czuje i myśli, ale na pewno rozumie więcej niż się spodziewamy. Dlatego właśnie rozmowa i opowiadanie krok po kroku o tym, co danego dnia się wydarzy, pomoże mu poczuć się pewniej.

"Najpierw opowiem Ci historyjkę o kolejnej przygodzie Zygzaka. Potem znajdziemy Panią Anię, a ona cię przywita. Następnie powiem Ci, jak bardzo Cię kocham i pójdę do pracy, będę machała na pożegnanie, a Ty razem z Panią Anią pomachacie mi z okna. Wtedy przyjdzie kolej na taniec przy wesołych piosenkach, a następnie będzie przekąska. Po niej pójdziesz na plac zabaw, pobawisz się masą solną, przyjdzie czas na drzemkę, a ja przyjdę po Ciebie zaraz po obiedzie. Pamiętaj, że Mamusia zawsze wraca.”

6. Nie poddawaj się pokusie wymykania się

Wymykanie się i ukrywanie w dłuższej perspektywie sprawia, że lęk separacyjny dziecka pogłębia się. Spotkałam się z sytuacją, kiedy mama powiedziała synkowi, że wychodzi na chwile do toalety. Dziecko cały dzień spędziło pod drzwiami WC, wytrwale czekając aż mama wyjdzie – przecież powiedziała, że tam będzie…

Dlatego, kiedy rozstanie jest trudne i maluszek płacze, spróbujcie spokojnie powiedzieć:

"Wiem, że nie chcesz, żebym odeszła, jednak muszę iść do pracy i wrócę zaraz po obiedzie. Pomacham do Ciebie z dworu, a Pani Ania zabierze Cię do okna, żebyś mogła mi pomachać.”

Potem nie pozostaje nam nic innego, jak wykonać to, co zapowiedzieliśmy i wyjść z sali. Mimo piętrzących się w nas emocji i nieodpartej pokusy powrotu i zabrania ze sobą płaczącej pociechy – konsekwentnie wychodzimy z przedszkola.

Może minąć nawet kilka tygodni, zanim maluszek zacznie odwzajemniać pożegnanie i pomacha do nas. Jednak my odchodząc, niezmiennie, każdego dnia żegnamy się tak samo.

Zazwyczaj namawiam Was do okazywania i wyrażania emocji. Tym razem jest inaczej. W tej sytuacji, ukrywając swoje rozterki i cierpienie pomagamy maluszkowi przetrwać ten trudny czas.

7. Przedyskutuj z opiekunem, co może zrobić, aby pocieszyć i zaciekawić malucha

W tej sytuacji ważne jest, aby nasza pociecha poczuła się pocieszona i zrozumiana przez opiekuna. No cóż, to szalenie trudne i tak naprawdę nie wiem, czy jesteśmy w stanie dowiedzieć się, jak naprawdę wygląda uspakajanie naszego szkraba. Czy odbywa się ono z okazaniem empatii, czy polega raczej na uciszaniu i odwracaniu uwagi od emocji. Rozproszenie ma działanie tymczasowe i sprzyja tłumieniu emocji, które prędzej czy później muszą znaleźć gdzieś ujście. Jeżeli opiekun okazuje dziecku zrozumienie i empatię, to dużo szybciej zdobywa jego zaufanie i jest w stanie sprawić, że maluszek poczuje się bezpiecznie.

Z drugiej jednak strony musimy mieć świadomość, że w przedszkolu prócz naszego brzdąca jest jeszcze gromadka dzieci, które również potrzebują opieki. Dlatego właśnie, większość emocjonalnego wparcia i przetwarzania będzie spoczywała na naszych barkach i miało miejsce podczas wieczornych pogaduszek czy wspólnie spędzanego czasu.

8. Nie spóźnij się

Dane słowo jest świętością. Jeżeli nasza pociecha skończy jeść obiad, a nas jeszcze nie będzie, pomimo wcześniejszej obietnicy, to znaczy, że „daliśmy ciała”, sami przysporzyliśmy kolejne utrudnienie. Bo jakie znaczenie będą miały wszystkie powyższe starania? Pal licho te podpunkty, ważniejsze jest zaufanie, które właśnie nadwyrężyliśmy.

Możecie myśleć 

„Bez przesady, to tylko drobne spóźnienie”

Dla nas to tylko drobne spóźnienie. Natomiast dla naszego malucha, który mierzy się ze swoimi najsilniejszymi lękami, to kwestia poczucia bezpieczeństwa – nasze słowo jest podstawą dla więzi z naszym dzieckiem.

9. Pomóż swojemu dziecku przekonać się, że ważne dla niego osoby wracają

Dla nas to rzecz oczywista, że to, co schowamy, nie znika na zawsze, że może się ponownie pojawić. Dla dziecka utrata czegoś z zasięgu wzroku jest równoznaczna z bezpowrotną utratą. Rewelacyjnym sposobem na pokazanie malcowi tej zależności są różnorodne gry typu „A kuku” czy chowanie i szukanie ulubionych przedmiotów.

Warto również czytać książki poruszające temat przedszkolnych przygód, takie jak:

  • „Zuzia idzie do przedszkola” - Schneider Liane; wyd. Media Rodzina
  • „Tupcio Chrupcio. Przedszkolak na medal” - Eliza Piotrowska; wyd. Wilga
  • „Misia Marysia i wesoły dzień w przedszkolu” - Nadia Berkane; wyd. Debit
  • „Basia i przedszkole” - Zofia Stanecka; wyd. Egmont
  • „Ja nie chcę do przedszkola” Blake Stephanie; wyd. Dwie Siostry
  • „W przedszkolu” Wandrey Guido; wyd. Czarna Owieczka

10. Stwórz album "Wiele osób mnie kocha"

Warto przygotować wyjątkowy album, który będzie zawierał zdjęcia osób, które nasza pociecha darzy zaufaniem i miłością (rodzice, dziadkowie, ciocie i wujowie, kuzyni i przyjaciele). Znajdzie się tam również miejsce dla „Pani Ani”. Często przeglądajcie ten album, wspominając różne miłe zdarzenia związane z poszczególnymi osobami. Fajnym pomysłem jest pokazanie albumu „Pani Ani”, by mogła go przeglądać wspólnie z naszą pociechą.

11. Daj swojemu dziecku maksymalną ilość miłości i uwagi

Po ciężkim dniu w pracy i jeszcze cięższym poranku z przedszkolakiem w roli głównej zapewne jedyne o czym marzysz jest gorąca kąpiel i filiżanka herbaty… Mimo wszystko to jest właśnie ten czas, kiedy Twój maluch Cię potrzebuje. W tym trudnym dla niego momencie, po powrocie do domu, może być bardziej rozdrażniony, marudny, wymagający i przyklejony do Ciebie. To zupełnie normalne zachowanie, biorąc pod uwagę ogrom stresu, z którym się zmaga – potrzebuje Twojej obecności.

Najlepsze co możesz zrobić, to przygotuj najprostszą kolację i spędzaj jak najwięcej czasu ze swoją pociechą. Rewelacyjnym sposobem na rozładowanie napięcia są wszystkie gry, które wywołują salwy śmiechu. Przed snem natomiast konieczna jest ulubiona książka i porcja porządnych przytulasów.

Warto byście zaproponowane wskazówki potraktowali, jako podpowiedź, inspirację do działania. Oczywistym jest, że inaczej je wykorzystacie dla 2,5 letniego maluszka i inaczej dla 4 latka. Tu podpowiedzią niech będzie Wasza intuicja.

Koniec końców maluszek przezwycięży swój lęk separacyjny. A ja mam nadzieję, że tych jedenaście wskazówek sprawi, że ten trudny czas będzie krótszy i łatwiejszy dla Was obojga.

Ściskam,
Karola

Być może zainteresuje Was również:


awantura podczas ubierania dziecka

Czy dziecko powinno decydować w co się ubrać?

Czy mówi Wam coś obrazek prezentujący sytuację, gdzie trzylatka całymi daniami nosi strój Elzy z Krainy Lodu i za żadne skarby nie chce go zdjąć?

A może Twoja pociecha nie przebiera się za ulubioną postać z bajki, ale za to ma bardzo wiele do powiedzenia na temat ubrań, które zakłada każdego ranka? Dyskusja nabiera rozpędu i gwałtownego przebiegu, gdy Twoja poranna propozycja nie spełnia oczekiwań małej stylistki. Ponieważ nie jest szarą, wielowarstwową sukienką z tiulowymi falbanami i majestatycznie mieniącą się, cekinową gwiazdą na przedzie? Bo właśnie tylko tę konkretną i jedyną sukienkę jest w stanie dziś, jutro, pojutrze i pewnie popojutrze na siebie założyć?

No właśnie…

Jeżeli ostatnimi czasy twoje dziecko stara się przejąć pałeczkę podczas kompletowania porannej garderoby to… gratuluję, bo to oznacza, że dorasta i wkracza na kolejny etap rozwoju.

Myślisz sobie:

„Bardzo śmieszne, ale tak nie da się żyć!”.

Tak, to trudny czas dla nas rodziców, ale nie ma sytuacji bez wyjścia. Zanim jednak przejdziemy do konkretów, poznajmy kilka faktów z rozwoju małego smyka.

Jestem sobie przedszkolaczek

Przedszkolaki wkraczają w etap usamodzielniania się, próbują potwierdzić swoją niezależność i zaznaczać granice. To czas, w którym zaczynają sprawdzać swoją zaradność i starają się uzyskać niewielką kontrolę nad tym, co je otacza. Zaczynają pokazywać i podkreślać swoje zdolności.

Ubieranie się jest idealną okazją do testowania i wprowadzania swoich planów w życie.

Warto pamiętać, że jest to bezpieczna i zarazem urocza forma autoekspresji, która nie potrwa zbyt długo, dlatego mimo wszystko warto się nią cieszyć i zrobić wszystko, by złagodzić przebieg emocjonujących poranków…

Co zatem możemy zrobić?

Stwórz możliwość wyboru

Większość dzieci w wieku od 3 do 4 lat to mali dyktatorzy, którzy chcą przejąć kontrolę wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe. Na pierwszy rzut oka może Wam się nie spodobać to, co teraz zaproponują, ale warto im na to pozwolić. Oczywiście wszystko powinno przebiegać w kontrolowany przez nas sposób, wystarczy, że damy dziecku wiele małych wyborów dotyczących rzeczy, które nie mają dla nas znaczenia. Mam na myśli na przykład pytanie typu: "Czy wolałbyś założyć dziś niebieską bluzę Spider-Man czy szarą Batman?". Taka sytuacja, kiedy mały buntownik dostaje możliwość podjęcia decyzji nieco pacyfikuje jego kierownicze zapędy.

niebieska_bluza_spider-men

Kolejnym sposobem na ujarzmienie kształtującego się charakteru małego człowieka jest zaangażowanie go w kompletowanie jego garderoby podczas zakupów. O tyle, o ile zakupy z dzieckiem w sklepie stacjonarnym mogą być „nieco” problematyczne, to już wspólne wybieranie rzeczy w sklepie internetowym brzmi bardziej obiecująco, prawda? No właśnie. Zaletą takich zakupów jest to, że wbrew pozorom mamy duży wpływ na wybór naszego malucha. Dzięki zastosowaniu różnorodnych filtrów i odpowiednich kategorii ograniczamy i zarazem sugerujemy mu preferowany wybór. Rewelacyjnie sprawdzają się zakupy w sklepie SMYK. Szeroki wachlarz produktów renomowanych marek o wysokiej jakości pozwala na zrobienie satysfakcjonujących zakupów. Dodatkowo dzięki temu, że jest to sklep zarówno stacjonarny, jak i internetowy, daje on również możliwość przymierzenia ubrania i zobaczenia go w rzeczywistości.

Pozwól na upodobania

Lubisz wełniane swetry? Takie z owczej wełny, której nie da się założyć na gołe ciało ;-) A może nie możesz znieść zbyt ciasnych rajstop?

No właśnie, każdy z nas ma inne upodobania, również nasze dzieci. Dlatego warto, w granicach rozsądku, starać się być elastycznym w stosunku do ich preferencji. Nie potrzeba tu wielkich kombinacji i wyrzeczeń. Wystarczy unikać rzeczy, których nasz szkrab nie lubi. W ten sposób dajemy mu sygnał, że szanujemy jego zdanie, znamy jego potrzeby i je rozumiemy.

Co to oznacza w praktyce? Być może wystarczy tylko założyć skarpetkę na lewą stronę, tak żeby nie kłuł go szew, albo odciąć z bluzki irytującą metkę. Jeśli natomiast punktem spornym jest ukochana sukienka z Elzą i Anną, którą mała kierowniczka chce nosić każdego dnia – to czemu jej na to nie pozwolić? Jeżeli obawiasz się, że zmarznie, to zawsze możesz założyć pod nią T-shirt i cieplejsze legginsy.

Trening czyni mistrza

Trzylatek jest w stanie poradzić sobie z zakładaniem podstawowych elementów swojego stroju, takich jak bielizna, spodnie z gumką czy wkładana przez głowę bluzka. Na trudniejsze elementy, jak zapinanie zamka błyskawicznego czy guzików przyjdzie czas nieco później. Prawda jest taka, że większość maluchów lubi samodzielnie się ubierać, to sprawia, że ​​czują się pewnie i kompetentnie. Więc nawet jeśli trwa to nieco dłużej, warto pozwolić dziecku ubierać się tak często, jak to tylko możliwe, szczególnie w weekendowe poranki, kiedy nie musimy się spieszyć. Im więcej energii brzdąc spożytkuje na przebieranie się, tym mniej jej pozostanie na spory i walkę.

nauka_ubierania

Zawody – rywalizacja sposób na spokój

Oczywiście nasze pociechy żyją jakby w innej czasoprzestrzeni, absolutnie nie podzielają naszego porannego pośpiechu i konieczności wyjścia z domu. Zamiast zajmować się sprawami tak przyziemnymi jak ubieranie się czy jedzenie śniadania wolą budować twierdzę z LEGO Minecraft albo uczesać wszystkie ogony kucykom My Little Pony. Dlatego, mając to na uwadze, warto zamienić dotychczas nudny i nieciekawy obowiązek w grę.

Powiedz: 

"Zamykam oczy i jestem ciekawa, ile czasu zajmie ci założenie koszulki i spodni. Ja zmieściłam się w 2 minutach."

Możesz również użyć stopera, ustalić z dzieckiem w jakim czasie powinno się zmieścić z przygotowaniami.

To co zaplanowane, lepiej zrealizowane

Dzieci w tym wieku uwielbiają oglądać swoje zdjęcia. Warto wykorzystać to na swoją korzyść, wykonując przewodnik, który krok po kroku przeprowadzi pociechę po porannych aktywnościach. Mogą to być zdjęcia pokazujące jak maluch budzi się ze snu, ubiera się, myje zęby i je śniadanie. Zawieś je w jego pokoju, dzięki czemu każdego dnia będzie mógł podążać za wskazówkami. Wtedy w magiczny sposób zdjęcia pokazujące rutynowe zadania stają się porannym dyrygentem zamiast ciebie.

Pozwól mu doświadczać, sprawdzać, testować

Zanim się obejrzymy znowu zrobi się zimno i ponownie zaczną się codzienne sprzeczki o zakładanie kurtki, czapki bądź rękawiczek (albo wszystkiego naraz). To prawda, sytuacja nie należy do najprzyjemniejszych, ale warto na nią spojrzeć z nieco innej perspektywy. Kiedy nasz niesforny brzdąc stoi w przedpokoju, nie odczuwa zimna, więc na jakiej podstawie miałby pałać entuzjazmem na widok ciepłej, puchowej kurtki?? Zdecydowanie zmięknie mu gumka, gdy wyjdzie na zewnątrz i poczuje różnicę temperatur. Chyba że jest naprawdę zimnolubny, wtedy po prostu weź jego kurtkę i pozwól mu wyjść tak, jak stoi. Jeżeli zrobi mu się zimno założy ją bez mrugnięcia okiem. Gdy sytuacja się powtórzy, możesz mu delikatnie przypomnieć, jak przemarzł minionego ranka. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Twój maluch będzie witał swój zimowy zestaw na długo zanim stanie w drzwiach wyjściowych.

Warto pamiętać…

Jako rodzice chcemy dla naszych pociech jak najlepiej, kierują nami dobre intencje, które podpowiadają nam jak powinniśmy postępować, co robić, a czego unikać. W tej naszej rodzicielskiej misji warto jednak pamiętać o tym, że…

  • Nasze dzieci nie są projektem, który wykreujemy sobie i uformujemy według własnego uznania.
  • Nasze dzieci nie są trofeum, którym możemy się pochwalić, o ile spełnią nasze oczekiwania i normy społeczne.
  • Nasze dzieci nie są naszą własnością, są niezależną istotą mającą prawo do własnego zdania, emocji, potrzeb.
  • Nasze dzieci nie są i nie będą nami. Są i powinny być sobą, a naszą rolą jest je w tym wspierać, a przynajmniej im nie przeszkadzać.

Dlatego, nie ma sensu spalać się na powierzchownych rzeczach, to czy dane ubrania pasują do siebie czy też nie, koniec końców nie ma to większego znaczenia. Liczy się wygoda i dobre samopoczucie naszych pociech.

Jestem ciekawa, jakie są wasze doświadczenia z porannym ubieraniem się dzieci?

Ściskam,
K

Być może zainteresuje Was również:


samoregulacja_u_dzieci

Najważniejsza umiejętność, której powinno nauczyć się każde dziecko

Jest jedna, kluczowa umiejętność, w której rozwoju każdy z nas powinien wspierać swoje dziecko. Przyznam, że nazywanie jej jedną umiejętnością jest trochę mylące, bo tak naprawdę, to zestaw umiejętności składających się na tę jedną kluczową. Tą główną i nadrzędną umiejętnością jest samoregulacja, czyli pewien rodzaj kontrolowania - zachowania, myśli, motoryki czy uczuć. Psychologicznie rzecz ujmując, powiem, że obejmuje ona funkcję wykonawczą (kontrola w mózgu),  regulację emocji (kontrola uczuć), a także regulację behawioralną (kontrola działań i ruchu).

Większość z was prawdopodobnie słyszała o teście marshmallow, który dotyczył właśnie samoregulacji.  W ramach badania prowadzący pytał małe dziecko (zazwyczaj w wieku od 3 do 5 lat), czy miałoby ochotę zjeść jedną lub dwie pianki. Było to pytanie retoryczne, bo któż nie chciałby jej skosztować, tym bardziej, kiedy leży niemal pod samym nosem ;-). Po zadaniu pytania, badacz opuścił pomieszczenie. Oczywiście byłoby to zbyt piękne, gdyby na tym miały się zakończyć dziecięce dylematy. Osoba prowadząca badanie utrudniała nieco podjęcie decyzji poprzez pozostawienie dziecku wyboru: „Możesz teraz zjeść jedną piankę lub poczekać, aż wrócę i wtedy dostaniesz dwie.”

W psychologii, owo czekanie nazwano „odroczeniem gratyfikacji" lub zdolnością do stłumienia impulsu (umiejętność oparcia się pokusie), aby osiągnąć długoterminowy cel.

Opóźnienie gratyfikacji jest jedną z umiejętności będących przejawem samoregulacji. Na przestrzeni lat, dopatrzono się silnego związku między nie uleganiem pokusie a większą towarzyskością czy lepszymi wynikami w nauce. Bez wątpienia umiejętność ta jest zasadniczym elementem sukcesu indywidualnego, społecznego i ekonomicznego.

Samoregulacja jest częściowo genetyczna – dlatego, niektórym dzieciom z łatwością będzie przychodziło rozwijanie tej umiejętności. Nie zmienia to faktu, że samoregulacji można się nauczyć i należy ją rozwijać przez całe życie.

Kontrolowanie impulsów leży u podstaw wszystkich umiejętności społecznych i poznawczych, których na przestrzeni lat uczą się nasze dzieci. Wszyscy chcemy, aby nasze pociechy zawierały wartościowe przyjaźnie, by nauka nie sprawiała im większych trudności, by z łatwością rozwiązywały pojawiające się problemy oraz cieszyły się z każdej wartościowej chwili. Prawda jest taka, że u podstaw każdej z tych rzeczy leży efektywna samoregulacja.

Jak nauczyć dziecko samoregulacji

Wsparcie w rozpoznawaniu wyższego celu

Zastanawiacie się, w jaki sposób, to zrobić? Z pomocą przyjdą na poniższe przykłady:

Zastanówmy się, dlaczego nie zabieramy zabawek naszym przyjaciołom?

  • Odpowiedź wydaje się oczywista: ponieważ chcemy się wspólnie z nimi bawić. (Cel nadrzędny)

Warto w przystępny sposób wytłumaczyć dziecku pewne zależności:

„Kiedy Majka przychodzi do nas, aby się pobawić, możecie wybrać kilka zabawek, którymi będziecie się bawić na zmianę. Możecie także pograć razem w gry planszowe. Po południu znowu będziesz miała wszystkie zabawki dla siebie."

Dlaczego nie rozmawiamy, gdy Pani nauczycielka czyta opowiadanie?

  • Ponieważ chcemy usłyszeć tę historię. (Cel nadrzędny)
„Kiedy Pani Asia czyta książkę, wszystkie dzieci są cicho, dzięki temu możemy usłyszeć opowiadanie. Później przyjdzie czas, kiedy będziesz mógł śpiewać i tańczyć." 

Dlaczego teraz nie zjemy urodzinowego tortu, który stoi na stole? 

  • Ponieważ to urodzinowe ciasto Tomka i nie chcemy, żeby było mu przykro, gdy nadejdzie czas zdmuchnięcia świeczek. (Cel nadrzędny)
„To jest tort urodzinowy Tomka. Trzymaj palce z dala od ciasta. Zaraz po zaśpiewaniu „Sto lat” zdmuchnie świeczki i będzie bardzo szczęśliwy. Ty również będziesz zadowolony, gdy będziesz mógł zjeść cały kawałek.”

samokontrola

Jak rozpoznać cel nadrzędny

Wyższy cel jest zazwyczaj związany z empatią, stosunkami społecznymi lub rozwijaniem nowych zdolności (byciem produktywnym).

Pierwszym krokiem jest wsparcie dziecka w rozpoznaniu wyższego celu. Ważnym jest, by pomóc maluchowi w odnalezieniu celu, który jest ważniejszy od obecnej pokusy.

Wykorzystywanie codzienności do nauki samoregulacji

Czekanie na prezenty świąteczne, na swoją kolej, by pobawić się cenną zabawką czy zachowanie spokoju, podczas czytania bajki, są przykładem sytuacji, które w naturalny sposób pozwalają trenować samoregulację. Takie sytuacje stanowią prawdziwe wyzwanie dla młodszych dzieci.

Najlepszym wsparciem, jakie możemy okazać maluchowi, jest wyjaśnienie oczekiwań, wskazanie nadrzędnego celu oraz pomoc w jego osiągnięciu.

Badania nad samoregulacją wykazały,  że w efektywności postępowania nie chodzi o to, aby dziecko posiadało silną wolę kontrolowania impulsów, ale o to, by miało wiele strategii wspierających regulację.

Jeśli maluch ma problemy z oczekiwaniem na swoją kolej, bardzo pomocne jest zastosowanie zegarka, stopera lub minutnika. Taka forma sprawia, że postawiony cel staje się bardziej realny i łatwiejszy do osiągnięcia.

W komunikacji z dzieckiem polecam zastąpienie zwrotu: „dzielenie się” na „na zmianę". Ta druga forma jest znacznie łatwiejsza do zaakceptowania, gdyż z góry zakłada tylko czasowe przekazanie zabawki innemu dziecku.

Gdy czekanie sprawia trudność waszej pociesze, warto zająć ją inną aktywnością – śpiewaniem piosenki, wymyślaniem historii. W ten sposób pomagamy jej budować strategie regulacji, z których będzie korzystała przez całe życie.

Akceptuj trudności, z jakimi wiąże się regulacja

Bez wątpienia, budowanie samoregulacji jest trudnym wyzwaniem nie tylko dla dzieci, ale również dla dorosłych. Naturalną reakcją jest sprzeciw, w takiej sytuacji – warto okazać zrozumienie dla emocji i zachowania. Jeżeli dostrzegamy frustracje, złość, smutek – akceptacja to jedyna słuszna droga  ;-)

„Wiem, że czasem trudno jest czekać. Zdecydowanie łatwiej się czekaj, kiedy znajdzie się inne zajęcie. Może zaśpiewamy albo rozwiążemy zagadki?”

Na tym etapie, ważnym jest uznanie trudności w odraczaniu pokusy oraz zaproponowanie strategii wspierającej jej regulację.

Pozwól dziecku dokonywać wyboru

Wychowując dziecko, staramy się zrobić wszystko, by wyrosło na samodzielną, dokonującą rozsądnych wyborów, budującą trwałe i satysfakcjonujące relacje, szczęśliwą osobę. Jednym z elementów mających wpływ na powyższe jest umiejętność podejmowania decyzji na podstawie kilku dostępnych opcji. Naszym - rodzicielskim celem jest, doprowadzenie do takiej sytuacji, w której dzieci będą umiały opracować dobrze uregulowane procesy myślowe, uporządkować rozpraszający je chaos.

Jak sobie z tym poradzić?

Wychodzę z założenia, że żadne dziecko nie jest zbyt małe, by dokonać wyboru pomiędzy marchewką a groszkiem. Dlatego od początku powinniśmy pozwalać dziecku dokonywać drobnych wyborów.

„Chcesz iść na plac zabaw, czy zagrać w piłkę na podwórku? Napijesz się mleka czy wody? Którą parę trampek założysz dzisiaj?”

Praktyka czyni mistrza, dając dziecku możliwość dokonywania wyborów, pozwalamy mu rozwijać umiejętność podejmowania decyzji. Dzięki takiemu podejściu kształtujemy w nim również poczucie panowania nad własnym życiem.

Pamiętajmy, że im młodszy szkrab, tym wybór powinien być bardziej ograniczony. Zaczynamy od dwóch możliwości, a wraz z wiekiem zwiększamy ilość dostępnych opcji.

Warto również pozwolić dziecku na zrobienie planu. Nic skomplikowanego, dotyczącego prostych, codziennych spraw.

Dziś rano zostajemy w domu, możemy zrobić jedną z tych rzeczy – W jakiej kolejności chciałbyś zacząć?

Jest plan? Jest. Trudny? Nie. A ćwiczenie się odbyło  ;-)

 Graj w gry wykorzystując element kontrolowania

Pytacie mnie często, jak nauczyć dziecko samoregulacji?

Niestety, to nie jest coś, do czego jesteśmy w stanie sporządzić złotą instrukcję i następnie przekazać ją maluchowi. To umiejętność, której szkraby uczą się, trenując, odnajdując się w konkretnych sytuacjach.

Dlatego, jeżeli tylko nadarzy się okazja, należy ćwiczyć – rewelacyjnie nadają się do tego gry, które stawiają przed dziećmi wiele wyzwań wspierających rozwój samoregulacji.

wspólna_zabawa

Podstawowym założeniem gier jest kontrolowanie wszelkich zachcianek, przestrzeganie zasad, by osiągnąć wyższy cel (wygrać grę!).

Granie w gry planszowe lub karciane pozwala ćwiczyć cierpliwość podczas oczekiwania na swoją kolej, pamięć – przy zapamiętywaniu zasad, koncentrację uwagi, hamowanie ulegania pokusom oraz wiele, wiele innych...

Umiejętność samokontroli rozwija się przez całe życie 

Rzeczywiście tak jest. Dowodem na to niech będzie rodzicielstwo. Cóż bardziej kształtuje naszą cierpliwość i stwarza więcej sposobności do trenowania samoregulacji?

Co, gdzie, kiedy? 

Do organizowania się systemów mózgowych, leżących u podstaw samoregulacji, dochodzi w trzecim roku życia dziecka. Systemy te rozwijają bardzo intensywnie aż do ukończenia piątego roku życia. Dojrzewa on natomiast pomiędzy 5 a 7 rokiem życia. Przez kolejnych kilka lat rozwój struktur mózgu przebiega w spokojnym tempie, aż do okresu dojrzewania, kiedy to następuje drugi zryw wzrostu mózgu, co oznacza, że dziecko przechodzi na kolejny poziom rozwoju samoregulacji i będzie musiało nauczyć się nowych umiejętności.

Z założenia do zakończenia rozwoju samoregulacji dochodzi około 30 roku życia.

Praca nad samoregulacją to nie kwestia dni, czy miesięcy, to lata, wiele lat, podczas których wielokrotnie pojawi się zwątpienie w sens takiego działania w związku z brakiem widocznych postępów. W takich chwilach warto pamiętać, że umiejętność samokontroli rozwija się bardzo powoli i stopniowo. Jest to jedna z tych rzeczy, gdzie efekty widoczne są dużo później, niż byśmy sobie tego życzyli.

Umieć odpuścić, to ważna rzecz...

Jako rodzice spędzamy dużo czasu, próbując nauczyć nasze dzieci kontroli impulsów. Przytłoczeni wszechobecnymi zasadami, regułami, wytycznymi zapominamy, że równie ważne jest pozbywanie się tych narzuconych węzłów i podejmowanie spontanicznego działania – bycia poza kontrolą.

Z perspektywy efektywnego funkcjonowania ważna jest umiejętność przystosowania się do określonej sytuacji. To elastyczne kontrolowanie impulsów, które w określonych sytuacjach oznacza również uleganie pokusom, uwolnienie impulsywnego działania.

Jak Wy uczycie Wasze dzieci samoregulacji? Macie jakieś sprawdzone sposoby?

Ściskam,

K

 


samoocena_u_dziecka

Jedno zdanie, które pomoże Ci zainspirować dziecko mówiące "Nie dam rady tego zrobić!"

Uwielbiam ten charakterystyczny widok, kiedy dzieci zdobywają nowe umiejętności i działając w całkowitym skupieniu, wysuwają język na bok. W takich chwilach nie ma mowy o przyjęciu przez nie żadnego wsparcia, z zapałem, samodzielnie zdobywają nowe doświadczenia. Któż z nas, nie cieszy się widząc motywację, optymizm i chęć do działania u swojej pociechy?

W rozwoju każdego dziecka przychodzi taki moment, kiedy pojawia się zniechęcenie, niezadowolenie i brak wiary we własne możliwości. To nieodłączny etap budowania dziecięcej niezależności, który jako rodzice powinniśmy wspierać.

W jaki sposób? Poniżej znajdziecie podpowiedź ;-)

W zobrazowaniu sytuacji pomocny będzie opis pewnej sytuacji.

Pierwsze przeszkody...

Wiedziałam, że coś jest nie tak, gdy tylko zobaczyłam Antosia stojącego w drzwiach swojej przedszkolnej sali. Jego markotna mina nie pozostawiała złudzeń – to był ciężki dzień i coś poszło nie tak. Wsiedliśmy do samochodu, zanim ruszyłam z parkingu, odwróciłam się do niego i starając się okazać empatię, zapytałam:

"Wygląda na to, że miałeś zły dzień. Może podjedziemy do parku, nim wrócimy do domu?”

Antula, odpowiedział zwięźle: 

"Nie, jestem zmęczony i po prostu chcę wrócić do domu."

Po powrocie Mały zrzucił buty i pobiegł do salonu, gdzie na stole czekał na niego arkusz kolorowego papieru.
Nie czekając długo, zapytał: 

„Czy mogę go wykorzystać mamo?”

Miałam cichą nadzieję, że to go rozweseli, powiedziałam: 

„Oczywiście, to przecież dla Ciebie.”

Natychmiast sięgnął po kredki i zaczął rysować na papierze.

Przez chwilę myślałam, że gradowa chmura jest już za nami, jednak jakże się myliłam. Nie musiałam długo czekać, żeby usłyszeć wypowiedziane pod nosem: 

„Nie dam rady tego zrobić. Znowu się nie udało, poddaje się!”.
Antoś rzucił kredką i gwałtownie wstał od stołu.

Negatywna samoocena u dzieci

To rzucone pod nosem „Nie dam rady tego zrobić. Znowu się nie udało, poddaje się!” jest negatywną opinią dziecka na temat swoich umiejętności i szans na zrealizowanie zadania. Gdy słyszymy nieprzychylne słowa skierowane do naszej pociechy, odruchowo chcemy im zaprzeczyć, zapewnić o posiadanych przez dziecię zdolnościach, popchnąć do przodu, wyręczyć. Wszystko to po to, by zaoszczędzić mu przechodzenia przez trudne emocje związane z brakiem wiary w siebie.

Większość z nas zdaje sobie sprawę, jak wielkie znaczenie dla dziecka ma opinia rodzica. Biorąc pod uwagę, że w pierwszym okresie rozwoju nasze pociechy odzwierciedlają nasze zachowanie niczym zwierciadło, musimy dołożyć wszelkich starań, by postępować rozsądnie. Ma to również znaczenie podczas przekazywania informacji zwrotnej małemu brzdącowi.  Wbrew pozorom to, co i w jaki sposób mówimy, może mieć wpływ na jego samoocenę, wyobrażenie o samym sobie, o swoich umiejętnościach i możliwościach zrealizowania nowych wyzwań. Jak się okazuję, tak silny wpływ ma nie tylko opinia bliskich osób, ale również wypowiadanie negatywnych opinii o samym sobie.

niska_samoocena_u_dziecka

Przyjrzyjmy się temu hipotetycznie. Przypuśćmy, że wróciliśmy do licealnych czasów i stresujemy się, nadchodzącym testem z chemii. Z góry zakładamy, że: „I tak prawdopodobnie nie uda nam się go zaliczyć, więc nie ma sensu zakuwać."

Gdy rozłożymy takie podejście na czynniki pierwsze, widzimy, że zanim cokolwiek miało szanse się wydarzyć, zdążyliśmy już zrezygnować z przystąpienia do sprawdzianu. Wyobraziliśmy sobie przyszłość, w której pomijamy naukę, zakładając, że jest ona stratą czasu. Jeżeli rzeczywiście się nie przygotujemy, to realnie zwiększamy prawdopodobieństwo niezaliczenia.

Zabawmy się jeszcze w co by było gdyby i wyobraźmy sobie, że nasz wewnętrzny głos podpowiedział nam: „Denerwuje się, ale jak przysiądę i się pouczę to poczuję się pewniej.”

Bardziej prawdopodobne jest, że takie nastawienie zmotywuje nas do nauki i tym samym szanse na pozytywny wynik testu będą większe.

To działa niczym zaklinanie przyszłości i ma nawet swoją nazwę samospełniającej się przepowiedni.

Innymi słowy, jeśli zakładamy, że pewne wydarzenie ma mieć określony przebieg, to nasze oczekiwania mają na tyle istotny wpływ na nasze zachowanie, że postępujemy w sposób, który zbliża nas do założonego rezultatu.

Nie trzeba być prorokiem, żeby wiedzieć, że jeżeli się nie nauczymy, to nie posiadając wiedzy z określonego zakresu – nie ma bata, żebyśmy zdobyli zaliczenie. No, chyba że wiemy obok kogo usiąść, mamy zestaw materiałów pomocniczych i nauczyciel pozwoli nam ściągać ;-)

Najczęstsza reakcja rodzica jest nieskuteczna

Negatywne, dziecięce komunikaty mogą brzmieć następująco:

Nie jestem w tym dobry. 
Nie mogę tego zrobić, to zbyt trudne. 
Nigdy nie nauczę się czytać.

Wspominałam już wcześniej, że kierując się rodzicielską troskliwością, odruchowo chcemy przekonać dziecko, że to, co mówi, nie jest prawdą:

Jesteś w tym dobry! 
Na pewno dasz radę to zrobić! 
Nauczysz się czytać. Wierzę w Ciebie!

Zwróćcie uwagę, że postępując w ten sposób, z reguły nie udaje nam się przekonać malucha. Osiągamy efekt odwrotny od oczekiwanego.

Kierując tak wiele pozytywnych afirmacji, nieświadomie zamieniamy dziecięcą frustrację w walkę o władzę, o to, kto wie lepiej, jak jest naprawdę.

Po pierwsze walka, to ostatnie czego potrzebujemy, a po drugie, kto inny może mieć racje w oczach malucha, jak nie on sam?

Niewypowiedziane komunikaty

Bardzo prawdopodobne, że kiedy nasza pociecha mówi źle o sobie, to tak naprawdę chce powiedzieć:

Jestem sfrustrowany. 
Czuję się źle z tym że popełniam błąd. 
Boję się, że nigdy się tego nie nauczę.

Co natomiast słyszy dziecko, gdy w tej sytuacji odpowiadamy pozytywnymi afirmacjami:

Nie denerwuj się! 
Nie czuj się źle! 
Nie bój się!

Nie wiem jak wy, ale kiedy ja jestem wkurzona, gdy czuję, jak we mnie buzują emocje i w tej samej chwili, ktoś próbuje mi wmówić, że wcale nie czuję tego, co czuję ;-), to nie reaguje zbyt pokojowo. Raczej działa to na mnie jak płachta na byka.

Od razu przypomina mi się sytuacja, gdy jako dziecko uderzyłam o coś piszczelem, a babcia, chcąc mnie uspokoić, powtarzała „już dobrze, nie płacz, nic się nie stało, już nie boli”. No jak nie boli, kiedy czułam, że bolało jak chole..?

Ostateczny rezultat jest taki, że mimo naszych szczerych i dobrych intencji tak naprawdę nie wspieramy naszego malucha w konfrontacji z wielkimi i przerażającymi emocjami. Nasza sfrustrowana i niepewna siebie pociecha nie czuje się słyszana.

Co zatem możemy zrobić, gdy słyszymy, że nasze słodkie dziecko mówi średnio przyjemne rzeczy o sobie i do siebie?

Jedno zdanie, które zmieni sposób myślenia dziecka

Gdy zdarzają się tak trudne, emocjonalne sytuacje wyobrażam sobie przerażający las. Las, który jest tak ciemny i gęsty, że nie jestem w stanie zobaczyć tego, co jest przede mną. W tym lesie wyobrażam sobie swojego syna, w chwili, gdy nie jest w stanie czegoś zrobić, gdy się poddaje. Wtedy wiem, że muszę być przewodnikiem, który przeprowadzi go przez ten ciemny las, dzięki któremu mój maluch znajdzie własne rozwiązanie.

wspieranie_rozwoju_dziecka

Wróćmy do wcześniej opisywanej sytuacji toczącej się w domu.

Podeszłam do Antosia, usiadłam obok niego, tak by nasze twarze były na tej samej wysokości i powiedziałam:

„Pokaż, co sprawia Ci trudność."

Wskazał na część obrazka, gdzie pisał swoje imię i powiedział: 

„tutaj!"

Kiedy już wiedziałem, w czym tkwi problem, zaczęłam opisywać to, co widzę metodą bez nadawania subiektywnej oceny:

„Widzę, że pisałeś swoje imię. Ukończyłeś A, N, T, O, a kiedy dotarłeś do ostatniej literki, zatrzymałeś się. Chyba chcesz, żeby „Ś" wyglądało ładnie? Widzę, że je wygumkowałeś i ponownie napisałeś."

Skinął potwierdzając: 

„Tak, nie potrafię tego zrobić. Nie umiem napisać Ś".

Kontynuowałam: 

„Napisałeś pierwszą część „Ś”, pozostała tylko druga część. Musi być jakiś sposób, żeby nauczyć się ją pisać tak, jak tego chcesz. Prawda?"

Przez chwile milczał, przeczekałam ciszę i pozwoliłam mu pomyśleć.

W końcu powiedział rzeczowo: 

„Myślę, że muszę częściej ćwiczyć pisanie „Ś”.

Dlaczego to działa?

Mówiąc „Pokaż, proszę, co sprawia Ci trudność", zyskujemy wiele użytecznych informacji.

Na starcie dowiadujemy się, co dla brzdąca jest bułką z masłem, a co sprawia mu trudność. Sposób ten pomaga również dziecku rozpoznać, który element wykonywanego zadania stanowi dla niego największe wyzwanie.

Zastosowanie tej prostej techniki „powiedz, co widzisz” sprawia, że rozmowa z dzieckiem schodzi na neutralną płaszczyznę, gdzie każdy może dostrzec co dzieje się tu i teraz.

Dzięki temu dzieci są mniej skłonne do przyjmowania postawy obronnej, nie czują potrzeby udowadniania, że „naprawdę nie mogą / nie potrafią tego zrobić". Często uruchamiamy takie zachowanie, gdy mówimy do malucha „no coś ty, potrafisz” lub „spróbuj ponownie”.

W chwilach zwątpienia zawsze przypominam sobie słowa Edisona, który mówił, że zanim wynalazł żarówkę, znalazł tysiąc sposobów, by jej nie wymyślić.

Pocieszające, prawda? ;-)

Być może zainteresują Cię również:

 

Jak Wy radzicie sobie z dziecięcym barkiem wiary w siebie?